Skip to main content

Full text of "Próchno; powie wspóoczesna. Ozdoby Maryana Wawrzenieckiego"

WACŁAW BERENT 



PRÓCHNO 

POWJEŚC WSPÓŁCZESNA 



Oidoby MARYANA WAWRZENIECICIEGO 



NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA 
WARSZAWA 1903 



BapaaMt, 13 OaraAp* ipaa n 




CZąŚĆ PIERWSZA 



ShmHtt ten h ft m jnl ttokrpt gonta od mit- 
mocy /iąy<»mtj. Prtto Uttotk myU mm*»ą. 

Fryea M odr m m tU f O t mc n w i m lUcip. 1554. 



V 




1/ 



łaski I nagi kawał ugoru, otociony niskim 
krwa wo <i er wo n ym murem, spiętym cięźkiemi 
fortecmcmi wrotamL Ponad suchemi garbami 
/iemi stercialy długie i równe sieregi żelaznych 
krzyź>\ wyszłych jakby z pod jednego odlewu. 
Pomiędzy niemi wypukłe, ostrym, szełeszocącym żwirem 
wysypane drożyny i śdetid. Pękate, sztywne, i brudne 
od łnirzu akac>'c. 

To surowca twarde otoczenie przypomniało Kuni- 
ddemu zapuncsone po wsiadł naszjrch cmentarze, z su- 
chemi wierzbami na mogiłkach; żydowskie kirkuty, gdzie 
w olbrcymiem stepowem ziełslm tterczji krz>'we lounienne 
tak>lice; — smutek żałobny na jednych, niemą martwotę 
i op uaicze nie na drugich ... Tu wstrętny lad, ol>mierzła 
Iniltura wielkiego miasta, zda się, śmierć nawet przebrała 
w mundur i postawiła jal» policyanta przy wrotach. 

— Na niem i e ckim cmentarsu i wrona siąić nie se- 
cbce, ^ przerwał mu myśli Borowsld, prz>*siadłszy się do 
niego na ławkę. — Twardemu życiu — twarda śmierć, — 
mówił dalej, wiodąc oldem po kominach fabrycznydi, na- 



to 



okół. — Mnie tam o posianie pośmiertne nie idzie: tyjesz 
mamie, umrzesz marnie, zgnijesz marnie. — Chrząknął 
i splunął gdzieś między mogiły. 

— Co mnie!.. Pod marmurem leieć, korzmic cy- 
prysu mic^ w zębacłi, czy glinę i iwir octry . . . Przykro 
tylko, ie każdy musi być Um samotnym, w tem cia- 
snem pudelku... Człowiek nierad sam gnije. Im bar- 
dziej go robaczki toczą... To straszna rzecz, jak my 
wtedy potrzebujemy sympatyi! 

Kunicki zrobił grymas nieokreślony i spojrzał mu 
bystro w oczy. 

— Pan musisz mnie mieć za wielkiego łotra? — za- 
gadnął nagle Borowski. 

Kunicki parsknął śmiechem. 

— Filozofowanie pańskie nie przeraziło mnie je- 
szcze tak dalece. A co do łotrowstwa ? . . Słucham chę- 
tnie. 

— A ja pana mam za dziecko. 

— Proszę? 

— Pan tem mądrzej, tem wymowniej mówi, im słu- 
ctiacz mniej pana rozumie i więcej się przed nim korzy. 
U pana we wszystkiem jeszcze tak i siak, — a zawsze 
szaro, nudno i nadęto. U pana te doktryny, filozofie, 
morały... A u mnie psie, podłe, sobacze źydel — za- 
kończył niespodzianym okrzykiem. 

— A miało być inaczej, — mówił potem w zadu- 
mie. — Ojciec mój aktorem bvł. 

— A?.. 

— Tak jest, artyslą był. — I dobrze mu się pod 
koniec działo. Miał takicłi, co poź>'czali pieniądze, i ta- 
kich, co prezenty dawali. Pamiętam, pieniędzmi w kie- 
szeniach dzwonił. ,A ciebie, — mawiał — do tej budy 
(na scenę niby) nie puszczę. Ty siebie szanuj, tempe- 
ramentu nic masz." We mnie bo ojciec żadnej cechy 



« 



// 



nie tpostrtrfai, ciio wieka nie widmi; tylko oennirid 
i stopnie óóbr^ chwmHI, do kńątki kijem, ręką i nofą 
npcdnl, a pny romowie i obcynu aawtse drwi! le 
umie i lekceważył. Umtal mnie makomine naśladować 
i .odMawial*, jak się do kobiet aMeram, to jcat, jak się 
prxefinam, kr>*gujc, włosy dłonią przygladaam i równo- 
CMime roimówkic wtacaynam i aktorkami, co do ojca 
sachodaily. A na alo4ć aiarcmn, mnie koMety bardaiej 
lubiły nil jego. Starego l>o aa podbródek taciypały, 
Biccutki mu w noa dawały, a do mnie uśnuechały uc 
miło, inicligcntnie i tę rącskę białą < traema oddsicami 
deaeniu, wproat a pod rękawicaki, miękką i wilgotną, 
podawały mi na ciepło... .Pocałuj, chlopcz)'ku, w rąci- 
kę* — mówiły tym iyczfiwym uimiediem. 

Całowałem... A kiedy poaiły, to-m w kaiąźkę no- 
aem stukał i myślałem — nie o nicłi, l>oro w zakłopotaniu 
twarzy dobrze nie rozejrzał, ale o tej rączce białej. 
A stary doglądał książek, na których się nie rozumiał, 
i do prac>' aapędzal: ,Ty się do łaciny lansuj, nie do 
facetek. Kuj, kuj ! — będziesz sędzią, profesorem, idyotol* 

Póki mi tylko kobiece rączki w rękawiczkach i nóż- 
ki w pantofeUńch po głowie cłK>dził>', żle było. Pałki 
do domu fnoaiiem, a stary klął. Wsz>'stko zmieniło się 
nagle, niespodzianie, gdym książki, gdym powieści do rąk 
wiiął: smutny się stałem, — dziwaczny, kapryśny, ~ zapa- 
miętywałem się po kąuch — i wolno wierz>'ć lub nic — 
pisywałem wiersze na okładka cłi. Z Ucina nawet ulżyło, 
■wno że więcej nie pracowałem. Tu, w głowie, ruch się 
waicząl nagły, życie się zbudziło : świat przede mną stt- 
nąL Niepokój się zbudził jakiś, w oczach blask zaświecił, 
caok> tię w>*świetliło, głos głębiej z piersi się dobywał, 
echo w sobie miał i falował jak organy, gdym się w mo- 
wie zapalił. Stary na śpiew mnie próbowaL .Powinie- 
neś—powiada, — codzieA mnie po łapach całować, żem 



cię Uikim zrobił. K.ł|»it.»l tna«iz lu, — mówij. . i;|j^nqc mi«; 
xn gnrdln — grdyka jak u wołu!.." Zainteresował uą ■ 
mną, w kąpieli nnwet ol>ejrzal i wtedy ai nogą tsaśt 
kopnął i śmiał się zadowolony. .Takicli miej, ~ mówit — 
Żenić, lo się źert z knmicniczni- ' '; j gdiiem- 

diiej!..* A gdym na niego j _ ,/««!, to si^ 

lachnął ipctinąłmnic do lustra. — „Chcesz legilymacyi? — 
Masz legilymacyc! Daj swoim dzieciom taką." — 1 wy- 
rżną] mnie w piersi. .Ech ! u chłopa z piersi jak ze dzwo- 
nu echo idzie ! Temperamentu tylko szelma nie ma . . .• 

Tego dnia obchodził mnie jak wilk, podpatrywał, 
przeglądał, wreszcie zasz« " ""i<^ raz z tyłu i potoiył na 
książkę jakiś portret. ,M ..iiymacyęl.." 

Z obrazu na stole uśmiechała się do mnie twarz 
młodej kobiety. Więc to znaczy: matka?., jam dotych- 
czas nic o niej nie wiedział . . . Nie, — to była kobieta. 
Młoda . . . Piękna . . . Jedna z tych, co, w kształty jeszcze 
nie obleczone, już w myślach mych żyły... 1 ten jej 
uśmiech dziwny. PowiedzieiJ chce coś. Uśmiecha się, 
a czuO, że chłodne, zimne słowo rzuci... I te usta 
miękkie. Te oczy, — oczy żywe, mówiące. 

A jednak: matka! 

Powstałem szybko z miejsca i onl.^miplriny odstą- 
piłem na bok. 

— Więc to ty mnie rodziłaś? — pyi^im zdaleka. — 
Powiedz, kim byla^?.. Co-ś cierpiała? Wszak ■ ■' if*- 
stem twem cierpieniem, ja !. . Twym bólem w u i, 

twym płomieniem w oczach, twą zadumą na czole. Stary 
cię mój porzucił, czy też?.. Biedna ty!.. A jednak 
dumna . . . 

Jak można, będąc matką, mieć takie oczy! 

Matka... 

Późno uczyć sn; muszę treści tego dźwięku. Póź- 
no przychodzisz, bardzo późno przychodzisz... 1 prze- 



MiMń «ic uk uśmiechać, bo ja chc^ cteiiie, ouiko. powi. 
lae . . . — 

ScarciDu portretu nic oddałem. Zawiesiłem go n.>. 
bie pod knytcm, nad tólkiem. 1 pnelywakm dcllde 
doi. Na wttyttkie me myśli, mmitld i maraenia, dawniej 
patrtala lerai u twan i uśmiech em wciął dla 

niezroiumialym, i Uk dawnie niepokojącym uśroie> 



Ocknął mc jednak i we mnie ten potężny flos na- 
tury, wielki, ślepy nakai, i rsucil mni<* wresicie pricd 
nią na kolana. Spowiadałem się jej po nocach 2 tych 
wi dk kh pragnimk obiecanego mi życia, co szerokim u- 
jcmnifijrin rozlofiem, pnyalonicte lumanami marzenia, 
stoi oto przede mną i czeka. Chodi... A w m>'ślach 
tych tukiem się do jej obrazu. 

— Potrzeba mi twej miękkiej dioni, matko^<— twq 
dlmu na me czoło gorące. Twoich mi kolan potrzct>a, 
abym na nie ciężką od rojeń głowę złożył. Wodzenia 
dłoni twej po włosach mi trzeba, aby w te rojenia 
spokój uczucia, spokój my4li wMł^pił. .Aby czynem «tię 
sialy. 

I stóp mi twoicn poyz€*Da, adym się poicorj' uczył. 
Bo do czynu i pokory potrzeba. 

Brak mi twej duszy matczynej, syna nadziejami 
tylko — już dumnej. Dla mej słabej woli twej mi dumy, 
BMtko, potrzeba. Mocny będę. 

Brak mi serca twego, wszystkich mych uczuć pra- 
wego domu i czy st ego ogniska. 

Czyś ty o tem nie wiedziała? czy d żadne nie mó- 
wiło przeczucie, jak ja ciebie bardzo kiedyś potrzebować 
będę? Czy ci przy śmierci żaden smutny anioł nie po- 
wiedział, że przy młodziertczem zrywaniu pęt, przy pierw- 
szych próbach lotu nie mieC matczynej ręki, ma tez y- 
nyrh kolan i stóp matczynych, — że to jest zło widki' 



że ja Idedyi przy olbrz>inicni {iri^iucniu zycia miec 
będę serce — talde iądnr miłością — a takie puste. 

Czyś nie przeczulą, źe z twym synem suć się moie 
rzecz straszna? Ja źyć, źyć, tyć chcę!! 

...A tyś odeszła. 

Kto mnie ochłodzi? kto mnie ogrzeje? kto wzmoc- 
ni? kto poprowadzi? Kto mnie pokory nauczy i krzy- 
żem świętym pobłogosławi? kto nauczy dumy? kto 
w potrzebie miecz w dłort poda i zawoła: ,Bij! bij! 
S3muł A stąpaj mocno." 

Jam twego żywota płód szlachetny. 1 otom jcai 
twą słabą dziewiczą wolą — słaby, tufin Hziewiczem 
marzeniem tak hojnie t>ogaty. 

Kto mnie ogrzeje? Kto mnie poprowadzi? 

Jestem jako kwiat polny na twej m(^e. 2Ulepcą 
mnie ludzie, — matko ! . . — 

I tak modląc się do niej po nocach, wonną paliłem 
jej myrrę: mych pierwszj'ch, młodzieńczych, zy- 

stych uczuć ofiarę. A ta jej twarz na obrazie :. nęła 
w siebie wszystko, com miał w piersiach. W jej rysy 
spł>'ncły, zlały się i stopiły wszystkie me pragnienia. 
Ta twarz stała się dziwnym widocznym ich kształtem, 
zagadkowym symbolem matki, >ycia, kobiety, sztuki... 

Skulony w łóżku, zgięty, w sobie zebrany, wchła- 
niałem w siebie ten haszysz upojeń. A z tego patrzenia 
krew mi w skroniach młotem kuła... Ani takiego ja- 
snego przejrzystego czoła, ani takich oczu przyczajonych 
za rzęsami, takich oczu całujących, ani takich ust — mąd- 
rych, takiego owalu twarzy — smutnego, ani szyi tak 
giętkiej, ani piersi tak rzeźbionych i dyszących; — tefco 
nigdy, ani przedtem, ani potem, nie widziałem. 

I ten uimiech! uśmiech, co do siebie siłą latutn 
przyciąga — i mrozi. 

Raz jeden, pamiętam, wiersz dopiero co napbalen 



1 Iciuirm na loaku w ninianir odunenuL jakis nagły, 
potulny napływ iicfuda liy na poBcald wyrzucił i za 
gardło idniąL Porwatem s^ na nogi 

1 do tych nu nśaiecWgOrdi, do obnma natio pod 
roact^gniętcini rankMUuni krayia pnylgmilra goniccmi 
warganu. 

Kodum < 

1 tak mi bog na witępic zyaa gruz^ grzccnu iuua- 
rodcaei myili pferta sdlawiL Ciynileiii polnilc,— ktalein 
krzyżem. A w wyobraini mej, wyt^kiUony prtttt mni<* 
twiat, w wirze tzakrnym zataAczyL 

Jakii dziki pęd upiorów po krwawej nocy, jakieś 
ostre diicboty czarownic, jakiś szalony natłok ciemnych 
obrazów w plomieniacłi t>łysluiwic; grzmoty przekleit- 
stwa, i w proch padająca serdeczna pokuta, i korowody 
taneczne nagich kobiet. 

Po nocy zaś pisałem: 

^ jednak: czemuś Ty, czemuś Ty odeszła?! — 
Wytej-bym latał, ptak młody. Z dłoni twej piłbym 
mole nektar wiecznośd.* 

Podpatrz>'ł raz te dziwne naboźertstwa ojciec. Obraz 
zdjął ze ściany, spojrzał na mnie ostro i chmurnie. 
Wrcssde splunął i wyszcól. 

W duszę mi tern napluL Jezus Marya, myślałem, 
czyżbym ja dzisiaj był juź potworny? 

Dogoniłem starego i wczepiłem mu się oburącz 
w ramiona. 

— Czy ty nie widzisz, ojciec, co się ze mną dzieje? 
Czy ty nie widzisz, lem ja się jui ocknął z dzieciństwa? 
te mnie źyde lada chwila w swój wir porwie? 

— Wściekłeś się? — pyta stary z flegau|. 

— Słuchaj, — jeśli omie życie w aanen zaraniu 
gdzieś w kanały rzuci, ty będziesz temu winien. Bo, pa* 
trząc na mnie jak na d^ecko, nie %iridzisz mnie wcale. 



i6 

Spowalniał tUry. Zapalał spokojnie papieroM, ujął 
mnie la rękę i ladągnął przed foteL Usiadł, kilka kłę- 
bów dymu wypuścił, a tę swoją twarz aktora: wieUui, 
nagą i jak płótno na wietrze ructiliwą, ułoźyłj w jaldś 
grymas powagi, który mi się nie podobał. Pod tym 
grymasem czaiła się ironia. 

— Byłeś jui? — pyta niby poważnie. 

— Gdzie? 

Szerokim ruchem ręki wskazał gdzieś na nuMto, 
na ulicę. 

Żachnąłem się. 

— Bo przecież taka jest ta wasza pierwsza trage> 
dya. Śmieszne smyki! 

Wstał i ujął mnie za ucho. 

— Chłopaczysko wyrósł jak byczek. Ale głupi! 
ale niemrawy! — skoro myśleć o sobie nie umie. 

— Mnie nie tego potrzeba. 

— Nie I? — huknął mi basem tuż nad samem uchem 
i skrzywił się z niesmakiem. — A czego ci trzeba? 

Zamyśliłem się. Nie byłem przygotowany na to 
proste pytanie. 

— Życia, — rzekłem z wahaniem i po długim na- 
myśle. 

Stary rozkraczył nogi, wtłoczył ręce do Idessou. 
Po chwili: 

— A ile to kosztuje? — Sięgnął po portmonetkę. — 
Masz rubla i poszedł precz, boś głupi. 

Stoję na miejscu i w niedołężnem zaprzeczaniu 
poruszam głową Nie znajduję teraz najprostszych słów 
dla tych myśli, co takim wirem krążyły mi co wieciór 
po glouie. 

— Wyjęzycz-że się, wystękaj, — przedrzeźnia sta- 
ry. — Mów, coś za jeden? 

— Mnie potrzeba opory . . . We wszystldem, co ny^ 



n 

ily I ciuj^, muni byc jaka* Inka, i ktorą zyc me inoioji. 
A mole brak mi tylko... 

I^tyctsnąlcffl ręce do piersi. 

— kocłumia, — ladeklunowal lUT)' ' |x»<lnio«ł biał- 
ka na sufit — Jakiś ty niebocycnie tentymeaulny ! 

— Widiist, ja maro ta duio prafnieA w głowie, 
a aa maio wagi w •ercu. 1 czuję, te to jest ile... 
Pość mnie t -- wybiwhiiąteiH nagle, chw^nając go za rę- 
kę. — Puść omie od iMrfe. 

" Dokąd!? 

— Gd»elN|di. W ilwiat pójdę, — odpowiadani po- 



— Po co?! — fltary poczerwieniał juź ze złości. 

— Przeznaczenia wmtęp azulcać. 

— 1... co ty znajdziesz, durniu? 
Westcłinąłem tak głęboko, źr mi się zdawało, ii mi 

chyba serce z pod ieber wyskoczy. 

— Ciągnie... Rady solne dać nie umiem. 

— Bo t>' nie wiesz wcale, — wołam, czując gorące 
wypi eki na policzkacłi, — ty nie wiesz wcale, ile ja sił 
w piersiach czuję ! — 1 czem ty mnie częstujesz ? Daj mi 
najpiękniejsze kobiety: — powiem: .tyle tylko?' »Daj mi 
bogactwa : — powiem: .mało!* Wywrói mi szczęście : — 
zawołam: .acłi, — nie dbam o to!* Obiecuj, tryumf, 
sławę, władzę...: ja będę wołał: .mało, mało!* Bo dla 
Boidi wielkich cłięci nie moie być nazwy, bo wszystko, 
co okreśk>ne, zmrozi je tylko. — Ale gdy mnie natomiasl 
na bok weźmiesz i szeptem powiesz: .Synu, czeka na 
ciebie... gdzieś... coś wielkiego... coś, co...* 

— Basta ! — trzasnął ojciec jak bicseip. — Bo się 
udławisz frazesami. Wiesz ty, co to w szystko znaczy? 
Dokąd dę to ciągnie? 

— Nie wiem; — mówię, szarpiąc palce, ai w sta- 
wach trzeszczało. — Nie wieuL 



ł8 

Aktorem chcesz być, — wyrzuci! lUry prtez 
zęby wraz i wielką chmuri| dymu od papierosa. 




Po kilku miesiącach byłem juź w teatrze. Ale sta- 
ry wystąpił. Ja, — mówił, — ze smarkaczami rywalizo- 
wać nie będę.* I dobrze się stało. To wszystko ze 
środka znalazło gdzieś ujście: precz z duszy, precz ze 
krwi, z myśli, z nerwów. Rzucałem się na scenie jak 
piskorz, darłem się jak sroka, huczałem jak wicher. 
W sercu wciąż jeszcze była pustka. — Powodzenia to, 
oczywiście, nie wróżyło. Stary był zły, gryzł się i mar- 
twił. .Opętać, opętać szelmę I — wołał. — Ocet niech 
łyka, w łaźni niech odmięknie ! * 

Raz przyszła do ojca ta, co z najbardziej dystyn- 
gowanym witała mnie uśmiechem, co z największym 
spokojem, z wyszukaną światową uprzejmością ze mną 
rozmawiała. Miała na sobie lekką czarną zarzutkę, ni- 
by wielki kołnierz koronkowy, i duży czarny kapelusz. 
Twarz to czyniło bladą i ściągłą, ciemne oczy odbija- 
ły wymownie, rzęsy wyglądały jak zasłona czamycłi, 
jeszcze delikatniejszych koronek. Ręce w duński^'* 
solach aż po łokcie rękawiczkach wsparła na j 

parasolce i mówiła o książkach, sztukach, namawiała 
nmie na operę. Pociągnęła mię ta spokojna blada twarz 
pod zamaszystym kapeluszem. Przysiadłem się do nici, 
ująłem za rękę. Przegięła się... 

1 tak w otępieniu jaldemś, nie zrzuciwszy zarzui- 
ki, kapelusza nie zdjąwszy... Nawet parasolki z rąk 



*9 

nie wypuściła . . . Dopiero potem ujęU mą głowę w obie 
dłonie i xłotyl« długi, ciepły, jakby dnclcc/ynny poca- 
łunek na men atole. Lxy miała w oczach. 

Zrozumiała, le była pierwttą? Nie wiem. 

A polan mifiiiłi ńc przy mnie, czerwieniła ; pod- 
tłucłiiwala ne rozmowy z ludimi, jakby bojąc tic* by 
o niej mi czego nie opowiedzieli. Ze mną mówiła tzeptem. 
Zaczęła nę CMsać gładko, nosić prosto, pociągłe, smu- 
kło. Wzdychała często, używała zdaA niedokoAczonycli, 
domyilnycłi, aktorslcich . . . Mówiła, źe nikogo w życiu 
tak nie zna, nie odgaduje, nie czuje jak mnie ; — a zna- 
ła mnie chyba tylko nazewnątrz . . . Czasami w półmro- 
Ini, przy ledwie świecącej pod czerwonym ciemnikiem 
bmpie, siadała na fotelu w swej czarnej luinej sulcni 
z szerokiemi rękawami, zarzucała białe ramiona na tył 
głowy i zapadała w zadumę. Mnie kazała godzinami 
calemi milczeć i siedzieć opodal Potem przyzywała do 
siebie, pieściła jak kota. Dopatrywała się we mnie Bóg 
wie czego. Ja w niej znalazłem tylko ciało i znużenie. 
Byłem dla niej uk nielitościwie, co gorsza, tak nieświa- 
domie brutalny, jak być tylko potrafi gdzieś w świat 
przed się na oślep pędząca młodość. A ona płakała 
często. Żaliła się, żem z niej duszę wyrwał, zmiął, po- 
deptał, źe mi wraz z duszą i talent rzuciła pod nogi. 
Ze krew swą we mnie przesącza i źe po śmierci 
w moim talencie źyć będzie. Zaklinała się wreszcie, 
źe miłość miłości nie równa, źe ona tej ostatniej przy 
mojej zdradzie nie przeżyje. 

Tej osutniej . . . 

— Bo ja ciebie przeszłością oszuldwać nie chcę, — 
Wjrrzttdła ze łzami, i ta jej biedna, jakimś obcym mi 
jeszcze bólem życia oicropnie zmęczona twarzyczka 
drgać we łzach poczęła. 



jcucte bólem życia okropnie smęcsona twarzycska 
drgać we łzach poczęła. 

Całowałem po rękacli, uspolcajałem . . . — Nie maa 
żalu do przeszłości ; — dzii ją mam i mieć będę na zaw- 
sze. — Kazała mi przysięgać, — przysijigłem. 

1 nie przeżyła... 

Padła mi w poprzek drogi życia, koniec młodości 
mojej znacząc. 



Ojciec przystał mi na scenę wieniec, — sam ojciec! 
Polem wyprawili kolacyę. Siary się upił i klął na czem 
ilwiai stoi. Wolał, żem go podpatrzył, okradł, zmał(K>- 
wal, — głupio zmałpował ; że dawniej publiczność była 
mądrzejsza, że na tę blagę cichej afektac>ń, na tę . czu- 
ci© wość* w grze brały się tylko histerj'czki, że dawniej 
było więcej męskiej tężyzny w grze aktorów. — W koń- 
cu skuł się do nieprzytomności, i walił pięścią w stół, 
i ryczał ku uciesze aktorów. 

.Dacie wiarę, — ta małpa kochał się w portrecie 
własnej matkL" 

A ja puściznę po obu wziąłem. Po tamtej na obra- 
zie z pod krzyża, co była świadkiem i kochanką pierw- 
szych moich marzert. 1 kim ona była?.. Mówili mi lu- 
dzie, że uciekła kiedyś od ojca. Jakie ja promienie duszy 
i jalde trucizny w spadku po niej otrzymałem?.. Jej 
uśmiecłi, — dziś dopiero to widzę, — nie był uśmiechem 
natkL Takim chłodem niedbałego uśmiechu wabi ku so- 
bie pięlaia kobieta, tak nęci życie, takim uśmiechem przy- 
kuwa do siebie sztulca. Do chłopięcych moich marzeń 
ttśBuecbal się z pod ramion krzyża sfinks życia, a ja, 
rwąc się do życia, wycisnąłem mu na ustach gorący 
pocahinek. Ten uśmiech wgryzł mi się w oczy, wsiąkł 



9t 

W duMę na awsae. Ten pocałunek loatal mi chyba na 
wargach. Może dlatego, myilaleai, pocałowanie ust mo- 
ich jabija? Moie dlatego tamta w grolMC lagla? 

A pottm waąlem dętlD, jak kanieii, spadek po tcf 
dn^jk): smutnej, adnMboaef, sagadkowej w d w cia s dla 
mnie, ditś jesicie nieiroiumialej, — a jul nioiywej. 

I zjawU się ból... 

Ból, co cięźyl na kaidej myili, drgał w głosie, od* 
IŃjal się w nidiach i tu na piersiach tłoczył ; ból, co ro- 
jem jadowitym pierwszy owoc doświadczenia życiowego 
osiadał, by na nim namona złego złożyć — liszki się lęgły 
z tydi nasion, mianem deipieil się żjrwiły, by się gdzieś 
polem w motyla sztuki przepoczwarzyć; ból uki smutny 
i bezbronny, że pozwalał diorei wyobraźni rzucać mnie 
w jakieś zawrotne kola gorączltowych rojeń, w których 
mjrłl się gubiła, żyde więdło... Jak pijak, miałem wód- 
kę i smutek, smutek i wódkę. 

Z wódki łzy piłem : w pieszczotach, w uściskach, 
w szale z pierwszą lepasą, co nu na p i ersi ach zwisła, 
dziwiłem się, czemu ma osia świeże i cieple, a nie twar- 
de, sine i obrzękłe? czcom oczu nie ma matowych? 
szlamowatych i żółtych, sztjrwso na pół przymkniętych 
powiek? 

A smutek byl moją trzeźwością. 

Nie grałem — zgrywałem się na scenie. Kjeaym 
czyjś żal w duszę przejął, tom w oczach ludzi spływał 
lD'wią wlamui, serdeczną; gdym się cudzą rozpaczą 
przepoił, rzucałem im kawałami coś ze swego serca, 
z głowy, z duszy — precz! na zawsze! — wiedząc, że to 
do mnie już nigdy nie wróci, że jutro dam mniej niż 
dzisiaj, że za rok już w sobie nie znajdę. 

Ojciec słał wiakce na scenę, — sam ojciec! Chodził 
to do krzeseł, to do lói, lo na gmleryę, rzucał się. kla- 
skał, wymyślał publiczności od kanalii 



JJ 

A ja M scenie jui lylko żyłem. W życiu byłem 
gDUiny« opicsiały, tępy. 

I nie miałem jui nic w myilacli, tyUco kobiety, ko- 
biety ! . . 

Wtedy poznałem ją... Dwunastego Września... 
ją, Zochnę, żonę... 



y--^ 




Muwic staremu: tak i tak, żenić ł>o się chcemy. 
.Weż, — powiada, — sprowadź, bodajby dzisiaj, i ożert 
się. Nie wstydź się, skromny młodzieńcze.' — Jeżeli — 
mówię mu — na ślubie uczciwych ludzi, choć jedna świe- 
ca więcej się pali, i tę chcę mieć zapaloną. Nie tknę, 
nie ruszę wprzódy. — Ciało przy niej pokorę czuje, 
a dusza w płaczu się zrywa, marząc o szczęściu. ' 

Ojciec skrzywił się strasznie, wydął wargi i za- 
śpiewał przez nos : , Osioł jesteś I " 

Słyszeć o tem nie chciał. Dokuczał, za memi ple- 
cami jakieś czarne intrygi wszcz^^nał. Uwziąłem się na 
złość staremu, w^'stąpiłem z budy i zamieszkałem sam. 
Słyszę, chce moją rolę brać. Ogłasza się na afiszach, 
sprawił sobie nowe ubranie i wałęsa się po micścio, 
poważny, namaszczony; — łeb zadziera. 

Przychodzi sztuka, cofa się przed samym spekta- 
Idem, mówi, źe stary, że kolana mu się trzęsą, choć mu 
po linie chodzić przecie nie kazali, tylko grać. Po dwóch 
godzinach zwleka się do mnie pijaniusiertld. Staje we 
drzwiacti, cylindra nie zdejmuje, ramiona splata i mru- 
czy coś przez nos. (Stary zaczynał się już maniero wać 
na tych nosowych dźwiękach, mając>'cłi wjrrażać po- 
gardę). 




— Syn — bąkml tedy,— tyn wystąpił, a ttArego 
wyieii... Wyleli, — powtórzył, roswalil m^ na kneile 
i wydąfnąl utywne nofi Patrzył w i ufit i gwizdał 
cierpliwie i uparcie przez godan^ całą. 

— Ty*^-- rzvV\ po godzinie. 

— No 

*— Wyldi, — mrulmął i »k»wu zaczął gwizdać. — 
ABes ist wcf, alles ist weg. 

— Rubb masz? 

A 4^yin do Ideazeni sięgnął, zrobi) ten swój świet- 
ny, ^ do naśladowania, ledwo widoczny, a tak wy- 
mowny mch dlmiią. W tern było nie tylko: ,Daj no, 
<l.ij ! * To mówiło, w po śp ie ain em, zdławionem, nie- 
lihalfin tempie: — Pienłcdz>' mi potrzelMU Ty dasz; — 
wiem... Ja d icłi nie oddam, — ty wietz o tern, choć 
na moje honorowe zapewnienia schylasz głowę. Za to 
cię jeszcze ani kochać, ani szanować nie potrzebuję... 
Ja aobą moie i gardzę, ale tolne nic do tego.. Moje 

jest... Ale co ci do mojego ź>*cial.. Chcę pić, 

pił ... Je m*en fiche — O, la !• — A to wszystko, tę 
całą duszę człowieka, wypowiada się, tuląc czter>' pal- 
ce dłoni i puszczając jakźl mały, przelotny promyk po 
twarzy. Jald?.. Tego ani opisać, ani naśladować nie- 
podołma. To Bóg daje. Nazywa się to — talentem akto- 
ra. A człowiek, który to Ucho posiada, będzie miał 
nieraz, przy wielkiem sercu Chrystusa, niskie instynkty 
zwierzęcia i całą marność człowieka w sobie. Taki 
szczęścia nie zazna i zaznać nie moie. Jest w tem 
i ludzka zemsta, i Boża kara. 

Zastąpiłem suremu drogę przy drzwiach. Ściskam 
sobie dłod, palcami trzaskam, wargi gryzę: bom nie 
wiedział, czy wyleczę, czy dobiję. 

Wreszcie powiedziałem: 

— Ojciec, moźr... moźebym ja zagrał... aa cubi^. 



Chciał mi się na siyjc nucić, ale utrzymał ręce 
na mych ramionach, potem wsadiii je do Idetzrni, wy- 
ót\\ usu i rxekł protekcyjnie: 

, Spróbuj. " 

Zaprowadził mnie do rcstauracyi i za mojego ru- 
bla zafundował mi piwa. Był uprzejmy i gościnny: 
com łyk ze szklanki pociągnął, dolewał mi pośpiesznie. 
Po raz pierwszy w życiu zapytał o zdrowie. — Kiedyśmy 
juź kilka butelek opróżnili, przysiadł się do mnie, zapa- 
lił papieros.'!, gładził siwe wl<>s\ i. blednąc dziwnie na 
twarzy, rzeki do mnie szeptc-iu: 

— Ja ciebie, Władek, psuć nie chciałem, ale to 
jedno wiem, — i tnk mi Panic Boże dopomóż, jak szcze- 
rze mówię: ty byłbyś nowy, świeży, genialny, gdyby 
nie kobiety. One cię gnębią, krew twą toczą, mlecz 
piją, mózg <isą. One teraz wszystkie do ciebie pełzną, 
w^ ! 0|)lotIy cię, opętały, pierś ściskają, talent 

w |.. . .ach chcą zdusić... Mnie wszystko jedno: 
bierz je bodaj wszystkie, — ale potem plurt i przepędź, 
boć to bydło jest przecie, gad zinmy i leniwy, i nie 
wiąż się ze zwierzęciem, nie wiąż, chłopcze; bo kiedy 
z ciebie wszystko wyssie, to się kiedy nocą, jak kot, 
do łóżka zakradnie, tu na szyi w wielką żyłę się wgry- 
zie i krew twą serdeczną do ostatniej kropli wyźłopie. 
Taki gad żoną się nazywa... 

Ciebieby banda impresaryów po Europie obwozi- 
ła.— O Władek, Władek!.. Tam, w Paryżu, — w Ber- 
linie,— w Wiedniu, — tam nas cenią! Nie klaszczą, nie 
wyją, nie przeszkadzają, jak tutaj, lecz rozumieją, na 
równi z piszącymi uwalają. Tam ma walor intuicya, 
bo oni mają za dużo szkół i wiedzy; tam wielbią puls 
życia indywidualnego, bo szare są wielkie miasta... Co 
ja mówię, oni nas tam bardziej od piszących szanują, 
bo ich bibuła, pisaniny, literaty przytłaczają i nudzą. 



'i 

M\ ^^ >^ iineoi, jesteimy śmi cchrm, 
i/.;, .^^;.K.'n -m w tywyn cłlowieku... 
Utrrat to Uamliwy k ^nt, — aktor ma ttcierą du- 
si^.— Tak pkuą*. . Sic \Mcrtynl C<yuj gairty cu- 




Piwa miai jul widocmie aa wiele, fdyt picicią 
w tlól udrrzyl i knyknąl, al echo rołnioalo po taU. 

— Ftgaru ! — Frankfurter Zeitung ! 

Wywinaił aic kelner prxed stół i tlómaczy, że nie> 
ma tych gaiet w restaurac>'i. 

— Przynieś i kiosku, — rozkazał ojcirc krotko. 
Kelnrr stal 2 miną jfT\in.isna 1 Mi./<I»r\(l<>\v.ii»ą, 

Ojciec imarsiczył czoło. 

— Słyszał krlnrr, com rozkazał? 

1 spadając natycluniast z aktorskiego tonu, dokoń- 
czył po twojemu: 

— Poszedł precz, bo zabija ■ 

— Niechże ojciec nie rzuca butelek. Awantura 
będzie... 

Spoclunumial i lUMroiyi się mój star>\ Wydało 
mu się, źe jakiś um klient dobrego krawca i fr>*zjera: 
hrabia czy kttpcz>*k od sąsiedniego stołu prz>'patrywal 
mu się arogancko. Stary pochwycił dopiero co odkor- 
kowaną butelkę, w>'pił ją duszkiem, posUwił z impetem 
na stół, nogi na krzesło załoiył i rozpiął kaaitielkę. 

— Niech kelner?.. prz>'-nie-sie ! c>f^roo! — zaśpie- 
wał na tremolo. 

A potem do mnie znów się prz>'siadł. 

— Będziesz grał, Wfaidek?.. Shichaj — woUł, 
chw>»tając mnie za bary, — ty jutro; ranie i siełŃe po- 
ms ,iaz. 1 nas w sz y s tk ich. My wszyscy jesteśmy 
biedni ludzie, bo nie wiemy, dla kogo i po co swą du- 
nę w sznaty targamy... Ptomieniem krwi twej mło- 
dej roznieć jutro wielkie światło duszy; niech tamd 



mruźi) oc/>, nirin >m; mu i /..j, wlją, podlc, ślepe gady!.. 
Ty im się wgryź w serce! — niech poznają, źc jett pu- 
ste; bij po głowach obuchem! — porusz leniwe mózgi; 
po kaldunach sytycli kop ! — odbierz im spokój . A du- 
sze ich w kale nurzaj ;~ drwij. /niM-ij gjc j pluj! — po- 
wUaczaj im mózgi w brzuchy. ńczy się — i roz- 

pełzną się kłębiskami gady gnusne, ciężkie i leniwe; 
pełne strachu i pokory... A my wtedy: — deptać!.. 
Puścimy za niemi tony marsza żałobnego, lub taniec 
szkieletów, i nuż szarpać, targać, rwać w strzępy mar- 
ne dusze! Bydło, owce, kałduny! Ha! Ha! Ha!.... 

Śmiech był zrobiony bajecznie. Wpadł jakby z ci- 
chej ulicy, basem piersiowym rozległ się po sali, zahu- 
czał echem jak organy i ludzio^ usta zamknął. W sali 
ucz}'nilo się cicho: na szczęk noża ludzie sykali gniew- 
nie, kelnerzy zatrzymali się po«irodku. Patrzano wy- 
łącznie na nas. 

Ale ojciec już tego mc wicUiał. 

— Ty, — mówił, uderzając mnie pięścią w piersi, — 
ty, bydlę niskie, do nich pragniesz teraz przejść! Że- 
nić się chcesz! Będziesz handlował, szachrował, żydom 
po biurach się wysługiwał, łykom po sklepach, szlach- 
cicom cielęta hodował i tuczył? 

Nie odpowiedziałem mu nic; musiał jednak z mej 
twarzy coś w^Tzytać, gdyż uśmiechnął się cicho i napił 
piwa. 

Wyznałem mu wtedy całą prawdę: mówiłem o tem» 
jak się ścieram i zużywam z dnia na dziert, jak dziś 
już, niby morfmista, trucizną tylko dobyć coś z siebie 
potrafię. Stary początkowo wierzyć nie chciał; polem 
wpił się rękoma we włosy, oparł głowę na łokciach: 
myślał i słuchał. A gdym mówić przesuwał, unosił 
nieco głowę, białka wywracał i tak się wpijał we mnie 
tem spojrzeniem dziwnem. 



— Bywa, by wa, — mmcsal pod konie-, — cf taii 
tylko JMini djueil, jHmi wkma, jedna miloić. Diiś 
więcej nit dawniej . . . Motyle, jftki, ćmy, — poten gady ! 

W>'prottowal tic wr oi cie titjrwBo. 

— Na długo «c cenitt? 
Wmiazylcm ramkiniini. 

— To aaleiy. 

— Od kobiet? 

— Chodalby... 

— A poien? — p>tat wlepiając we mnie przewró- 
cone białka oczu. 

Oilód mnie przebiegł po ciele. Dotychczas nic 
myilalem o ten, com %)| ojca apojrzeniu wtedy wyczy- 
tał; nie myślałem o u|>okurzeniu. 

— Jeieli kobieta, — zaczął ojdec, wpatrzony błęd- 
nie przed siebie, — nie wiem, jak się u twoja nazywa, — 
jeżeli tym lubieżnym a wsgardliwrym uśmiecliem , w któ- 
rym właściwa dnaia kobiety »c przejawia, tetać d się 
będae w w yHyglą twarz : — podóas gdy inny, święty, 
nowy, mocny będzie ją tęsknemi oczyma budził, pod- 
niecał, rosnamiętnial?.. — Ot taldcj doczekać się w ty- 
ctn godziny i kolMety nie zalMćI.. Aktorem jesteś: 
wmyśl-te się, czuj, — przeczuj własnej młodości ko- 
niec... A jeteli drugi tam na scenę wejdzie, podpa- 
trzy dę, okradnie i złupi — sobie na karjerę? jeieli... 
jeieli okrzykną go genialnym, dlatego tylko, ieś ty ! ty ! 
ty! tak t>ardzo derpiał?.. Jeteli ludzie dę porzucą, psy 
tobą wzgardzą, d>*rrktor dę wyl«-i«-?.. Wrli kri ... 
Im . . . r 

Ojciec schwycił się za głowę: krople rzęsistego 
potu wystąpiły na bladą jak chusta twarz Rzudł się 
w giąb kanapy. 

— Jeteli kelner d gazety przynieść nie zechcel? — 

«• 



kriykni|l, labeUcoul coś i roiplakat się tak straszliwi* . 
te wszystko porwało się z miejsc. 

W rrfltauracji wszczął się szmer, potrni jakiś 
/gielk i |>ogwar gniewn}*. Ludzie wołali krlnt row, pła- 
cili z hałasem. Kobiety w)'chodziły z wyrazem prze- 
strachu i współczucia, ich towarzysze z grymasem nie- 
smaku nad t^nn płaczącym starcem. — 

Wyprowadziłem ojca na ulicę. Upiera! się, źe mi 
szampana zafunduje, cho<^ do tego piwa ja dopłacić 
musiałem. 

— Przyjmij ode mnie, — prosił, całował, przymilał 
się. I ledwo stojąc na nogach, ciągnął do drugi^^o 
szynku. — Przed samym domem wytrzeźwiał jednak. 

— Jeżeli?.. — zapytał poważnie i myśląco. 

— ja nie będę miał czego żałować, — odparłem 
spokojnie. 

— Chcfsz ze mną?.. 

1 zrobił jeden z tych swoich ruchów nie do po- 
wtórzenia. Kęką tylko skinął i uśmiechnął się . . . Jak ? . . 
Bo ja wiem! Tak się może uśmiechali dawniej ci, co 
na stosie ginęli: było w tem^i politowanie i wzgarda 
i żal serdeczny za głupiem życiem podł>ch ludzi. Zwie- 
sił głowę i pokiwał nią do swych myśli. 

— Ali right! — zawołał na pożegnanie jak cyrko- 
wiec 




»9 

Na drugi ńńeń doflądal mnie i tlnegl na kaidyoi 
kruku. W południe nic wytnymal i nartucil tic na 
mnu*. 

— Grac będ/H*^/ ? 

— A no... 

— Mów, co tobir. cilowicku? Pić chcm? T3r» 
i wctoraj nie wiele iiió%iril. 

— Tcmknic... 

— To weii^e ją tobie! 

— Poctekam, al mi ją rodzice dadzą. 

— Al d wytchnie, i wietrzeje i ulęgnie się do oł- 
tarza! 

— Poczekam. 

— Ocknij ty się! Ty przł^cic nic nie mylluiz, na 
twarzy widzę, źe nic nie myiiisz! Jul masz na swej 
głupiej gębie idyotyczne piętno narzeczonego... Ty mi 
dzisiaj porządnie grać musisz! — krzyczał i trząsł msą 
za ramiona. — Ale to niepodobna, żeby ulci zadowok>ny 
z siebie kretyn uczciwie coś zagrał... idi do niej, — 
czy co!?.. Spraw sobie zdradę, — czy jak!?.. Rób 
coś: porusz, porusz bebechy! Ty, gnuśne, tępe, narze- 
czone bydlę! 

Ojciec trzasnął drzwiami i zostawił mnie z mą 
bezni]r^iio4cią. 

Dawniej inaczej bywało. Dawniej, gdy w)'szia 
ode mnie która z tych kobiet, pozostawiwszy po sobie 
łapach dala swego, atmosferę od pieszczot deplą, od 
szalów jeszcze duszną i nieukojone żądze; — wówczas, 
jeśli la nią nie pobiegłem, tłulcłem się jak war>'at po 
pokoju, w gęstej dymnicy od papierosów, i wlewałem 
w siebie, co było: koniak, wódkę, wino. Targałem we 
wspomnieniach kaidy drobiazg mych upoje^ odurzałem 
się wyobraźnią, coraz nowe układała mi ona obrazy 
w dziwnej jakiejś sceneryi grol>ów, kościołów, cmenta- 



io 



ny. Kortciylo lic Mwtte tu w potylicy bólem ottiym 
i nafiyin, jak pod xironą wodą, trzeiwicnirm. Wtedy 
coś gryzło, rozpierało w piersincli, i\ini\ w usu się tą- 
ctylo: ten, w ciało juź weszły, wyrzut i bóL Wtedy 
czułem jedno tylko: brak, brak i jeszcze raz brak do- 
kuczliwy. Papierosa? — nie to!.. Wódka?., nie!.. 
Jadło?., nir!.. To ciało się kurczy, jak gad nadepta- 
ny, a brak tu, tu — w duszy . . . Jedno, jedno tylko sło- 
wo, co się wyśliznęło z pamięci, wykradło z myśli ;-^ 
jedno, wypowiadające wszystko, ostatnie, wielkie sło- 
wo : — okrzyk ! . . 

1 szukam jak waryat t^o słowa, a niepokój mój 
wzrasta, skupia się, przechodzi w napięcie szalone. 
Krzyczeć chcę : . słowa , słowa ! " 1 wiem, że o nie iść 
priede nie może; czuję tylko, żem myśl mą rozognił, 
pognał, że szaleje juź sama: — jui mnie opanowała, pę- 
dzi i ponosi mnie tam, gdzie jest jui chyba tylko czar- 
na moc ducha. Chcę gonić, podąź>'ć za wyobraźnią 
mą, co z władz duszy myślącej juź się wymyka... 
Znajduję natomiast, tryumfujący, znajduję to, co mi ka- 
pryśna pamięć w tej chwili przyniesie... Mam wreszcie: 

Oło mój śywioł. la ciemność ponura. 

Jhś do otchłani myśl moja natrty, 

I mttskańCMOHość. jako cirmna chmuro. 

Śmai ophnKła. Myśl gdy w nią pohiety^ 

IVraca zhiąkaua i wnów 5iV tmnyka 

W atnnych marweninch 

Albo to ostatnie: 




Dwmaj ja me chcą zabijać 
Bo kaśdt słowo do sena tdomt 
1 juko saiytśi drtsuMśm j$ oaiąhi. 
A pottm dhtgimm rozpamiętywaniem. 
Jdk śor pitkitimy rozpali sią m lomt 



3' 

i potnm, poitm . . . imim ^rąymiość moim 

Air co ni poetja! co mi cudie bóle! Pc<Uc do 
(catni: węch mnie tam prowadiL Wpadam na pustą 
Hccnę, na it deski moje pochyle, i imiejc ««, i płakać 
... Mój świecie jedyny! tycie moje! priesMCie- 
ae krwawr! aiemio ty moja obiecana!.. 
Diiik, ojckh: wynedl, drzwiami z pogardą tnasnąl 
i pozcMUwiJ mnie w ogromnej, nudnej trzeźwości. Wie- 
<łiialem tylko, Ae migiem dziś grać, rehabilitować aiebie 
i ojca, co mnie pobudzało do wzmazania ramion; ja- 
kieś światła wielkie zapalać^ (to śmieme było popro- 
stu); wtłaczać mózgi w brzuchy — (itary idyocieje dziw- 
nie szybko), w>Tzucać wieAce precz... Jemu te wieik- 
«e i spać i trawić nie dają. Z pierwszą szklanką piwa 
łyknie uką myśl o wiertcu i upije u% jak zwierzę, 
a polem daje po knajpach dzikie przedstawienia... ju- 
łnleoszowe. — Jeśli ja się jul zgrałem do ostatniej kro- 
pli krwi, to stary się zmanierował do kosteczki... 
Aktorzysko ! . . 

Zaczynałem śałować wczorajsz>xh postanowietL 
Rozgłos aktora?! Przy tern mimowoli myśleć trze- 
ba o młodych pędrakach ze szkoły, zaczynających jui 
szukać emocyi, o entuzyazmujących się śydkach z lom- 
toru, o iryzyerach, którzy z gałeryi i przez pisemka 
iNiikowe zawierają z aktorami .amitie du cochon* ; wre- 
szcie, o t>'ch ubunach wyrostków niewiadomo skąd 
wałęsających się wieczorami przed teatrem. A poza- 
tem: dziennikarze zbyt gadatliwi, mecenasi zbyt milczą* 
cy, oraz Idlku grubych panów, cz>tających o nas prz)' 
rannej kawie dla tego tylko, źe reporter i redaktor je- 
go gazety nie mieli, prócz o wypaditach miejskich, ab- 
sohrtnie nic więcej do powiedzenia. — 1 to staremu du- 
saę w szmaty potargało. — Trzymać się tego płotu 



i łgnić nuEcm i nim, dać w ofierze życie cale. Skrom- 
ne to powołanie, za mnia rólka... 

1 temu dać jeazcze w ofierze ją, Zochnę?!.. 

Dziwna rzecz: ilekroć o niej WH|>omnc, tuman za- 
pomnienia przysłania mi świat natychmiast. Nie widzv» 
nie słyszę nic. Ją czuję ; jej twarzyczka jasna, ł.iKf>dna, 
spojrzenie bezbronne i ta dobroć wielka, co z jej uczu 
na duszę mi się kładzie, rozbrajają mnie słodkiem, ci- 
chem, dziękczynnem marzeniem. Modlę się do jej wło- 
sów, do poruszenia dłonią, do okrągł^o ruchu ramkm .. . 
1 widzę, tak znakomicie widzę... Dość, na przykład, 
by, przebi^łszy przez pokój, przysiadła na krześle, 
a stawała się tak zamkniętą w kształtach, tak 
ną w ruchu, tak doskonałą w każdej Unji, że yj -równi- 
nę suknie wydawały się jedną falą miękkiego jedwa- 
biu, opływającą posłusznie swoł>odny układ jej ciała. 
A przytem ta, przez uśmiech przebijająca, nieświado- 
mcMlć sw^o wdzięku, to piętno każdego arcydzieła: 
spokój, dumny spokój życia . . . Otaczało ją coś niewi- 
dzialnego, — czułem to za każdem zbliżeniem: biała mi- 
łość obejmowała ją ramionami i całowała uśmiechniętą 
w czoło : . T)'ś do kochania stworzona. " 

Tamte wszystkie: kochanki, żony, przyjaciółki, 
zżywają isię z naszą myślą, z przyzwv i*>m; po- 

wszednieją. Ich się potem właściwie i „i^da, nie 
spostrzega: czuje się tylko ich obecność; w oczach ma 
się je takiemi, jak nam je pierwszy bł)'sk miłości w pa- 
mięć rzucił... Ja przez oczy tak wchłonęłem ją w sie- 
bie, tak-em ciało własne nią przepoił, że gdy na chwilę 
zapomnę, ocknę się wnet w przestrachu, jakbj-m duszę 
własną zgubił. 1 szukam niespokojnie, i zno%Kru zoba- 
czę; zdziwię się, i znów pokocham, i do nieobecnej 
znowu! zatęsknię. A po uśmiechniętej szczęściem twa- * 
rzy liy gradem się leją... O, ja naprawdę kochałem!.. 




$r 

SMic apatraony gdaeś w praeatrjeń, widię ją 
I modlę Aic do niej wspomiuenieoi . . . Nie tknę cię, im^ 
ruaaę, Awięu ty moja! obietnico spokoju, wytchnienia, 
uczęida! Pny tobie odrodię mc citowiektem, odmlod* 
nieję ucmdcni, odetchnę *wieto4cią twoich marzert, 
iikofę pragnienie pachnącą rosą twego ciała, nie niasę, 
iwięta ty moja!.. Pcnkiaj twanycskę twą cteplą, da 
mei tw.ir<y priytul, ograej wyaęblą twym pierwszym 

ncem, w>*pieS^ świei>'m puchem twych policzków . . . 
1 OH- bój nę... W dłonie obie ujmę, widokiem się na- 
sycę, w\'pieszczę, wycahiję, w pamięci zapiszę . . . Pokal 
tw*ą lękliwego ptaka białą szyję, pokaż, dziecko. Wyca- 
łuję t\ Nie bój się, Zochna, nie t>ój się, nie... 
Nie tk niszę, święta ty moja! Obietnico spoko- 
ju, W; nia i szczęicia... Widokiem się tylko na- 
sycę, w>*pieszczę, wycałuję, w pamięci zapiszę... 

A Zocłma szeptała: 

— Mój . . . mój . . . 

1 kryła się twarzą na mych piersiach. 

Kaprysić mi dzieciak pocz>'nał: W3'dynui wargi 
i puszy się, rączlu w hddach suloii chowa. Przeciąga 
się leniwie i pada na kanapę. Kaie sobie znosić cze- 
koladek, słodyczy, ale jeić nie chce: w^Tzuca wszystko, — 
ie niedobre ! Myślałbyś, ie Uda chwila zmęcz>' się 
i zaśnie, rozrzucona niedbale na otomanie. Lecz oto- 
MTfwm się: pokazała mi czut>ek języka, zakręciła się na. 
pięcie, zaszeleściła suknią i — uciekła. 

— Paskudny! — wołała na odlocie. 
A za chwilę znów powróci 
Czasami się zapamiętywa. 

— Zochna?.. . 

Uśmiecha się miękko, ciepło, a szyję ku mnie w\-. 
* ciąga. — O mnie myśli, — dobra Zochna ! ' 

— Wiesz, — mówi, — wiesz, Właduchaa, — ai mi 



$4 

cUiwno, — ja się dehie wcale, ale to wcale nie boję. 
Priecieź to ty, — myślę!.. Ty! Ty!.. Chodi, poca- 
łuj! — Tuuj, i tu — jeszcze. — Och, Boże, jakbym ja dę 
ugryzła... Ale ja niedobra jestem!.. 

i znów duma, rozwala, czoło marszczy. 

— Mąż!.. — pociesza się wnet pieszczotliwie i sia- 
da mi na kolanach... 

Siedzę jak w odrętwieniu i wspominam, — bez koń- 
ca wspominam — tęsknię! Czasami silniej to we mnir 
uderzy: Zosi drobne rączyny jakby mi głowę wtedy 
Gdakały. 

21ry wam się, otrząsam . . . Posyłam po wódkę, grzęz- 
nę w dymie od papierosów; powoli zaczynam odży- 
wać : myślę . . . Tęsknota ? To jest uczude dla zwierząt 
w menaleryi. Ja tej trucizny jeszcze nie znałem: mnie 
wszystko w porę przychodziło, nie nauczałem się cze- 
kać. Tęsknoui!?.. To r' -' • . wilgotne, zatrute po- 
wietrze: niem umieją o<i ' tylko marzyciele. Ten 
tar suszy przede wszy stkiem najbardziej subtelne kwiaty 
uczucia: wspomnienia. W końcu niema cz^o wspomi- 
nać, zbrakło chęci silnych, tylko tęsknota pozostała. 
Wydaje się człowiekowi, z przyzwyczajenia do ciasne- 
go kółka swych m3'śli, źe czegoś pragnie, i ta ułuda 
dobija go do reszty. To tragedya marzyciela, dramat 
idealisty, farsa ascety!.. 

Piję wódkę: myśl biegnie, płynie, ponosi... Chodzę 
po pokoju, mówię ze sobą, deklamuję głośno: , Marze- 
nia ! . . Marzenia ! . . Obwisłe i bezwładne, na wypalo- 
nym grunde tęsknoty, tracą i one swe %yXe rozkoszą, 
miękkie uczuciem barwy. Póki je żar w popiół pamią- 
tek nie rozsypie, wysysają chciwie rosę z r •••'•' szych 
zakątków duszy; niby jemioła zapuszczają • •* co- 

raz to głębiej w sam rdzert swej otiar>', w naj istotniej- * 
szą część jej ducha i piją z niej chciwie dawno myśli. 



ucnicu, nadiieie. Więdnąc, roiplcniają tif jak kąkol, 
imchwAWctiią umytl, jak poknywa, tucbeini badylami 
łodyg bei kwialów, be< woni, ba deaui... Dawny 
kwietnik lafenia się w jałowy ufór: warty się na nim 
kietkająca myil, prtepada nowy lasiew, giną dawnych 
pkioki... A kiedy mc tak pneniacienie manąccgo 
dokona, wówctas ocknie się moie i icrwie zbjt wiei- 
kic jego pragnienie tyda. W gorączkowym porywie 
C2>*nu, w dyabła ambic>ń popieliako orać będzie, a tmut- 
uym aniołom dobr>*ch chęci stuletnie dęby na niem &«• 
dxic kale. Z dyablcj orki i aniebkiego zasiewu wiatr 
się zaSmieje, obfite żniwo zbierze ludzka niechęć, po- 
kłosie dioroba zagarnie, a dziedzictwo wdąl jeszcze 
bogatego gruntu obejmie śmierć ... * 

Ave! Prz^jdit.. Ja i uk na śmierć skazany je- 
stem, bom się na miedjdane grosze chwilowych powo- 
dzeik rozmieniał i rozdał doszczętnie; bo tęslcnota mnie 
wressde źre i pali... 

A poitm dhagmm fOBpmmiąiymmmm 

S$tum sią długiłm i €ięikinm kcmamUm . . . 

Niecliźe śmierć teraz, w tejle chwili, po mnie 
przyjdzie, ale niech mi ją na rękach ź>'wą i deplą przy- 
niesie i niech mi ją rzuci: 

Masz!.. Weś! 

A wtedy dam się dyabłu w zamian. Tyle mam 
w sobie m ęs k oś ci , śe potrafię oddać kartę życia za to, 
na com ją postawił. Bez wahania śmierci się oddam, 
szyję jej obnaię: 

Masz! Wei i ty z kolei... 

Byłem jul pijany : stojąc pośrodku pokoju, szar- 
pnąkw i za kołnierz i obnażyłem pierś. 
! 



I 



w trjlr chwili drzwi zaskriypialy i rozchyliło się 
czarne wnętrze. Parskni|łem imiechrm; w tyl się po-> 
dałem. Strach mi oczy zaokrąglił, skórę ściągnął na 
twarzy: stoję i dyszę ciężko; w sobie się zhicmm 
i piersi kurczowym ruchem przysłaniam... 

Na prc^^ stała Zośka w chustce na ramionach. 
Rzuciłem się ku niej, chwytam w pól, rękoma głowy, 
twarzy dotykam . . . 

Ona ciałem: — Zośka moja! 

— Dziecko, — krzyczę i ci-ij^n*,- j;| pl.« -«»- 
bie — kto cię tu przyprowadził? Mów! I 1? 
Kto mieszkanie wskazał ? Mów ! 

— Ojciec twój — wypłakała. 

Poznała, żem pijany, czy teź i.i y j dobroć anieU 
ska swój instynkt miała? gdyż zbliżyła się do mnie 
i w chłodne rączyny ujęła me skronie. 

— Nie gniewaj się na mnie, Wladus, ni«- inariw si».. 

— Masz łzy moje, — odpowiedziałem, patrząc na 
nią jak w obraz. — Bóg widzi, nie dałem ich jeszcze 
żadnej. 

Całowała oczy, wypiła łzy wszystkie. Ale trzeźwo- 
ści, opamiętania nie dała. — Drzwi się uchyliły, wsunęła 
się czyjaś ręka nad podłogą, wstawiając do pokoju wy- 
soką butelkę i dwa kieliszki, co z brzękiem upadły na 
ziemię i potoczyły się na środek pokoju. 

— Pij! — rozkazałem, nalewając kieliszki. 
Dzwoniła zębami w szkło: piła. Potem trzęsącą 

się ręką odstawiła niezręcznie kieliszek na brzeg stołu. 

— No, widzisz ! — i kieliszek ci zbiłam . . . Nie, po 
co ty mi każesz pić':" 

Już klęczała na ziemi i zbirrała skorupy. 

Podniosłem ptaka z ziemi wysolco, wysoko. Koze- 
śmiała się. Ale potem, gdy na kolanach się moich 
znalazła, gdym parzył ją pocałunkami, — wówczas we- 



97 

sidMK'* ru i drugi, niMlnyli iic gdaeś %irirUciinni 
ociyma . . . 

I irammiala . » . 

Ociy jc] deiiiste rotwarły mc sktoIco i mit>xhmia»t 
prx>'«kNuly nc netami ; w lu|Uch ust coś zadrgało silnir. 
Biała bjrta lui twarz>% nozdria pulsować jej poczęły. 

Po raz pierwuy w lyciu rzuciła na mnie dumne, 
wyniosłe spojrzenie. — P^ ja«iycli włosów, zaciesany 
aisko na tyle głow>', w ctętldn powikłań)^?! splocir 
opadł j«*j na ramię... O ten uś m i ec h ! wzgardłiwy, zim« 
ny, dumny... Ja go zb>t dot>rze pamiętam!.. A jed- 
nocześnie ten ciclld splot warkocza, opadający szybko 
coraz niiej po ramieniu i rozwijający się nagle w złotą 
połyskliwą Ulę. 

Zatopiła mnie u iala jasna... 



l^.J % i V . 



Ojciec wlókł mnie do teatru pod ramię, a gdy Zo- 
sia dogoniła lus na ulicy, namawiał ją łagodnie, aby 
bvta roaądną i wracała do rodziców. 

Idź do mnie, — prosiłem. — Wrócę po teatrze. 

Pozostała w tyle, czułem jednak, że idzie za namL 

Stary mówił coś u wejścia z portyerem, wskazał 
na Zosię i zakoikczył jednym ze swych rucłiów dłonią. 

— Fm! — gwizdnął, machnął chustką jakby kogoś 
od bramy odpędzał. 

Byl wesół i dobrych myśU. Poprawiał mankiety 
I krawat, a do mnie mówił: 

~ Wiesz, Władek, gdyby nie moje laU . . . Toż to 
nieboszczka zmartwychwsula ! To otwarte i jasne czoło. 



J9 

te łuki brwi i tu — ten lakrój nosa; utti, w glębokini 
jakby oddechu zawsze uchylone... Co ta dziewczyna 
ma za zęby! Tylko źe nieboszczka brunetką była... 
Jest w ludziach coś takiego, jest ten pociąg do typu: 
gatunek w nas w)'je... Ale trzymajźe t>' się... no! <— > 
Władek!.. Cóż u stu par dyabłów, wszak jesteśmy 
mężczyźni I . . 

Ja byłem głuchy. 

Air światła jasne mnie oblały, zapach nasz po- 
czułem. ^ 

Dziś zrozumieć nie potrafię, jakim sposobem oślepić 
mnie wówczas mogło . podobieństwo " sztuki. Rzecz była 
dobra, tylko aż ciężka od zdań okrągłych, gładkich, 
rackich. Autor wiedział o tem, — spodziewał się od a^. 
rów duszy. Tremę miał: życie dusiło go zmorą cięźk.i. 

1 ja drżałem na skórze, nie z obawy jednak, lecz ze 

zbytr--— •-■: I-: -: 'iszy, co dla gry może jest naj- 

sako< KKlził na scenę — ustało i to... 

1 wieczne te dziwaczne, za włosy podciągane .po- 
dobieństwa", które jak błyskawica przesuwały mi się po 
głowie. Starego widziałem: siedział, kabotyn, z .Figa- 
rem" w ręku, choć trzech liter po francusku nie sklei; 
siedział i oczyma świecił. .Czeka* — pomyślałem. 1 znów 
mi śmierć na grzbiecie siadła. .To się sianie, napewno: 
zgram się w proch, w nikczemność, w gadu zimne ciało." 

Szło, — szło przezemnie. — Jest tam pod koniec nie- 
ma scena... Już mu nic nie pozostało: nadziei w życiu, 
oparcui we własn^^ch myślach; zbankrutował na samym 
sobie, nie umie i nie chce bronić się przeciw nieszczęściu. 
Prędzej czy później wszakże przyjść ono musi, bo źródło 
swych nieszczęść i przeznaczenie własne człowiek w so- 
bie dźwiga. Po cóż się więc bronić?.. Autor jak zwy- 
kle : rzuca aktora w fotel i stawia kropkę. Jam się przy- 
parł do ściany : stoję i myślę ... A tu cisza huczy. Gdzieś 



J9 



mUUi na ulicy powói nturkocie; mury gtosią* Kum xa- 
kastle na widowni... Scojc i myiUc o tobie; poiein ociy 
podnoti^, — tpoMrsegam ojca i .Figarcin.* S|>adio 
2 piersi: wcttchitąlrm. 1 ten ruch, to wciorajaie ojca 
flldnirnie i^ką... .AU ristit!* pomyilaJetn. I inowul 



Tam fdiieś nagaleryi ktoi odpowiedaial: wettdmąl 
aaeroko, swobodną piersią. .Dziewczyna młoda* — my- 
ślę, i łzy mi się walą do oczu. — Stoję, uśmiecham się 
I głową Id wam jalc ojciec wczoraj. Potem ten efeirt ze 
stryehuiiem. Nie cierpię! Na scenie śmierdzi, a ludzie 
płoszą się jalc Iconie, zamiast się skupiać. Ale teraz wy- 
daje mi się, źe tam za sceną, w tej chwili . . . ona, Zocli- 
aa, sobie... do piersi... 

— Jezus Mar>'a! — chcę krz>'knąć, ale coś w porę 
MM gardło chwyta... 2^trzepotałem się t>*lko jak ptak 
i idę, wargami coś niby mówię, czepiam się mebli, slii- 
niam, potykam i tuź, tul, u bocznych drz^ń, które mia- 
łrm na zakończenie uchylić, walę się ciężko na kolana. 
Czoło do framugi przykładam i... zr>'wam sobie coś 
w piersiach. Czuję, jak pęka jedna, druga, trzecia stru- 
na: wszystkie po kolei, wsz>*stkie, na któr>'ch ludziom 
smutek, ial i rozpacz grałem... 

Star>' wstał w krzesłach z .Figarem*, oczy wy- 
trzeszczył, — drty z radości: widzę to, czy teź tylko 
czuję. 

Mole jui przyjsc — skończone. — ivurtyna juz się 
chwieje, osuwa; jui mnie od świau oddzieliła. — Ci- 
sza... ja wsuję, czoło z potu ocieram i cichemi łzami 
płaczę nad sobą, nad tem, źe dobrze grałem, i nad sr 
\atm łagodnym, co mi wstręt do samego siebie z pi -. 
stłoczył... 

Runęło wreszcie. 

Podcłiodzę do rampy, kiamam mc i usn 



Wirniec podają, kriyczą, klaszcią, tupią... Biorę wie- 
niec. ,Zas? / nu autorowi i t ó." Biegnę ted ' i- 
lisy i ch\v\ > r^kc tłustego pana \% długim u. 
Poskoczyl jak baletnica, tr>'ka, dziękuje. — Tłum nałylcal 
się cudzego ł)ólu: klaszcze, liuczy, jak w ulu, ' m 

zgiełkiem się przelewa. — Dziennikarze i mect j ;U- 

ciają autora. Światło gaśnie rzędami. Tabuny wyrost* 
ków ścigają się po galer)ń, dłonie w trąbkę składają 
i ryczą ochryple: 

— Borowski! Borowski! 

Wychodzę raz jeszcze i tym najbardziej* u nas 
wj^ardzonym, a moim najwierniejszym posyłam od ust 
całusa. Wszczęła się na górze gonitwa, tętent, tupanina: 
chłopczyska biją się i kopią nawzajem, a mnie przez 
dłort w ucho wrzeszczą: 

— Borowski!.. 

Gdybym którego z nich tui przy sobie postawił, 
spojrzałby prawdopodobnie swą tłustą od potu twarzą 
i wyłupiastemi oczjnna; gębę-by wnet ro/ " " ;<ł 

mi w ucho me własne nazwisko. Potem- ^_, ^ , . .z.uiii 

chlupnął, nos rękawem utarł, dłonie do ust przyłoź)'ł 
i znowuź zahuczał: 

— Borowski!.. 

Jeden z nich rzucił mi nawet z entuzyazmu podartą 
•czapkę. Za tę hojność dostałby w domu cięgi, gdyby 
nie mój ojciec. Star}' zwlókł się na scenę i znalazł dla 
siebie robotę: mógł coś dumnie precz odrzucić i w in- 
nych trochę okolicznościach przez nos zawołać: .Bydło, 
owce, kałduny!* 

— A co? — był^' I jego słowa do mnie. — 
Ten ruch mój, hę? Prz\ 

— Przydał. 

— Bierz, ja nie bronię. 

— Biorę z każdego człowieka, co mi potrzeba. 



i 



— Taakf.. Nowin mi ojciec nic ninpooujesł, bo 
to tiarolytiui OHUMera. 

— Tą oyuiierą tyś cały stwonony. 

-* Zapetaie nicpotrietmic wogóle itwonony. 

— Co ty, świnio, pleciess? 

— To, Ir xa nic nic jestem wdaccfny, nawet a 
lycic. 

Ojcu ? — (białka mu m^ pnewracać xacxcly). 
- Nieoatro t ny kochanek łatwo nim się sujc. Do 
wacunku mały powód. 

— Pies. 

Tak rosmawiając, i»'>'cho<lzimy na ulicę. Naokół 
w sjynko odeica, pluska, cłilapie; mokre bruki bł>*szc2ą 
od świateł i pognębiają ponurą ulicę, jak zmatowanc lu- 
stra. — Stary chcr widocznie sprawę załagodzić. 

— Jesteś podły, — mówi, — jak wilcze szczenię, ale 
ulent mass olbrzymi. 

— iViem. 

— 1 to, leś podły? 

'— To pnedewss3rstkłcin. 

— Pysk mass tylko ruchliwy, — łagodził i, rort wo- 
rzjTwszy parasol, ujął mnie pod ramię. 

~ P3rskiem grasz, pywttiiem swiekatiT. i obie naiety 
niejedno wybaczyć . . . Chodź się csego napić. Wcsoraj ci 
ot>iecałem. Jedną wdowę tylko . . . Żółt>* mecenas poźyczyL 

— Ojciec aktorkami zaczyna handlować? 
Stanął jak wr>t>'. 

— Czego ty mnie kopiesz? Za co ty staremu ojcu 
^' Ktbę plujesz? Człowieku! Szczenię t)'! Słuchaj: i ja 

kiedyś taki, jak ty, talent . . . Przecież i ty chyba 
nie wierzysz w to, co mówisz. Dał, — wziąłem. 
A csord mi do niego, czorci mnie do tych szmat ! Tfu, 
ps... kr... kobiety! 

3 



Puśnirm go. 

M/, ojcirc, — mówię ... — Na litość boską, mz ; . . 
I<1/, H{Mj sir j.ik (izik.i świnia, tłucz butclld, beci po knaj- 
pach, ale mnie zostaw. Zontaw mi tę resztę, ten ochłap 
czInwirkA \vr mnie-. 

Dostali widocznie swego uderzenia krwi do głowy^ 
bo się zatoczył na chwilę. Potem w starczej, bezsilnej 
zh)4ct cisnął własny kapelusz o ziemię. 

— Becz po knajpach? — powtórzył ochryple. 

I choć jeszcze nic nic pił, schwycił jakiegoś prze- 
chodnia za piersi. 

— Syn ! — wołał, kurcząc się i celując we mnie dłu- 
gim palcem. 

— Czegoś ty mi ją sprowadził? — mówię, następu- 
jąc wprost na niego. — Po co do tej budy przeklętej 
ciągniesz? czemu mi moje życie ulicznikom na pastwę 
rzucasz ? 

Ludzie zaczynają się skupiać ; ja wycofuję się i od- 
chodzę. 

— S\'n ! — huczv starv na ulicv. lak w tra^^edyi 
Szekspira. 

Bi^nę kłusa i wpadam w Ihm /iui<;. Tu, nie czując 
się jui na oczach ludzi, zwalniaut ki oku i czekam, gdyż 
awantury pubUczne starego niepokoić mnie już zaczy- 
nają. Tam ucichło nagle; ludzie rozchodzą się ze śmie- 
chem. Czyżby starego do dorożki już wsadzono ? . . 

Gdy tak stoję w niepewności, wybiega z za węgła 
jakieś dziecko w chustce, prz^^pada do mnie, tuli się do 
mego boku, jak pod skrzydła, i wyrzuca w jednym 
okrzyku: 

— Władek, Wladusiek, Władek mój ! 

Wziąłem to pisklę na ręce i zaniosłem do domu; 
przemokła bardzo. 

TjB -, L T — \\\\\'r.rij\' ^*\'\j\''' ■■■...» ...... 



«^/^l(^ y/«AA.HN'*«<^ 



43 

Oidec dal prted ibiigowiikifa drugie pnediUwie- 
nie jubikrtiMTOwe. Wwikłal mą priytem w jakieś lajśde 
I ofkercm; dostał od nkgo po ucbu, a na wyfojenir 
koi^. Gdy po dwóch mieaiącach wytiedł, — byłem już 
tonaty. 

Pieiiicd<>' brakło nam usta%iriciiiie : potycaki, han- 
dfatfae^ kMDbardy, nabieraiiie mecenasów... Ale cscn 
to wtaystko było dla mnie woImc ssca^ścta, jakiefocit 
nanawałl Csulem taką radoić, wiosnę, taką pełnię ż)*- 
cta, ie!.. 

/efólów nie pamiętam. Wiem tylko, te źle było. 
Lidio didało w dodatku, te tatuka była cudaoaemaka. 
Pn>' swojaldei oiMtałbym się na adobytem stanowisku, 
a tatukębym połoźyL Ta prsesała jednak praez sn'^"*^^?* 
jako nowość repertuaru wiedcitokiego, i x tą plombą 
dawaliśmy ią na scenę. Nieobecna a sagadkowa wiel- 
kość powaliła mnie twarzą na ziemię, wiedeńczyk wlazł 
na mnie olMenia nogamL Nie nadaję się do sztuk oby- 
cnjowo-ońesacsańskich, do .Familien-dramatu*, — mó- 
wili dziennikarze. Ha, sfery w sztace były moie i miesz- 
nartskie, ale familia stanowczo żydowska, jej dramat 
z dziennika, a obyczaje z kucimi. Tak-em się pocieszał, 
bom ogromnie potrzebował pociechy. Tak bardzo chcia- 
ło się oddycluć właanem asczęśdem. 

W chwili bedy wszyscy na mnie powstawali, przy- 
szła za kuksy ioaa, z wilgotnemi jeszcze oczyma, z nie- 
wygaałą na twarzy ciekawością i wypiekami na policz- 
kach. Odciągnęła mnie na bok: miała coś bardzo ważne- 
go do powiedzenia. Tam rzuciła mi się na szyję. 

— Właduś mój kocłuny, — wołała, — jak ty śhcznir 

1 ja miałbym się martwić woł>ec tego? — Śmiałem 
się jak dziecko: *■■***—« się z dziennikarzy, z dyrektora 

3* 



H 

I mlodefo blaina, którego na moji) rolę jui podtunicto ; 
jMnialcm się i całego świata. — Ująłem ją w pół i, jak 
dwoje dsicciaków, puściliśmy się w laitsadach przei ko- 
rytarz. 

— Stop I — krzyczę, bośmy się zapędzili w jakieś 
ciemne przejście. — Zośka, ktoś idzie. Stop ! ho wpa- 
dniem w ramiona starcowi. Mecenasy, jak szcztiry, te- 
rują u nas po korytarzacli. 

Zośka w śmiecił : upiła się naszą radością. — W tej- 
że chwili hłyska światło ; ojciec stoi : w cylindrze, w ja- 
snej swej kurtce, z parasolem w jednej ręce, z zapałką 
w drugiej . . . Mnie krew uderza do głowy. 

- Patrz, Zośka, — silę się na wesołość, — patrz, 
i;ik ujciec ducha Banka odstawia... Sutystę gra na 
korytarzach. 

Zośka śmieje się bez pamięci. — Mnie wściekać jul 
zaczyna to kabotyństwo wstrętne, to napędzanie grozy, 
jak dzieciom, plaskiemi sztukami niańki. ^1 czego on 
chce ode mnie?.. Milczy, ani słówkiem się nie odezwie. 
Poczekaj ! ja cię rozruszam." 

— W kn.ijpach od^rał jui swój repertuar, — mó- 
wię, — teraz na melodramaty próbuje się w przejściach 
do garderoby. Z parasolem w ręku próbuje odstawiać 
widmo sumienia, — siunienia artysty. 

Zośka zatacza się jak pijana. Kulisy i całe to f.\ i •. 
teatru, które widzi po raz pierwszy, odurza ją jak wino. 
A stary wdąi milczy. — Zapałka gaśnie, czerwone za- 
newie rzuca groźne refleksy na jego zmęcioną, gorzkiro 
bólem wykrzA-wioną twarz. Czerwony węgiel opada 
i gaśnie. Stary stoi po ciemku i wciąi jeszcze milczy. 

— Trzeba czemprędzej zapaść się w ziemię, — mó- 
wię wesoło, a pięści ściskam ze złości. — Że zaś podleca 
się nie rozstąpi, należy dla c^fcktu uciekać co rychlej na 
prawo, — do ustępu. 



4S 

I (lAiby kto witrę? — poahiduiŁ 

-• Nir, WUdckl-^woła Zośka, krłtotzJic tic i <«i 
pieni ch%iryując, — pnedet to jest ofromnie nbawne... 
Air ty briydki jetei. Nie nale^ drwić i ojca. 1 ty ac 
upijasi... Odprowadź mię, bo nę roschoniję i tefu 
śmiechu. 

— Ty kwoko fdac4i|ca ! — odsy wa się wrcside 
slar>' le twego stanowiska. 

W>Tiiiąle«i picidą w dnwu 

— Csy ty nie csujess śmieasności, star>' kabotynie? 

— Ja ojciec jestem, a nie taden .ty* I Ja artysta 
jcMem, a nie kabor^ii!.. Bodaj ci iczyk la te bluinier. 
stwa uaechl. 

— Toć wylei*>le choć s tej dziury. 

Zośka le śmiechu wpadhi w nagły strach, w to in- 
stynktowne, wylącsnie kobiece przeczucie zbliźającegu 
się nicsscsęśda. Czepia się mnie i odciąga na bok. 

— Ona d już z serca krew pić zaczęła, — hucz>' 
stary praet ssparę we drzwiach, — jui ojcu urągasz, 
w twarz mu plujesz. Zapamiętajie sobie, zapamiętaj: 
.Oko, które się z ojca i matki naśmiewa, kruki u poto- 
ków wydiubią, a orlęta je rozniosą.* 

— Nie, to oszaleć można I To w manierze na śmiesz^ 
ność oślepłe, zgrzybiałe aktorstwo. — On mi biblię stam- 
tąd cytuje! 

Skąd się u tego dziecka tyle sił wtedy wzięło? 
Gniotę jej ręce i zr>'wam je z siebie, a one, jak ssawki 
polipa, czepiają się mnie co chwila na nowo i ciągną ta 
soIm|. Odrzuciłem ją wreszde ku sdanie. 

— Ty mi o lonie mojej milcz ! — krzyczę i walę 
z cał)'ch sił we drzwi. 

— Ja dę krwią serca mego wykarmiłrm, — grzmi 
ojdec z gabinetu, — mem życiem, mym ukmtem, wszyst- 
kiemi władzami dttsiy; a ten polip to wszystko w>*ssie 



s ciebie... To nie kobieta, nie dum, nie artystka, to 
iwyciajnn suka, która pomioty fiucać chce 

TLośka wydala cienki, przeraźliwy pisk i uciekła 
Riucilem się calem ciałem na drzwi. 

— Chodź tu! — wołam. 

— Do syna?.. Bić chcesz? 

— Będę bil bez pamięci... 

— Będziresz??.. — powtórzył przeciągle. 

1 ucichł. Zośka łka gdzieś w drugim kor>tarzu. Ten 
płacz mąci mi myśli do reszty. Spostrzegam się po nie- 
wciasie, źem przed chwila coś potwom^o powiedział, 
i zaczynam chłodnąć. 

— Ojciec pijany, — mówię. 

Nie odpowiedział. Pijany, — myślę, — mniej przecie 
odpowiada za siebie, niź szczekający pies. — Także po- 
równanie I — szarpnąłem się natychmiast i miałem ochotę 
bić siebie po twarzy. Co za nowa ni' )ość wstąpiła 

we mnie? Tego dawniej nie było, ni . .. ! To ostatni 
dorol>ek życia, ostatni dar kobiety. Star>' tylko w mi- 
łości ku mnie był psem chyba. To szlochanie kobiety 
zdaleka talde miękkie myśli na mnie sprowadza. 

— Zośka, milcz, lub idź precz... 

— Ojciec, otwórz, — proszę przez dziurkę od klu- 
cza. — Nie zważaj, co ja plotę . . . Ojciec . . . Widzisz, — 
jużeś się zwalił?.. Otwórz: otrzeź\%ńę i do domu zapro- 
wadzę. Szampana zafunduję. Ojciec. No!., słucliaj, co 
mówię. •Szampitra . . . Ja cię po rękach będę całował... 
1 czego ty się rzucasz jak szczupak?.. 

Ręce mi drżą : te głupie myśli tak potwomem nie* 
dołęstwem skuwają ciało. Chcę drzwi wywalić, a klamki 
ruszyć nie mogę. Ani się nie podda... 

Nigdy w życiu tak strasznie nie krzyknąłem jak 
wówczas : 

— Zośka, wołaj ludzi!.. 



47 

— KImbIoi dętka, — kołacie ni w myiUch i biegnę 
jak opętany pnes korytara. Wypada cala banda akto- 
rów i tutyslów. Nawpól roiebraai ouciają mnie kotem, 
laarpią, cucą, chcą ae nnie bodajby ttowo jedno wydo- 
być. W icjAe chwOi, jak blyakawka, oiwiedl mi pamięć 
ojca ftos i jego prsekleilstwo. Widzę naokół te gołe, 
witrętnc twane, na których praed godiiną uką radoić 
pn>' mojem niepowodieniu cjyułem ; widzę czujne ttra- 
cłiem i zaolmigfcNie octy, zaparty oddecłi w ich pier- 
siach : widzów mam przed lobą. — 1 ja, najnikczemniej- 
aiy criowiek na świecie, — zaczynam grać... Gram w>'- 
klęligo syna. Język mi kołem utkwił :— bełkocę .. . 
Csnję, ie trzeł>a t>'lko wyaiłlni, chwilowej mocy, zerwa- 
nia aię krótkiego woli, by się opanować; lecz nie stać 
mnie na ten wj^siłek, nie suć na to, by prawdę od uro- 
jetk, rzeczywistość od wyobraźni oddzielić. Coś jakby 
obucłiem cięlkim uderza mnie po głowie: ciało t>ędzie 
nioie ode mnie sscKrsze ? Przytomności jednak nic tracę, 
rozum tylko wiaaay gubię; instynkt aktora przecie oca- 
lam. Wyrywam się z chciwych ciełcawością dłoni, od- 
slmlniję w tyl, podwijam się w sobie i padam na wznak. 
Ilam jednak jeszcze tyle sił, by wagę ciała rzucić tam, 
w stronę tych podłych, (ascynuji^cych mnie, jak spoj- 
rzenie węia, oczu, — w stronę tego l>łazna, co moją rolę 
objął. Słal>e było bydlę: nie utrzymał mnie w ramio- 
nadu Jul na pół tylko przytomny padam jak kłoda na 
ziemię i toczę mu się pod nogi. 

— Ali right, — ai epcie pneie omie ten obłęd. 
Takeśmy z ojcem moim twe oatatoie odegrali ko- 

medye . . . 




• •rowski skonc/yi opowiacianir. H< 
/ ławki cmentiirnej i z głową zwieś/n ., 
od wspomniert ciężką, pociął się błąkać 
Tni' 'izy mogiłami. Kunicki nie widział go, 
Uli- myślał o nim prawie: człowiek znikł, 
rozwiał mu się z przed oczu. Miał niemal 
wrażenie, że oto z jednej z lycłi mogił po- 
wstał irup, dzieje mu swoje opowiedział i wraz z osta- 
tniem wspomnieniem, ostatnie wydawszy icłinienir, za- 
paść się musiał w mogiłę. 

I, myśłąc tak, patrzał w kraj pusty i dymny: 
w długie, smutne szer^ budowli za cmentarzem, w ostre 
zarysy kominów fabr)xznych, wyrastających z za gar- 
bów ziemi, jak nagie maszty. Nie było tu zieleni naokół, 
lecz ostra czerwiert murów; zamiast murawy, pył wę- 
glowy pokrył czarnym puchem faliste ugory. Ludzie tu 
jakby wymarli, ptak się nie odezwał, wrona nie zakra- 
kala. Maszyny tylko gadały świstkami i suche dzwony 
zgrzytały. Niemilknący kołat młotów mierzył rozpaczli- 
wie nudny czas, pełzający tak leniwie, jak te rozwłó- 
czone na horyzoncie dymy. 



49^ 

Kunicki wpojinMi na Borowskiego i wydało mu się, 
te w te martwe okolice tpadl jakii puk i dalekiej kra- 
jów, tri epocae chorcni tknjrdlami i dusi się od w^fk>- 
wego pyłu. Nie p>'Ul go, jak teraj tyje. Wssak wie- 
diial dobrse? Znal to tycie wietkoHMCjskie i aaprsq>asi- 
cione w oien cgiyBlcncye, wyfgftuj%ce wspoHinifHifiH 
■MBiooydi dni, *ciepiające ńc kobiet ostataieni pragnie- 
nirm tyctM. 

Długie, smutne kominy patrxai>' martwo w dal pu- 
stą i niea^. Zastygłe i itmne w sxarem iwietle, kłct>iły 
dętkie o6ame dymy źyw>'cli i kolacxąc>'ch maszyn, oraz 
martw>*ch i niemycli ludzi. Dussa tycłi istot ludzJdctv 
wyklcu precz od pracy, k>łąkala się pokutna po ciem- 
nycłi zaulkacłi i czarnych noracli nocy. 1 wtedy dopiero, 
gdy maszyny do snu legły, wówczas gdzieś w pomro* 
kadi kamiennycłi, w ciszy umęczonycłi dał rozlega! się 
ciasami nagły, straszny, t>eznadziejny krzyk — budziła 
się namiętność, bucłuił płomieik duszy. 

Igasł. 

Poaostawał jeden, dwa trupy, i otwierała się nagle 
przepaść bólu i cierpieih. Ale za dnia jut zimna, jut nie- 
ma, ziejąca tylko dusznym caden zgniłycłi wyziewów^ 
Odtyły jut maszyny i zamarli*hMlzie. — Po niebie snuia 
się rude, ciętldr kłębiska dymów. 

.Biedna Zocimal.. Zocłma!.. Zocłma!* — szeptało 
coś Ktmickiemu jakby^w takt łagodnego plusku i miaro- 
wego szmeru. Tut nad głową szumiały mu t.ik dnicy 
telegraficzne. 

Prs3rpomnuiły mu się le jcj dute, sinutiu-, łzami 
saszkkme oczy, gdy wczoraj na niego patrzała. Drobnr 
białe ręce zatopiła we włosach, wsparła głowę na lok- 
dacfa i nie spuszczała z niego oczu. ,A ty, — zdawałn 
się p3ruć, — ty, co tak powatnie mówisz, z takiem po- 
csudem wytssości, i łagodnie jak do dziecka uśmieclusz 



się do mnie, — ciy ty umiesz kochać inacjErj l''!>>'-i. pra- 
wdiiwicj?" I wryły mu się w pamięć te \ . smu- 

tne, jakby przestraszone oczy. 

N nr szosy wyroił się tymczasem tłum czarny 

i rozpi.. .;. ic strumieniami po drogach i ścieżkach, 
ściemniło się. Kdzawe światło przesiąkło kurzawę, zni- 
działy dymy fabryczne, zasuwała się mgła sina ciężko 
i powoli. 

Ponad ziemią, naokół, wszczęły się jakieś migota- 
nia i błyski i wraz z gwiazdami na niebie zapalały się 
wśród ciemnych budowli chłodne księżyce lamp elek- 
trycznych. Zjtroiło się wnet od świateł bladych i ostrych 
jak stal, czerwonych i drgających jak krew świeża roz- 
lana, zielonych jak liść wiosenny, wielkich i żółtych jak 
słoneczniki. I hen, gdzie tylko poprzez wzgórza oko 
w ciemności wybiegło, kołysały się ponad ziemią wzdłuż 
szyn kolejowych wiertce, wstęgi i girlandy tych płoną- 
cych kwiatów zimnej nocy. Zczerniała przy nich ziemia 
i błyskiem lodu się pokryła, zbielały w tym blasku 
dymy fabryczne i stanęły nieruchome jako białe obłoki. 

Wciąż jeszcze podnieconej wyobraźni Kunickiego 
wydało się, że oto jeden z tych dymów przyjmuje 
zwiewny kształt ludzki^o cienia i wałęsa się wśród 
tych błędnych ogników. I pomyślał, że jej dusza po 
takim czyscu błąkać się kiedyś powinna, wciąż jeszcze 
nie chcąc wierzyć, że wszystkie te kwiaty, choć barwne, 
-choć płoną, zimne są i bez woni. 

Tuż za parkanem, gdzie wał wysoki, r}'knął pod 
ziemią jakiś potwór, wybi^ł z czarnej czeluści wzgó- 
rza, trysnął snopem iskier czerwonych, wydał świst 
ostry i potoczył się po nasypie. Pociąg biegi, kołatał, 
trząsł, migał smugą oświetlonych okien; raz jeszcse 
krzyknął nagle i wpadł w drugi tunel 



M 



S' 

Ssiim f ludiy po nim poiofl, yMń pęd i romuch 
w powktna. 

— Joui lUjrya ! — jctitt Mjurya, wrócić ! 
B orow iki stal wdeomym anendiii, jak krzyż mię- 

diy WMigiiiorf Za od ch o di ą c jfi pociągiem ręce mimo- 
woli podniósł i okjuaienial jakby w tym ruchu. Jesus 
Marya, wrócić! Wró-ódć!..* jui nie jęcial, lecz w)'l 
długo i przeciągle. 

Kunicki aluchal tego OHmotonnego skomlenia z nie> 
outem uc iu cieni. Podrażniało go to biadanie uparte, nie- 
sk o^kaooe , niby dsiwacsne modły wsclx>dniego muessi- 
na. Teraz dopiero spostrzegł, le legła juź noc 

^ Panie Borowski, — rzekł, dotykając jego ramienia. 

— Wrócić na scenę! Wró-ócić!.. 

— Panie Borowski ! — wołał, szarpiąc go za ra- 
mię. — Późno juź. Noc. Kto słyszał, na cmentarzu!.. 

Powlókł się wreszcie za nim. Juź docliodzili do 
bramy, gdy Borowild, ot>cłiodzący mogiły kołem, mir- 
dzami, potknął się o nizide, przyziemne sztachet v na- 
grobka i runął na ziemię. 

Porwał się spręźyide na nogi i obejrzał poza 



— Ciemno, — mruknął Kunicki, aby coś powie- 
dzieć. — Stłukłeś się pan? 

A on przyśłizgnąl się do mego acho jak koi i pod- 
sun.ił mu swą twsrz tuź, tuź pod oczy. 

— Znowu! — szeptał, owiewając go ciepłym odde- 
cheoL — Widziałeś?.. Znowuź przewróciłem się przez 
mogiłę. Trzecia l>ędzie! 

Kunicki schwyci! go mocno za rękę i wyprowadził 
posa bramę. 

Szli ciemną szosą pośród długich szop i oicratowa- 
nych budowli (alMycznycfa. Tu i owdzie przytrafiała się 
mafai lunpka żarowa przy mture. W czerwooem świe- 



i* 

tle ledwo tieji|cych drutów obserwował Kunicki jego 
wielką aktorską głowę o twardem cxolc byka, diiwnie 
miękkich, eh prawie ustach i nieco mętnych. 

priepaiciAtsi •• ^.ulumnnych oczach. 

— Trircia ! — mruczał ten od czasu do czasu, prze- 
żuwając z grubym uporem wciąi jeszcze tę samą myśL 

— Milcz pan u dyabłal — szarpnął się wreszcie Ku- 
nicki — Zmora nocna I 

— Bardso żałujesz mej Zochny? — spytał, nie pod- 
nosząc oczu. 

Kunicki mc nic odpowiedział. On zas jakby dla od- 
pędzenia /łych myśli podjął machinalnie kamień z drogi 
i cisnął go przed siebie. Kamiert wyrżnął gdzieś o bruki, 
odskoczył, znowu drogę skrzesał, skry rzucił i poszedł 
dalej, jak po wodzie. Po dwóch zaledwie minutach przy- 
cichł dopiero grzechot, zgasła ostatnia iskra. 

Kunickiemu zapadła jakby pierś w zadumie. West- 
chnął raz i drugi, 

— Bardzo żałujesz mej Zochny? — usłyszał po raz 
drugi. 

Szli dalej. Przed nimi rozesłała się na chmurach 
ruda i ciężka łuna wieczornego miasta. 

Gdzieś na odległej ulicy wszczęło się jakieś głuclie 
po nocy rojenie. Nagle zerwało się gwałtowne i ostre 
rechotanie śwista wki, potem tętent przytłumiony, nawo- 
ływania, krzyki... 

Obaj stanęli, ściskając odruchowo laski w dtoni.u h 
i próbując przejrze<^ ciemności. 

Lecz naokół znowuż cisza zaległa. Szumiały tylko 
druty na słupach i hen na kraitcach bił młot nocnej 
walcowni. 

Kunicki ruszył z miejsca. Borowski wciąż jeszcze 
stal i strzygł uszami Teraz dopiero ocknął się jakby ze 



n 

swefo lapamictaiiu : iwan mu tic roijjismU, ociy xa- 
błvftłv. 

- Zaowu ibrodnift! — riekl i i i i mi cdienL 

— Cietiy 10 pana tak iMurdao? 

— Labic HMaalo! — i pociągnął noaen jak wyiel. 
A nie otnyniaw«x>' odpowiedai, aawolal po kilku 

■Mnuuch: 

— Nioiawidię nuasuł 

Kunicki nactl nkderpliwie ramionami 

— Wie pan, co mi sa myil przysxla! — mówił Bo- 
rowski po chwik. — Panu poproatu laidrość tamtego, 
1 opowiadań moich. Panu lakiórość >" t-im źyde takie 
bujne. 

— Nie bujne, — odparł Kunicki, — ale dzikie, wśde- 
kie tyde rospęunych byków! Biada, gdy ńc pod te 
kopyta dostanie — dziecko. 

— A jednak ludzie płakali razem ze mną, płakali 
nad mym zgniłym bólenu Nad paUaką cnotą ziewn^by 
moZe tylko. He, panie, — uniusta jest cnota na iwiede?.. 

Kunicki <^mił spokojnie papierosa, a otrząsając sta* 
rannie popiół, mówii niedbale, jakby do samego siebie: 

— Kto4 mówi, le nago mogą się ukazywać tylko 
bogowie. My mam>* dziś wszelkie powody do ukr>*wa. 
nia swej nagości. 

— Widzisz! — parsknął Borowski i wpił mu się 
pakami w ramię. — Ukrywać ! ? — Widzisz, da«miej ludz- 
kie naaMCtnośd były życia i prac>' ra mi e ni e m i młotem. 
Dawniej i bogowie nie wstydzili się swych nanBcHioici. 
Dzisiaj są one od biurka, od maszyny precz W3rldcte 
i gdzieś glębolu>, gtęboko pod ziemią ukr>ae, aby życiu 
nie przeszkadzały! Ty dzisiaj nic już o nich nie wiesz... 
Diidaj bogów niema. Ale nawet bogów namiętność 
suAy się musiała w potępieniu gnuśną, jadowW-i ira. 
wiącą. 



S4 

— DxiA mamy roftądek. 

— WIrite nim czrmprędzcj w głąb i wynieś twe 
namiętnoici na świaUo cUicnne, aby cię nie pożarły I — 
Macie rozsądek. A jednak... słyszysz? Oto rozlega 
tic krzyk, straszny, beznadziejny krzyk po nocyl 
Otwarły się podziemia waaie i cuchną. 21rozuiiualeś, 
kto je otworzył? ktu jest bólu waszego krzykien po 
nocy? 21rozumiałeś, za co mu ludzie dają łzy swoje, 
święte i czyste hy ludzkiej tęsknoty ? . . 

— Deki.imacya! zresztą chroniczna, — cmoknął nie- 
cierpliwie Kunicki. Otrząsł znowu popiół z papieroM 
i znowu mówił niedbale, cicho, jakby do siebie tylko: 

— Ja panu powiem, kto te wszystkie cuda nocne 
dokonywa: — biedny, chory człowiek... Zaś koniec, — 
warto zastanowić się i nad kortcem, — koniec będzie 
zwykły: Ostateczny zanik hamujących czynności woli, — 
ciesz się pan, będą wizye! — gnuśność, — niech się cie- 
szą kochanki! — apatya i otępienie graniczące ze stupo- 
rem, — tu juź śmierć zęby wyszczerza!.. 1 to w najlep- 
szym razie, — kończył i spojrzał bystro na Borowskie- 
go, jakby taksując jego siły fizyczne. 

Borowski miał juź widocznie gotową odpowiedi, 
lecz ostatnie słowa zamknęł>' mu usta. Zaniepokoił się 
widocznie i zagadnął szybko: 

— A od cz^o to pochodzi! Apatya niby? 

— Toż mówię! 

Przeżuwał mvśl iakąś uparcie, czoło chmurzył. 
Wreszcie: 

— Boję się, — rzekł cichym, szczerym głosem do- 
brego dziecka. — Boję się apatyi! 

I ladriały mu wargi jak u wrażliwej kobiety. 

— Siądźmy, — rzekł nagle i, nie czeltając odpowie- 
dzi, cohiął się pod mur i osunął na jakąś ławę. Mar- 



octach Kuaickiefo zapacUl 

Widtan, póU diodsCi nówi^, mcfMwidz^, — 
\U^łr, jak ja wtayttkiego i %irtiytlkidi nieiuiwidłc ! — 
poty lapomiiuiiB. Ale niech tam le tobą foMUK, niech 
si^ potoi^... Sen nie pnychodti . . . Więc niech mi 
teatr do myil powróci, niech tic coś ocknie, zbudxi, 
zerwie! A tn nie pnychodr: -•'• nt^ V Pozumiesz 
tv. —nici.. 

I ipirałtownym ruchem schwycił Kunickiego z» rc- 
k%. Po chwili zatrząsł się calem dałem. Zdjąt kape> 
han z c^o^y* grzbietem dłoni wycierał jakby zimny poc 
z czofau Bladł widocznie, gdyż twarz jego stawała się 
po demlm bardziej jasną i jakby fos(or>'zującą. Kuni- 
cki spoglądał nart uważnie i z pewnym niepokojem. 

— Co panu ? . . Panie Borowski, na litość boską t . . 

— 1 z tej pustki wylania mi się — zgroza, tylko 
zgroza! Nieludzka straszna groza wytrzeszcza na mnie 
zioBBe ocz>': rzeetjrwi ...! — . Zoślca !!* — krzyknę jak 
aialony, zerwę się z lóika i błędnie, omackiem trafiam 
lam do niej. 1 jak dąb podcięty walę się na jej białe 
piersi. .Zasłort mi oczy, Zośka !*— Zasłania, rączynami 
twarz mi okr>'wa. .Nie bój, nie bój się, Władek.* .Ca- 
łuj, Zośka!*— -Całuje. — .Zocłma, Zochna, 2^łwaty!!..* 

Zdalrka jakby w zacsajonej ciszy ciemnego przed- 
mieścta słyszeć się mów dały niecierpliwe, oatre sygna- 
ły świstawld, wołające niewiadomo gdzie i niewiadomo 
kooro na pomoc. Bo zresztą dsza była. Hen na krań- 
cach bil tylko młot walcowni, a tul ponad głową szu- 
miały im obu druty telegraficzne: 

Zocł>-na . . . Zoch-na . . . Zocli-na . . . 



Wreaicic zabłysły światła w oknach {KKltnicjskiej 
ulicy. Kunicki zaprowadził Borowskiego do najbliższej 
robotniczej restauracyi i, wmuszając w niego wodę, mó- 
wił coś o słabej woli, o rozhukanej wyobraźni, o po- 
trzebie leczenia. Borowski odstawił szklankę wody na 
bok i odpowiadał mu powolnym, zmęczonym głosem. 

— Pan osądza wszystko tak łatwo, prost" *'"^e- 
nicznie, źe ai milo słuchać. Uspakaja to jak ci- Ja- 
dy. Taki świat mały, a pan tald duiy, duży. i aki 
świat chory, a pan taki zdrów, taki hygienista . . . Duży, 
duży hygienista ! — A biedny chory światek skrusz)'ł się, 
zesechł, zblakł. — 1 pana nigdy nic strasz>' zmora rze- 
cz3'wistości ? 

Kunicki uśmiechnął się ckliwo i niedbale. 

— Eh, pan świat ma w kieszeni. On pana nie 
przestraszy. 

— Jestem lekarzem, panie BorowskL 

— Właśnie!.. Absyntu, duszko, — zwrócił się do 
kelnerki, wciąż jeszcze tym smutnym zmęczonym głosem. 

— Ja proszę wody sodowej I — pośpieszył się Ku- 
nicki. 

— Dla pana doktora 8>*fon wody. 

Światło było mętne i senne. Pokój nagi, przesy- 
cony zapachem słodu i farby olejnej. Dwóch wielldcli, 
ciężkich robotników, o rudych, żle wygolonych twa- 
rzach, drzemało wraz z gospodarzem nad gazetą, mają- 
cą okrzyk . Naprzód ! " w nagłówku. 

Kunicki sięgnął po gazetę i zapytał od niechcenia: 

— Czytujesz pan to? 

- Namiętnie. — Kati, chodź no tu i podaj łapkę... 
.Niccnno pan doktór spojrzy, tak t)'lko, dla ciekawości. 
Przecież to jest fenoni<»n.iIne ! U kobiet z tej klasy? 
U Niemki zwłaszcza ! 

Kati przedrzeźniała oł)cą mowę, zaśmiała się pi- 



/7 

Nk.> A :. I |iobicgU MM bulce — Miłcieii pries dlulazy czas. 
łtoro\«ski popija! łnadka, wolno* i obaerwowal uwai- 
tuf triech ipiąc>'ch robotników, jak, budząc się x dricm- 
ki, rzucali od czasu do czasu do^-wcze, opr>'skliwe 
zdania zaleczonych ludii. Potem znowu przyzwał Kati 
do siebie i w smuinmi Minyileniu bawił s%^ palcami jrj 
ładnych rąk niby paczką zapałek. 
Kunicki nii* wstrzymał. 

— Pttśćie pan ją, — zawolah — Mnie to osobiście 
dotyka, w mojej godności ludzkiej. Przecież to czlo- 
«riek, a nie mebel. Dziewcz>'na przytem zm^zona; mu> 
si prar isirmnaście godzin na dobę. 

jfj wykazów suiystycznych, — dopełnił 
Borowski. 

1 kaiał jmkI.ic soImi- (irug.) iMłrry*; absyntu. — Go- 
spodarz zltudzil HIV wot>cc tego osLilccznic i przj^szedł 
powitać goMi. . Towarz>'sz ? * — spytał, widząc gazetę 
w ręlcach Kunickiego. A otrzymawszy stanienie głową, 
prz>*siadł się do stołu i powtórzył te same, dor>'wcze, 
gburowatr zdania, jakie w^^szły przed chwil.i z ust 
drzemiących wciąż rołiotników.. 

— Miał dawniej dom publiczny, teraz trudni się 
wysz>iildem i.rewoluc>*ą, — gawędzU ze sobą R«łrnw«ki, 
gdy gospod.irz powrócił do swych rolx>tnikó\\ 

Spostrzegłszy zaś oburzenie Kunickiego, ni to za- 
gwizdał, ni to zanucił: 

— Cest le peuple! le peuple! le peuplel.. 
Kunicki spostrzegł w tej chwili jakieś konwuLsyjn« 

drgnienie aktorskie w jego grymasie. .Oho, — pomyślał* 
— trzeba nam wracat* I tm ^otńw mi dać przedsta- 
wienie jubileuszowe. 

— To zamiłowanie do brudów, — rzekł głośno,— 
łatwo wytłomacz>*ć : pan tylko tern żyjesz, że siei>i<- 
iMprawiedlawiasz. 



.< 



Starnm "•- ."vilrj?<* ir;'-*"* . życiowy idenł: — 
idral spolc-r/nN . 

(\vnizm groszowy. Złodzieje kieszonkowi mają 

g<» nirr.i/ w lepszym gatunku. Dla mnie byłby tylko 

nudnym, gdyby nie... pańska 2ona, panic Borowski!.. 

On podniósł głowę i przysunął się bliżej z krzesłem. 

— No? — pytał chmurnie. 

— Biedna tylko. Nic więcej. 

— Ba! — odrzucił się niedbale w tył. 

— Zasługiwałaby na c<>< wm^cc], niż na partską 
miłość. Tymczasem . . . 

— Jakąbyś pan jej dał ? Coby taki jak pan z niej 
uczynił? — Szarej swej duszy wieczną samotnicę, dzieci 
swj'ch milczącą niańkę, karyery swej czujnei"- "- ■ 
1 czem pan taką potęgę, jak miłość, mierzysz? I 

ciem, — zaśmiał się nerwowo w kieliszek. — Paznokciową 
miarą mirszczartskiej solidności. 

Kunicki cofnął się z niesmakiem. 

— Chodimy. To staje się zupełnie plugawe, ta opę- 
t«ina alkoholem monomania erotyczna. Pańska głowa 
wypowiedziała się w życiu dostatecznie. Dla niej niema 
na świecie nic innego prócz kobiety. 

Niema ! — krzyknął, powaliwszy się piersią na 
sioi, I schwycił Kunickiego za rękę. — Dla wir! " 
bardzo wielu ludzi niema nic na świecie prócz u 
nej kobiety. Ona jest im wszystkiem! Jest żarem czy- 
nów, cierniem wytchnienia, gwiazdą nadziei, słortcem 
wiary w siebie; — a przedewsz>*stkiem jest, jak cnota, 
sama w sobie celem i źródłem najwyższej na świecie 
rozkoszy. 

— Dosyć! kr/vkn.»ł KuiucKi zmęczonym gioscm 
i, wywierając gnu w na syfonie wody, odsunął go ener- 
gicznie od siebie. — Dosyć I . . 1 ciągle, i bez ustanku. 



S9 

i wiecmic tylko kobieu. Fanes mi jr cliybA im calr 
iycte uhwkiiil. 

— Słabyi ty w twą wodą sodową!.. Ciy tuchy 
pająk mrtlyczny i lego aie rosuflue, tt tny ciwmrte !>'• 
oia kolo nirj nc obraca, ie dk nilioodw jest cdem 
trosk jedynym — milioMMn pnyobiecans nswH pora 
grobca — tycia i inierd wbulesyni!. 

A ntkwiwny twe aiftac^ pncpasastc oc/> ^^\^^ 
n pułapu, ammal w a ms fó h i e in luUrtmir liiu : 

— ...na stopniach uświęconych ołtarsy! pod bło- 
goslawiącemi ramiony białych kapłanów! w4ród kadai- 
dd ourry! organów wysoldego grania i sawodaącegn 
dióm icsltnocy do iycia!.. 

Ciknfflo mu się. — Głowa na szt>'U'nym grzbiecie 
rsudła się w tył. Opanował się jednak i smógł, a bia- 
łą jak kreda twarz pochylił nad ihlisikwiii 

— Płacić! — Icrzylcnął Kunicld i zerwał się z miejsca. 
Borowslo podniósł głowę i rozejrzał się błędnie 

naokół. Poczem uniósł się poważnie i wyszedł szty- 
wno na ulicę. Tu zachwiał się dopiero i w zmęczoną 
pierś wziooął z rozkoszą powietrze miejskie. 

Szumiało miasto. Scły zdała tysiączne pogwary. 
turkot i głuche dudnienie, rozitołysane tu na przedmi* - 
śdu w jaldś miarowy, senny takt. W tym r>*tmie sen- 
nego jakliy walca, telowała, zda się, i u u czarnych 
wiet gotyckich zawisła jasna, żółtawa i zimna jak sul 
mgfaiwica. Nieruclioino stała tylko rdzawa, niezmierzo- 
na głąb nieł>a, na której tu i owdzie, zrzadka, mrugnę* 
la na chwilę mała, żółta gwiftfda. - 

Borowski alochał i patrzał: wchłaniał w siel>ie 
sBOBi i woik ouaala. Kapelusz na tył głowy zsunął 
i agamiał z biaiego czoła garście długich czarnych wło- 
ków. ChwikuBi się zataczał i odruchowo wyciągał 
przed się nuaiona. Wreszcie wsparł się o potężny słup 



6o 

lampy łukowej. Mruczał: majaczył, czy też improwizf>- 
wał coś po pijanemu. Kunickiemu przy|)omniało się 
nagle jego skomlenie na cmentarzu, gdyż oto ' u 

jego dobiegł ten sam glcł)oki, źałośUwy głos. 

— ...Lodem miasto w nocy zamarza, dla samot- 
nych chłodne, dla ci- ...Miasto 
w ciszy nocnej o gnu.s:., ... .:.*. w..;...4... ...,. inniczo gada, 

miasto wielomilionowe, zimne, ponure. ...Ja czuję puls 

twój chory, o miasto wielkie, ja, zgnilizny twej powię- 
dły kwint, ja, młodością mą zgrzybiały i gnuśny, ja, 
czarny twój kapłan, ja — aktor 1.. 

Światło lampy łukowej przygasło nagle i rzuciło 
czerwone* blaski. Zmogło się wszakże, bo z upartym 
sykiem rozpłomieniło się po rłiwili w równej, chłodnej, 
fioletowej toni. 

Kunicki tymczasem spłoszył się zupełnie. ,No, — 
myślał, — ten już chyba dostał obłędu ' i'*g0." 

I oglądał się po ulicy, aby na wszelki w\ ; mieć 

ludzi pod ręką. 

Ale Borowski wnet opadł, zatoczył się, bełkotał; 

— Doktorze, choć kieliszek koniaku jeszcze! 

— Pan musisz chyba iść jutro do jakiejś pracy. 
Nit-;' 

— Muszę, — polv "';-■' * 

Lecz w tejże eh. /nł walić laską 

o^mur i wołać uparcie: 

— Nie muszę, ale chcę ... Z własnej dubrtj vv(»li 
chcę... Dla własnej mojej Zochny chcę... I nie przez 
sentyment, jak się pańskiej głowie śni. Dla jej włosów 
złotych z wojska uciekłem, dla jej jasnego czoła pie- 
niędzy chcę. Nie pracy. Ja pluję na pracę. O,- •' ' 

Stal na trotuarze sztywno i tak się na stopaci 
łysał, że Kunicki bal się, ii lada chwila twarzą lub po- 
tylicą o bruk uderzy. 



6i 

— lloktonr, — ir - 
•K k o niac jMi e objąe K 

doktór jest niesskodliwy pająctek, na bante dr< 

i chorr mustki w uniwrrt^nrcic ułożony. '^^■■' 

aagiebki cynimi, jest sobie .msitrr i*f < < 

trobiu bajeetną Inuryerc na hygimir. ł 

<»/yl uacuiUbem u panów, noaiąc>'cl) <i na 

briuszkacb — i u tpolecieikstwa . . . nu |)oko- 

nanym autorytdnn w kwestyach k.i .. impo- 

tencyi obowiąjującej, piękna, dobra Xi< 

nych... Doktór ma głupui tenu minkę. Uaj nu biai, 

tlttkttir . . . 

Ja doktora chcę w pysk pocałować! — ro2gnie> 
wal saę na^, chwycił brutalnie jego głowę i wycisnął 
mu na ustach twardy pocałunek ... — V ' : i doktór, l>o... 

— Bo ja doktora kocłiam — doN niespodzia- 
nie w łagodnym spadku. — Ja kocham doktora, — po- 
wtórz>'ł jakby po głębokim namyśle, miękko i rzewnie, 
jak diiedco. — Ja tobie, shidiaj doktór, %iryspowiadaleni 
się jak bitterycska księdzu: z detalami... Ja tobie bra-' 
oię do mego serca otworzyłem. A potem kaię ci wleźi 
głębiej. Ja... O Jezusie Maryo!.. Weź mnie pod ra- 
nne i prowadź ! . . Czarnej kaw\' z.-ihtndui . . . Nic. — 
stój!.. Czekaj. 

1 suli uk razem przez jakii czas. Kunicki nu- pu- 
szczał go, mimo wszystko, wiedząc, źe bda '-hwit i ru- 
nąłby na ziemię. 

— Oh! — westchnął wreszcie Borowski. — Co te/ 
ja chciałem?.. Oczemf- • ii?.. Poczekaj, poczekaj!.. 
O Zosi! — Chcesz o / ■ t — A czemu miicz)*sz, szel- 
mo, jak pieit ? czemu nie gadasz, te chcesz o Zodmie ? . . 
Zodma ma ukie dało... 1, nie szarp się, nie szarp!.. 
Praedet ja czuję — nie wiem, ale czuję — źe ty na to za 
mną się wałęsasz, tvk to mych spowiedzi słuchasz... 



6m 

Ty, npiegu cudzej nikcicmności, coś własnych uczuć 
nie wyszpiegowal I Tald, jak ty, stać się może strata 
.nym, gdy /a|>omni o karyerze. 

Kunicki odtrącił go od siebie. Instynktem kiero- 
wany rzucił się Borowski między dwie kamienice. 1 tam 
rozwiał się ostatni przebłysk jego trzeźwości. Osłabi 
isupełnie, rozmawiał juź sam ze sobą: — opowiadał coś 
brukom miojskiin o złotych włosach swej 2^hny. 

— Znasz ty, — mówił, wyciągając w stronę Kuni* 
ckiego bezwładne swe ramię z obwisłą dłonią, — znasz 
tę polską bajkę o stratowanym przez świnię kwietniku? 
I tę francuską . . . Daudeta . . . • Z moj^o młyna ', — wy- 
krzykiwał bezdźwięcznie, jak echo, a dłonią twarz taił, 
coś koło szyi nią poprawiał. 

— O tym . . . mózgu złotym ? — wykrztusił wreszcie 
/ trudem. Szarpnął i zdarł kołnierz. 

Kunicki podbiegł i schwycił go za głowę. 

— O " n«»>»' mój wielki!.. O »mii móiq;u 
złotym . . . 

Po kilku minutach wytrzeźwiał nagle im la- 

nie, jak stary pijak. Nastawił kołnierz palti, /api.}! się 
starannie i powoli, grubą laskę z ziemi zgarnął, kape- 
lusz podniósł i głęboko na czoło nacisnął. Odchodząc 
spoglądał twardo i pochmurnie. Kunicki wyczytał w tern 
spojrzeniu nienawiść. 1 nie zdziwiło go to wcale. 

Rozeszli się, i każdy poszedł w swoją stronę. Ku- 
nickiemu huczało w głowie jak w młynie. Wszystkie 
myśli tonęły w nieokreślonej, fizycznej wprost niechęci 
do tego człowieka. Miał do niego tę nieświadomą odra- 
zę, jaką czuje chart do wilka, jamnik do lisa, ptak pol- 
ny do kukułki: — nienawidził w nim ot>cego, wrogiego 
sobie, drapieżnego gatunku. 

Z wiru niejasnych wspomnień wypłynęła nagle je» 
dna dziwaczna myśl. 



.On ccrai, w te^ie chwili kaiiii<<il podiKMŃ, nunie- 
TtM »c . . . rdu jr . . 

Zwrócił fwmitownic i ibiuyi się do meso. 

~ 1 na co pan czekasz? Czemu pan do domu ni^ 
idzirm/ ' 

Burowftki wywijał laaki|. 

-- ChctAlrm jcaicze,^ zaczął iiiq>ewn>'m gtoacm. 

t'*mirrhnąl ń^ jmknś ritrpko, dlort w^^^un;)! i skur- 
czył jNiIcr. 

— Rubia n\A%z i .. I o i a ir, — pożycz nu 
doktór markę. 

— Pk pan będziesz? 

— Bóg widzi, doktorze, — co4 zanadto dziś ciciy. 
v;.. .i#f#i%'i^c po trzeźwemu. 




unicki począł się bać jak ognia tych 

chwil, gdy myśl, urn anie 

przykuta do inechai .i, po- 

nosiła go w dziedzinę wspomnień. Bał się tycti 
cicłiycłi, smutny cli wieczorów przy bladem 
świetle lampy. Wówczas czuł, źe w duszy jego 
nurtować coś poczyna, jak w tycli źró<llacłi letnich, 
co z głębokich warstw idąc, czasami się wzbuxrą 
i zapienia, świadcząc tylko, źe tam gdzieś w głębi 
czyhają obce potężne siły. Oto na kartach książki 
uporczywie trzymanej przed oczyma rysują się jaldei 
bezładne obrazy, wyzierają z nich ' « gadko we 

i bolesne. Widzi dziewczynę zbiegi., ...cow i wy- 
czekującą w ulewie na to, by do nóg rzucić się łotro- 
wi; — bo ta najstraszniejsza krzywda, jaką wyrządzić 
możnn ' ' -ie, przykuwa niejedną na całe życie do 
nóg II I . ny: położy się przed nim jak pies czujna 
i zazdrosna o jego miłość. 1 o ileż czystszą, większą* 



gi^Duimi UC4UC mocniejsią jest u mcwoimaa duua o<i 
•erca twcfo wbdcy! Lect oto jej kat staje się jej c«- 
lopalnr) ofiary uś%inicconym kapłanetn. — Kunicki widsial 
w lej chwili wielkiefo aktora, dającego beatownrj 
i nienu*) rocpaeiy dziewczyny mcaki diwi^ buntu 
i zatrzymującefo «rtkoni ludzi oddech w pieratach. 

Z kniei przypomniały mu się te rozluźnione w aktor- 
stwie tUisir: suir/(*i*. r/ucając>' z ustępu Tobiaszowi 
przrkirnstwo i wirnzajjicy się w aktorskim szale, oraz 
dziedzic jrgo uilcntu i zj^nilizny, który, w braku udzi<*- 
lania się w aktorstwie na zrwn^^trz, Mpala się w / 
własnych namiętności. W tym miękkim zapachu /;ii> 
słów, w odurzającej, lubieżnej woni, w gorących wy- 
ziewach alkoholu zniszczał i przepadł człowiek. Lecz 
oto, jak Feniks z popiołów, powstaje aktor i w hr ik 
nowych oliar staje się kapłanem własnego calopnlcnit 
Kunicki przypominał sobie, juź nit* z odrazą, lecz wprost 
Mr stradiem. u- jrgn hymny na cteść miłośd, te tęskne 
wycia do gnębiącego go potwora miasta. 

Dalej ndZ\'ł>* mu w pamięci kłębiące się ogniem 
kominy lat . głuche tajemnicze świstki na ciem- 

nych przedłiii' -.I Mch, postacie ospałych i ,- ^'---' I 
■lol>' parowe robotników, oraz gnuśnrgo 
radykalizującego trywialnie opiłym glf>scm. 

Piosnka anarchia < Carmagnoli m-knęla "iii; 

niewiadomo skąd w , ,i.i; na innr hIowo, lecz U\ 

samą melodyą i taktem dokuczała uparcie my*iIom: 

Cest la vie! la vie! b vie! 

A ciemny k^t w głębi pokoju dziwm. poci.iiral 
wzrok; tam nliila niema, nitiy wyczuta obetiiosc ludz- 
ka, szeroko otwartemi oczyma wpatrzona samotność. 

iCgiełk uliczny tłumiła noc; od czasu do czasu ze- 
rwał się jeszcze gdzieś w dali i tonął w ciszy tak nagle» 
jak niespodzianie wybił się ponad nią. Ucłło chwyta 



jakiś gwar pomietiany, jakii turkot gtuchy, tętent po- 
spirtcny; chwyta i łowi je napróźno: ucichły, utonęły 
w cirmności i ciszy. Uwagę zaniepokoją raptem ludz- 
kie glosy : coś jakby okrzyk zgrozy, wołania o ratunek, 
tajemnicze hasła przerzucane gdzieś w dali. Echo nie- 
sie z drugiej strony szczątek pijanego śmiechu, sldóca, 
miesza te odgłosy, n wielka cisza wieczoru tłumi wszyst- 
kie pogwary. 

Idzie ktoś po schodach: stąpa ciężko, powoli. Jak 
v^ ' ic* dziś wszystko," — dziwi się T i. — 

,\\... -ichnienie wydaje się niemal j,... ... " — 

Idzie: schody trzeszczą. Zatrzymuje się, dyszy ciężko. 
Waha się, czy za dzwonek pociągnąć. Niesie zło, czy 
dobro? Co przychodzi zwiastować? 

Czekać każe na siebie. 1 niecierpliwi. Jezus Marya, 
jakie rozdrażnia! 

Dzwonić prętlzej ! 

Schody trzeszczą: — ktoś wolnvm starczym kro- 
kiem drapie się o piętro wyżej. 

Kunickiemu cos piersi podnosi i sti.K /a znowu 
u wi-stchnieniu. A z ciemnego kąta pokoju pairzy, zda 
się, zimna, badawcza, zadumą smutna melancholia, — ^jak 
ta na sztychu DOrera, co, globus, księgi i teleskop na 
bok odłożywszy, zapatrzyła się w skupieniu w duszę 
tiutrka 

/ ^Jy stokrotnym tłumem tniUsąct p<»jąki 
Snują zabójcM sUd,., — 

przypomniało się Kunickiemu. ,Skąd mi to nagle do 
głowy przyszło ? ' — dziwi się sam sobie. Szuka w my- 
ślach przyczyny tc^o smutku, co ołowiem zadę^yl mu 
na picrsiacli, i znajduje tylko jedną odpowiedź buntu: 
.Ja nie chcę, ja nie potrafię b3*ć sam ze sobą." In- 
stynkt zwraca mu myśli w stronę zajęć codziennych. 



I oir> t kart kaąlck OMdyctnych, i luuiiiranvrtł ^.riin.ii| 
H^piLiii. w \nóirt laglądjil iwylde i taką o 
wyjnaly twarie iólle, lafMidlr, tucfae, i okr< 
chnn śmierci w romcnooych źmiicach. .Wf--.|M/\j 
się na OM, wctprłyj! Wtiak tą drogą, kocjtem naj- 
nriMmieisłcgo kalectwa doawdlei do pocfuda twrj 
wyino4d, dorobiłeś nc mana poważnej ladumy.* 

T)'iBciaMfli wiatr idiie poaad miastem: tyciy ida- 
la jak raca, lada chwOa tklęlH uc, ibuny, w tzyby xa- 
diwoni, oknami latrzcaic. Leci oto syk ten ani w dal 
się nie poiiom, ani lawierucha nie pęka: — łamie się, 
tonie, gnęinie wśród nocy. 

Na stok* pali się świeca tylko, o ceglasty jej plo- 
mieit tłuką się ćmy. Słuch Kunickiego tapada w tę 
pytkg i daię, czai się w półaennem odrętwieniu, czuwa 
ui e i M oid owanie — i w tejle chwili wydaje mu się, ź(* 
ktoś za nim stoi : czyjeś miękkie dłonie cłiłodzą mu czo- 
ło, ktoś się nad nim |>ochyla, owionęło go cieple tcłinie- 
•ie, ałyny własny swój oddech... 

Zerwał się i zgasił świecę. Za chwilę szedł, a ra- 
czej biegł przed siebie, byle w tłum, byle między ludzi! 

NiełMwem znalazł się w parku. Ale i tu były 
pustki. Po długich alejach wałęsały się jakieś demnc 
i gmiśne postacie, któr>'ch cienie nawet miały w sobic 
coś podejrzanego. Zaś po ławkach, gdzie spojrzeć, — 
inierucłioiiiione w cieniu, w siebie wtulone i zaszeptane 
par>-. 

Kunicki poczuł nagle niewypowiedzianą odrazę do 
tych ludzi, do któr>'ch tak gorączkowo garnął się przed 
chwilą. Osunął się na ławkę, nastawił kołnierz i za- 
padł we własne m>*śłi. Oc czasu do czasu nietoperz, 
zayliwszy w górze drogę, spadał mu kulą praed twarz 
i zrywał się z przed oczu jak czarny upiór. A ciężka 



68 

głowa chyliła się corai niie'} w jakiś beidenny, niewy- 
powiedziany .smutrk. 

Wysziiminły mu go wreszcie drzewa; uk niedaw- 
no czytał: 

Samotny ś. BiądMtst. W uyobraćmi ckortj 

Rój daiumych wUUm myśłi iwo;* miańcaą, 

Zdast sią sam sobU JusMą wyprołaścaą, 

Oli kłórtj piirzcka tłum w ueiectct skory. 

I mroki twohia w duszK tivą .«/< sącMą, 

Gasaą w nie/ wszystko, tłumią swą op^CMą, 

I pusiłta wir łka calrwn ci łono. 

NamH martmia. które tycie ułocą. 

Pierzchły jak ptcUti. Z głową opust* 

SzepcMes* Aa myśłi: ,Po co wssystku. fu tu/" 

...1 znów tylko wilgotne poszumy drzew, i ten 
gtucłiy, ciężki gwar iniasta zdaleka. Czujne uclio cliwy- 
ta nagle szmer odmienny, cichy, jakby lekkie, pośpi< >/- 
ne stąpanie. Żwir zaszeleścial, — a jemu serce młotem 
w piersiach zabiło... Ktoś podchodzi, słania s\n n.tr! 
nim, chłodne, miękkie dłonie oł>ejmuj.T skrort . . . 

Boże mój. Boże ! 

Z pod ławki wy . l ' k 

zgiętym i twardo wys i xit.i ..i;. i.i \.i . h 

jakby nogach szedł sztywno, błędnie, świecił ogromnie 
rozszerzonemi ślepiami i wlókł za sobą wielki, potwor- 
ny ciert. Kunicki uderzył kijem to czarne licho. Koi 
skoczył w kierz i rozlały się niebawem przeraźliwi-, 
ochrypłe, gardłowe syki, a potem jakb)* tieznadziejn*- 
szlochanie dzieci po ciemnym parku. Koty darły się 
po kątach. 

A gdy one ucichł>', rozległ się z poblizkiej ławki 
głośny pocałunek i szept stłumiony — duszny. Kunicki 
miał ochotę podejść tam i bić, bić, co sił starczy. 



j<r<tis Marya,— jakiei to wnyttko wstrcmc! 
PowmI laowuź wiatr wilgotny, nioMcy *■ so^ 



nicltką woA świeio foranej 

Wkmm, — pnypomnaalo tif KunidDmiu. 




Za chwilę byt w kawiarni 

Tu przynosił z wy kir dcikie bricmic samotności 
i w ogromnej potrzebie ludzi wchłania! w siebie wielki 
gwar obcego iycia. Cichy i niewidocmy na uboczu, 
leciyl się, jak chore zwierzę, widokiem gromady; 
dzoiiy, przybit>* smutkiem, aapominal o sobie: k>" « • 
roipniital się, wsiąkał w tłum widkomiffiki. 

-^ Pc asymiao i? Pcwyiim ? ^ rzucił niedbałe py- 
taaae ktoś tylem do niego i wrócony i pocfaykmy nad 
bi lar dem. Póaał znajomego daeiinikarza Jel8ky'ego, 
. trochę polaka,* jak zw>'kl mawiać^o sobie. Widywał 
go u Borowskich. 

— Gorzej, — wstręt, — odparł. 

— Na podkładzie sentymentu może? 

— Nieomal 

— Takich wzrusseA doznaje się tylko w nialteik- 
stwie. 

— Pan uprawiasz cynizm zawodowo.^mctodyc/nio. 

— Wiatr wiosenny owiał pana sentymeoiem — za- 
śmiał się Jelsky i przysiadł się do niego a k$em bilardo- 
wjrm w ręku. — Widzisz pan, oburzanie się jest niedołęl- 



nem soplrnienicm ludii scntymcnulnych, sentyment mo- 
wif karyery w po ^^i jakach, cynizm jej pieśnią tab^dzią. 
Jesteś więc pan sam na najprostszej drodze do cynizmu. 
Podobał ntu się widocznie frazes, gdyż, ukrywając 
uśmiech, zapalił papierosa. 

— To leź, — mówił dalej, smakując równie w pa- 
pierosie jak w swej złośliwości, — to też z uwagi na 
pańską niechybną knryerc, oraz na obiecujący j^o sen- 
tyment, radzę panu czem prędzej . . . 

Dokończył mu na ucho. 

— Kobietę. 

Łagodząc zaś swe powiedzenie, uścisnął go za rękę. 

— AUans, petit bourgtms, — zawołał, chwytając go 
pod ramię, — przedstawię pana mej przyjaciółce. 

1 ni(M>mal przemocą zaciągnął Kunickiego w drugi 
ko^c kawiarni. 

— Nazj'wamy się Liii, — rekomendował, — nietyłe 
ze względu na dziewiczość, ile na bajeczną płe<^. 

Kunicki znalazł się w ten sposób, wbrew woli, 
u stolika dziewczjTiy młodej, niebrzydkiej, o dziwnie 
bisl^ cerze i <^omnie czarnych aksamitnych oczach. 

— Panna Liii, — mówił wciąż Jelsky, — ma w sobie 
coś ze storczyka: Ctphalantera alba. 

— Takie komplement, — zaśmiała się piskliwie, — 
musiałabym chyba szukać w Leziconie. 

Jelsky schwycił przewijającego się tuż obok piccola. 

— y ' ' -on dla panny Liii. Litera C. 

Alf lu nie do pustych było gawęd. To 

teź rad był, gdy Liii odęła się poważnie, podejrzewa- 
jąc, że obaj przyszli po to tylko, aby z niej zadrwić. 
Powrócili na swoje miejsca. 

— Oli, żebyś pan wiedział ! . . — skarżył się za po- 
\%Totem Kunicki. 



7' 

— Wiem i widif, lei (Mm twyai l e n tyme n tgm la- 
jrcłuil na ślepr nflyny. Hamuję, pcham x powrotem na 
rci«ądną drofę lairyer>' : — robie, co mofc. 

— Pan nit datś karyerą Uk dokuciaii! Mój pank\ 
dlactefo pan jcMcś daenntkanem, a nic fllantroprro? 

— Poniewal to m. t najmniej odpowird2ial- 



— Aha! — Ale pan* es w kawurni jak u m* Im* 
w domu? 

— Micsakam, — odpowiediial i filoioficznym spo> 
koicm, i pihiikiem kiesjonkowym poau|ł sililować aobic 
IMiwnlifir — Z obowtj|xku, z fachu. W kawiarni robi 
Mc ddi kultitni. Nawet prorocy nie kala diiś na gó- 
rach, tylko po kawiarniach. 

Rzucił okiem na gazetę i swym pilnikiem wskazał 
niedbale jeden ustęp. 

— Jest tu now>' ler dla partskiego sent>inentu 
I nowe kastakkie źródło ^-^trętu . . . Oj, te klee, te ideeL 
Wraca akąddi banda obietysaaów galicyjskich i wietie 
piękne goAciAce kuhur>' do swej ojczyzny. Jeden w dru- 
giego! — powiadam panu. Jeden w drugiego! kobiety! 
dzieci nawet ' 

Kunicki nosuwil uszy. 

— Boże wielki, lo ich nic moźn.i fiu<i2c*2ać i;im, — 
do kraju. 

— Więc ich u \ i/iii<:n\ . - rv '!<k;ipi'>-.\ .il il'i,'rnalycz- 
■ie dziennikarz, nu* pr/'-vt.łi.^<- ^/iis.u •■ p.j/Mokci. 

A po dłuższej pr/rrwi . j..;x.i . ;..i/.ij.i mi; koniecz- 
ną przy tej operac)'i, ziewnął i rzekł: 

— Ptow iui e ii c a aę pan etemprędsej wyleczyć z te- 
go świerzbu a p ol e cineg o. Zoataw pan tłuczenie o mur 
twardaiym głowom, a bity komunałami trakt idei poapo- 
Ittaz3rai owcom! Me! — me! — jak źle jest na iwiecie. 



7* 

— No, dobrze I — szarpnął się Kunicki, rad, że mu 
ktoś pomoże do wgadania się w przyczynę dzisiejszego 
smutku. — No, dobrze ! — leczyć ludzi z niesmakicai 
i obojętnością, patrzeć co krok na zbrodnie i potwor- 
ność życia, oddychać zatęchłem powietrzem nędzy i cier- 
pienia ... I to wszystko razem nazywa się ? . . . 

— 21adowoleniem ambicyi tylko. Poza tem, jest 
się, chwalić Boga, jeszczi* człowiekiem i można . . . 

— Grywać w bilard. 

— Chociażby. 

— Albo pić. 

— 1 to nie jest do pogardzenia. W picin jest tu» 
pełnie ta sama mądrość, co i w życiu: — złudzenia. 
Oczywiście nie każdy pije na to tylko, aby z łiachusem 
wywracać koziołki. 

— Przypuśćmy, że nie pijani. 

— Ależ się pan objuczył pryncypiami. lUt;dzv^ czy 
później taki pociąg towarów}' wykoleić się przecie mu- 
sL Nie pijasz pan? Tem bardziej należy pamiętać, że 
tam oto siedzi Liii i nudzi się nad Graphic'iem. 

— Pozostawiam ją panu. 

— Dziękuję za dziś, — odwzajemnię się jutro. Po- 
za tem, o ile pana interesują problemy życiowe... 
ijelsky wciąż ogląda! swe paznokcie).'., poza tem, le- 
karz, naprzyklad, może leczyć uczciwie, ile że nie ma 
powodów, dla których^ człowiek inteligentny miałby cos> 
robić niesumiennie. Dalej, można czytywać książeczki 
nie jako katechizmy komunistyczne, lecz jako mowę no- 
w^o umysłu i nowej duszy, z któremi w kawiarni nie 
zawsze spotkać się możemy. Nakoniec można ro^lą- 
dać się po świecie, co bywa ostatecznie najzabawniej- 

HZem. 

— 1 to wszystko? 

— Można jeszcze... 



7S 

— 2Uj«ć do laiwUmi, — iMmuU tic nerwowo Ku- 
nuki.— Olo do aego «prowadjdfai lic u was zai^dka 

i! 

Jebky lajął lic tynenwiB pricflądjmirm |.i<iiMS|.istj. 

— Motna j<«icxr . . . — powtórz>'ł. 

— No? 

— W leb tobie strselić, o ile ktoś kwestyc twego 
pra>*jśctJi lu świat wziął zbyt poważnie. — Nie podno- 
sząc głowy, wywrócił Im Kunickirmu białka oczu, 
uśmiechnął ti^ kwaśno i dodał: 

— Im bardziej szarem jest czyjeś życie, ti*m więk- 
sza śmieszność w takiem zakończeniu. 

Kunicki gr>'zł i szarpał w zębacłi munsztuk od pa- 

— Szare żyde, szare żyde, — bąkat — Szary, prze- 
ciętny, nieomal zb>'tecznyt— >wybuclmął w nagłem roz- 
drażnieniu. A ręka mu się trzęsła, gdy ją do papiero- 
sa podnonil. 

Jclsky teraz dopiero podniósł głowę. Twarz wy- 
ciągnęła mu się w^Tazem zdziwienia 

— Panie — wołał tymczasem Kum i 
szarz>' ludzie zanadto uświadamiają sobi 

m>in już wstępie. Znają nietylko mazimum tego, co 
osiągnąć mogą, ale i to całe morze małych fałszów, li- 
chych k"t»'*'tvT. mizernych podstępów, aprol>owanych 
podłośt przepłynąć muszą. Cel ich niezbyt po- 

ciąga, a droga nazbyt odraża. 1 to jest tragedyą sza- 
rych ludzL. 

— No — . tragedyą I • — skrzywił się JeUky. 

— 1 pan chcesz im odebrać jeszcze wiarę w oł>o- 
wiąild społeczne, w ideały. TrzekM im te zosUwic, 
chodażby.. 

— Chociaż dopót>% dopóki im skóra nie stwanU 

5 



74 

njeje. Potem cisną tę tarczę Mmi, na głowy młodszych, 
i to z rozmactiem wielkim. Hę? 
Kunicki wpadł jui w pasyę. 

— Więc czcmźe, czem}nam się bronić przeciw te- 
mu smokowi wszystkicłi improduktywów, co na mnie 
nałazi i ziewa mi w twarz smutkiem życia, nudą, pust- 
ką... O Uk, pustką! Zresztą, nie! Ja ciągle jeszcze 
nie o tem mówię, co mi dolega. Nfnie dławi, oczadza, 
dusi poprostu niesmak, obrzydzenie i wstręt do wszj^st- 
Idego! — krzyknął niecierpliwie, — zerwał się i schwycił 
za kapelusz. 

— Wiosna, — westchnął melancholijnie Jel8k>', za- 
kładając serwetkę za kamizelkę. 

Podaną sobie dłoń zatrzymał jednak w ręku. 

— My wszyscy tak intensywnie odczuwamy dziś 
wiosnę! Wiedzą coś o tem restauratorzy miejscy. Jest 
to najstosowniejsza pora, aby pić. 

Siłą niemal posadził go przy stole i nalał mu kie- 
liszek wina. Kunickiego rozbrajał zupełnie ten jego 
spokój. 

— Ja mc jestem przyzwyczajony . . . Chociażby dla 
tego. 

— Głupstwo! — Jelsky zabrał się ze smakiem do 
kolacyi. — Pan nie pijasz, — wywodził prz>tem, — ponie- 
waż to wytwarza podobno rozszerzenie serca, nazj^wa- 
cie to cor bovis. Ale wierz mi pan... (Jelsky, nic zna- 
lazłszy czegoś przy nakryciu, zadzwonił w talerz)... 
wierz mi pan, stokroć gorzej nie pijać, nie szaleć, nie 
umieć stawiać ż}*cia na jedną kartę i wołać .ya l>an- 
que ! * To w>twarza z czasem «pr roMOc, serce żaby. 

Kunicki patrzał ze zdunńeniein na jego krzętny 
apetyt w tej chwiU. 

— - .Szaleć?" .Na kartę?'... Pan chyba miał 
Spmekari$ na myśU. 



7S 

' > •!, — tknywU się Jeliky. — Ja aie wrieucic 

I nie iłV|Nc wlotów jak pan, tylko ronamuj^. A to nie 

iniiiitaiiii ai jeść... Z taktem tercen laby gorsej 

ńc na świecie, — tadne ncmcie jul tic w niem 

tuc mii ii I 

— •Uciade!?* — powtórx\'ł Kunicki jak wprzt^*- 
Winuiyl ranionami, i bcswirdnic zupełnie, jakby ^^■ .■■ - 

— Mikłść, — tlóOMCiyl dalej Jelaky, — miłcm. en 
ilortee wewla winna ai|Mdać nad głową, rzuca ukim 
hri i ł**"" tylko cieU goryciy, ok>nEydzenia i wstrętu na 
jałową oodńenność. — Hę, jakai to znana nuul.. Gdy- 
by nagada, abudaiwaay się gdaieś w gdrsldem urocsyałni, 
huknęła ,kocliain !* — echo a dolin kidikich przynioalcK 
by jej wołanie: .jałowość, nuda, gorycz!* Gdyby Pro- 
awleiias akmasyl górę i grzmoceni obwieścił ziemi : •Bra- 
cia, ze rw a łe m kajdany, — po nowy idę dla waa ogieil,* — 
eclM> odpowiedziałoby : .gorycz, obrz>'dzenie, wttręt I* 

Jebk>' napił się wina, ourł nsta serwetą, odstawił 
ulrrz i gestem nakazał prz>'nieść sol>ie następną potra- 
wę. Kunicki powtarzał w myślach: .mifość*, .najada*, 
•Prometeusz*, .kajdany*, .płomieA*. powtarzał przytem 
mimo%iroli z tym samym saukowit)^ akcentem, z jakim 
wyglosione były te słowa. 1 w>traesKał juź tylko oczy 
na JcldEy*ego. A potem znowu poctaioiąl z kieliszka. 

Jebky zaś prawił. 

— Spojrz>*j pan, ile tej gor>'Cz>', ile śliny i j.i<h: na 
wssyaikiem, czego się dotknąć, na co spojrzeć... (pro- 
st, prosit!.. pij pan śmiało!)... do czego przywiązaćby 
się chciało. Oó takich whiśnie hadzi ta ślina, ten jad 
ropuszy pochodzi W żabich serdiMikach nie imieiciło 
się umiłowanie spolccsne. 

— .t^miłowanie spoirczne??.." Psn żartuje? 

5* 



— Mówię, umiłowanie społeczne nie mieści tic dzii 
w marnych, skarlałych sercach. Zalf<lwic wciinie się 
w nie doktryna, i oni, oni to właśnie knźq nam wierzyć 
w ideały. 

— .W ideały !?..- 

— Niewątpliwie! Przy kaidem rozdrożu stoi taki 
właśnie drab z maczugą w ręku i wola : ,ldi tą drogą, — 
a nie to po pysku I.." Czyż to nie ironia życia? 

— Ironia?.. Ha! ha! — Tak, tak, — to wszystko 
racya, co pan mówisz. Ja to czuję. Ha! hal — Ironia' 
Ironia! — Pan-eś mnie zaraził apetytem. Zjem chyba 
kolacyę i wzniosę się na w)'żyny filozofii spokoju... 
Nie, po coś mi pan wmawiał to wino?.. Ha! ha! — 
ironia . . . 

Kunicki po jednym kieliszku puczul już obezwj.ici- 
nienie w członkach. Ciężką głowę wsparł na łokciu 
i zapatrzy! się na Jclsky'ego. 

I :..i nie rozumiem wcale, — rzekł nagle po- 
ważnie. — Zresztą, głowa mnie boli. Ha ! ha ! — Nie, — 
Ul ironia! — i znów śmiać się począł. 

— To szkoda, bo ja pana znakomicie rozumiem. 

— Ja boję się pana, — boję się, jak czegoś zupełnie 
i;o. — Zresztą, — nie, ja nie jestem pijany! — zresztą, 

.^ .t j zę, iż pan wszystko wie. Mój panie, niech mi pan 
|)owie, co się ze mną stało ostatnimi czasy? co za 
chmura stanęła nade mną? 

— Czyś pan aby pewny, że to chmura? Czy to 
czasami nie słortce ? A ten cień pod nogami, czy nie jest 
przypadkiem cieniem własnej osoby? 

— To jest wyrocznia delflcka« 

— Powiem dalej jak Pytya: — jesu w ż;it'i' s«r- 
duszko wciśnił* ««'• m/ucie wielkie, runie obiecująca 
karyera. 



77 

— Pui MBie chybA nie potądiati? — Kmudd a- 
kryl gryiBM ciy lei nśaiech lytnan wina. 

— Poeądaim i to iMutlio! — My wtiyicy uk in- 
tenty wnir dńiaj kochamy! Wie coś o tem Liii i towa- 
riyaaki, te akarbonki naaiycfa ucłu<^. 

Kunicki aerwal aic i micjaca, aie uaiacii nat>*ch- 
ntaat. Gciką głowę waparl jol nie na lokctu, lecą do- 
łem na atole. Próbował tic roieimiać w obrus i nagle 
rołplakal lic dcbo, raewnie jak dziecko. 

— Nie, — mówił potem, ocierając Izy kułakiem, — 
po coś pan we mnie wmawiał wino?.. Takie tęgie wi- 
no? Ja mam słabą głowę... Po coś pan ze mnie zrobił 
aobie małpę?.. 



.<V»A^*>» #» ■»»tN|<Mi^^^^MMBM'fcf^>A^^"^^*^^^ f ^^mm 




Kunicki zacaął aię wprost niepokoić o siebie. W kil- 
ka dni potem, po nieudanej operacyi, dostał spazmów 
wol>ec licznydi świadków; — musiano go cucić. Opero- 
wano młodą czeską rol>otnicę z fabryki zapałek. I^iew- 
czyna, wystraszona sapadiem jodoformu i widokiem t>'lu 
mężczyzn w biał>*ch fartuchach i zakasanych rękawach, 
wpiła się jak rak w rękę Kunickiego. Wśród tych ob- 
cych ludzi z nim jed>'nie moffai się jako tako rozmówić. 
Uspokajał ją, jak umiaL Opowiadał, te jej krzywdy 
priccie l nie zrobią; przeciwnie, dadzą piękną srebrną 
saciękę zamiast brs>*dkłej sprócłmialej kości, ie tego 
nikt potem nie sposo-ieźe, a kaidy powie: ^Ali, jak 
wyiadninła u...- 

— Jak ci na irni^- 1 



— Mianuje sr Zofie. 

— No widzisi — Zochna . . . 

Przj^szrdł profesor i, zanim nałożył maskę, pogła- 
skał jq po włosacli. 

— Patrz, jak ci do twarzy w białem. Potem bę- 
dziesz się mogła nawet w lustrze obejrzeć... No, nie 
bać się, mała, — nie bać I.. 

Nic nie rozumiejąc, uśmieclinęła się do wszystkicłi, 
jak do rodzonycti ojców. I wszyscy, ilu icli było, odpo- 
wiedzieli jej prz3'jaznem skinieniem głowy. Studenterya 
zaroiła się na amfiteatrze. — Kunicki miał pilnować pulsu 
tej ręki, która wczepiła mu się w dłort. Głaskał tę skur- 
czoną strachem dziecięcą rękę i szeptał wciąż: 

— Nie bać się, Zochna, nie baćl.. 

W miarę jak zasypiała, uścisk palców stawał się 
coraz mniej kurczowy. Już się rozchylały zupełnie, gdy, 
w ostatniej chwili przytomności, uścisnęła mu rękę 
krótko i rozumnie: jakby dziękowała mu za dobroć 
i prosiła, by nie odchodził. 

On baczył już tylko na jej puls, — o niej zapomniał 
niemal zupełnie. Naprzeciwko, trzymał asystent drugą 
rękę. Profesor operował przez głowę chorej. Na jej 
piersiach postawiono lustro i trzymano skośnie przed 
operatorem. Asystenci chwytali pensetami, niby ptaki 
dziobami, rozszczepione płaty skóry i rc> je na 

bok, oraz wycierali krew pękami wały. .,.- cicho. 
Słychać było tylko szczęk narzędzi, ludzkie oddf^chy 
i jakiś kaszel na amfiteatrze 

Po chwili Kunicki drgnął, — drgnął bezwiednie 
uprzedzającym instynktem niesłychanie czujnego zwie- 
rzęcia, jaki przy podobnej pracy i człowiek nawet zdo- 
być sobie musi. Rzucił ł)ystre, pytające spojrzenie na 
asystenta naprzeciw. Ten już na niego patrzał. Oł>aj 



prmic^ warok aa profeaorA. Ten jiii o wny n ki w 
wicdml. Jut odklAdal oAriędtiA, jui wielką penselą wy- 
ciągml cborc) i gAitUA jt^k, którym nc dłAwiU. Nie 
pooMglo to jedBAk. ZAraiki mc prsy ttole. Pośród Audy- 
lorymi ouUaaIo się oAwct łwknf, kióre w tej chwili 
pATsknęki <mifchf . Prsebiio cborei gAntto, by wywo- 
bkić tłtttciny oddech. Lect i tracheocoaiiA nie pooioglA. 

G> dAkj byto, Kunicki pAmictAl SAledwie JAk pnei 
B^. Wiedikł, co mo ciynić nAlety. Podnosił nApnód 
jedno nunic chorej, potem dlA ujednosujnienia ruchu 
wyrwał i drugie Asystentowi. Podnosił je i oposKSAl 
■MATOWO w ten równy Ukt, w jaldm profesor odersAl 
w piersi chorej. Zamienił się w masz>'nc, — pracował 
bes wytchnienia — minuty, czy godziny ! — tego nie pn- 
■ucCaŁ Pompował wtedy jeszcze, gdy audytoryum opró- 
tnUo m^ zupełnie; podnosił i opuszczał bezwlndne ra- 
miona, gdy inni odeszli juź od stołu; pracował i wtedy 
jesscse, gdy Ictoś złym i zniecierpliwionym ruchem ka- 
zaI oni wreszde zsprzestsć. W koócu odepdmicto go 
nienuU. — Pr i e ł oAono ckk> na wózeit, narzucono na nie 
p r zeA c iera dło i odwieziono do trupiarni. 

Obowiązkiem Kuniddego było przeliczyć nar/r i/i:i 
i zebrać je do wanienki siatkowej. Gdy się tcm zaba- 
wiał, poczuł nagle zawrót głowy. Cofnął się .do pierw- 
szej ławki amfiteAtru i 08un.ił się na nią wczeSniej, niili 
siąść zamierzaŁ Ogronmie białe i łagodne światło za- 
snuło mu wsz>'stko przed oczyma białą mgłą. Ktoś 
iblizka stojący usł>*szał najwyrainiej, jak szeptał: .Nie 
bać się, Zochna, — nie tMć!..* Zacłiłysnąl się, ujął za 
głowę i dostał najprawidłowszego spazmu. 

— Ką^tfHTf /— suwiał z francuzka łatwą dyagnozę 
jaldś student z ghipia frant 

Ludzie byli rau wdiięmii za ten humor. Przy 



Sc 

situcinym nieco śmiechu załatwinno ^r bez trudności 
t bagatelnii sprawą Kunickiego. 

Jui zdjął fartuch i nakładał niankuiy, gdy wpadł 
jak bomba asystent i zawezwał go do profesora. 

— Dobryś! — rzekł Kunicki. — Tym spazmem za- 
rżnąłem się na śmierć w j^o oczach. 

1 z duszą w piętach wstępował do gn' 

Profesor zdążył również pozbyć się i.< Na- 

okół nie było ani śladu odbytej przed chwilą operacyi. 
Siedział przy biurku i notował coś pośpiesznie. Ruchem 
złym i zniecierpliwionym wskazał mu krzesło. 

— Ja tu już od kilku dni mam pana na oku. 1 dziś 
patrzyłem przed operacyą... Chociai muszę przyznać, 
źc jako lekarz sprawowałeś się pan nieźle. 

Skończył pisać, położył z impetom pióro i zwrócił 
się wraz z krzesłem do Kunickiego. 

— Ale co znaczą spazmy? bk.i' < **.. Ja 
już zaczynałem pana szanować za .br;u. i jv. uw." Mu- 
szę panu powiedzieć, że upatrzyłem' go sobie na asy- 
stenta. Więc mam zawód I — syknął ... — Pozwolisz się 
pan zbadać? 

— Ależ ja, dalibóg ! . . 

— No, no, no!.. 

Zbadał, opukał, a mc nic znalazłszy, wzruszył ra- 
mionami. 

— Masz pan jakie zmartwienia? 

- To jest właściwie . . . konkretnych . . . Chyba że- 
bym . . . jeszcze . . . 

— Jeszcze? 

IVofesor, poprawiając okulary, zasłonił twarz 
dłonią. 

— Radzę wyjechać na trzy tygodnie. Gdziebądi... 
Cygaro, panie Kunicki?.. 

— Dziękuję uprzejmie... Nadzieja as>'stenlury . . . 



Si 

— Nie o t<t KUir... Chcuilein panu powiedzir^. 
ie... Mm! 

Wydął wmrgi, fladiil dlufą brodę, wrfsicie: 

— Z m al irtrt wc iu nie nakty nifdy swlekać! — 
%r>iMilił mu prosto w ociy. 

Kunidd ttanąl jak w ofniu. 

— Akt... dalibóf!.. 

Ujął go la Obtr -. ttiCtSnjfi ■ tfU|<tuVkad2tl do 

dnwi Ja nmietn t\ dńć, Nied>tkretn>in być nir 

Z widbem profeaorskieni cygarem w ustach ssedl 
sadumany praes ulict. A źe myśli były bardzo przykre, 
węzeł stawał się beznadziejnie zawiłym, więc — uczuł 
nagłą potrzebę napicia się czafnej kawy. 

Gdy wracał do domu, gniewał go ścisk na ulicacłi, 
znniszając>' do wotnydi, ilimaczych prawie ruchów i bez- 
cek>wego oglądania obojętnych twarz)*. Przy sposobno- 
ści zanwaźył, źc ten i ów, mijając go, uśmiecłial się nie* 
znacznie, jakby chcąc powiedzieć: •Oto idzie znowii 
jeden z tych, co to mają lelckiego fiolka w głowie.* 
Uiniedmli się oczywiście k(> y, ci zawsze z sie- 

bie zadowoleni, .najnonnaliii^jr.i luw^u* w mieście. Ja 
wśród aniołów w nietne odróżnię chyba duszę, która 
na tjrm padole płaczu była komiwojażerem*, — seauścil 
się na nkfa myślą KunickL — .Swoją drogą, muszę być 
bardzo rozdrażniony, i wyglądam prawdopodobnie dzi- 
wacznie. Ah, ta kawa, to cygaro obrzydliwe!.. Zresz- 
tą, to jest jasne : rozdrażnienie wywołuje szybkie, gwał- 
towne, ostre ruchy, w t>'m tłumie ślamaram>Tn muszę 
wyglądać, oczywiście, jak muclu w pajęczynie.* 

Gdy skręcił na swoją ulicę, ścisk uczynił się na 
diwilc jesicse większy. Uslysial za sobą cichy, krótki 
dzwonek. Ludzie się rozstępowaii, dwie baby przyklękły 
nawet na trotuarze. Kunicki zdjął czapkę, co tu widocz* 



3m 

nie nie było we zwyczaju. Przecho<Ut)cy tłusty jegomoić 
znowu się uśmiecha z poczuciem wyższości solidnego 
człowieka, któremu interesa dobrze idą. .Ty, bydlę 
nizkie I* — myśli Kunicki i, korzystając z wolnego miejsca 
ŁtL ksicdiem, postvpuje tui za nim. — Ludzie najwyraź- 
niej przypuszczają, źe to on księdza do kogoś sprowa* 
dza. Jakaś baba podbiegła nawet, by zagadnąć, do kogo. 

«Ja muszę mieć ładną minę, jeśli pasuję nawet do 
takiego rodzajowego obrazka. 

,Aleź traf szczególny, żeby akurat do m< ^o (ioniu 
szli ... 1 na schody moje . . . Co, u dyabła ! . . Czyżby 
na drugiem?.. Trzecie!.. 

.Baba!.. Ocz>' wiście baba. Ale cóźby jej tak na- 
gle? Z cz^o? 

, A co ? — dzwonią . . ." 

Otworzył obcy człowiek w mundurze warty sani- 
tarnej. Kunicki zaniepokoił się już poważnie. Ksiądz 
pyta, do kogo. Kunicki, stojąc o pół piętra niżej, nad- 
stawia uszu. Tymczasem nie chce mieszać się do nicze- 
go. Poczeka. 

— Do młod^o pana, — brzmiała odpowiedź. 
.Co!?- 

— Kto taki? — pyta ksiądz. 

— Student 

Kunicki chce w pierwszej chwili krzyknąć przera- 
źliwie. Ale się słania, za poręcz chwyta i ściska ją z ca- 
łych sił. Lewą dłonią po ciele wodzi, szarpie spotniałe 
włosy, szczypie się w wargę. — ,Nie, ja przecież nie 
śpię. U Boga, — co to jest ! ? Co to wszystko znaczy ?* 
Chłopak kościelny zadzwonił raz: cicho, króciutko, jak- 
by przez nieostrożność. 

— Niech będzie pochwalony, — obcy, cichy, zapła- 
kany glos, gdzieś w głębi korytarza. 

— Na wield. 



Kum klęka um w głębi koryursa, Stlocha. Jak 

WOTMMMtUC SIIocImiI 

— Wypadek? — pyta knąda cilowieka w ciapoe 
a odwachu taniiariwca — Praytoamy ? 

^ Bardao mmiOt ^ awpcae ktoś baaeaL — Saiao- 
bójttwa 

Kaiądi cofa aac od prosu. 

Wypada młoda kobieta i głębi i buch ! kaiędau do 
nog. Jak ona uraaau c upadlał* 1 aakMrha. .Chryste, 
jak ona sik>cha!* 

Kunicki puaicaa poręci schodów. Pręży się jak 
struna, ladska pięidc kurczowo. Nic da się halucyna- 
C3ri Nie da się nawet obłędowi, jrśli to jest obłęd ! On 
tu jest, — nie tam ! . . Nie da się. Woli ma ']r%iczf trochę. 

Zimny pot strugami zlewa mu twarz 

PrTftka kując po Idlka stopni, pędzi na aui. instynkt 
sachowawcsy woła w nim bezładnie : .Dorożka. Z po- 
wrotem do profesora. Szpital. Osobny polcój ... I dsza, 
ÓBia wielka. Z początku morfina, a potem dsza i spokój 
tjriko... Musi przejść .. . Aby tylko dorożka !* 

W3rskocz>'ł z bramy aż na środek ulicy. 1 tu się 
dopiero ot>ejrzaL W imię Ojca, Syna i Duclia!.* 
Numer 5H-y. 

O dwa domy za daleko ! 

Otarł chustką pot z twarz>', popra%nł kapelusz, za- 
piął palto i, zagryzając wargi, aby się nie trzęsły, zawró- 
cił pod numer 54-y. Obejrzał swój dom uważnie i po- 
równał go z Umtym. Podobne oczywiście jak bUzniaki, 
a jednak trzeft»a być t>ardzo rozurgnion>in. .Oj, u czar- 
na kawa, to cygaro!* 

W doom zastał swą gospodynię w niesłychanem 
podnieceniu. 

— Wjrpaddc był w sąmeditwic, — wolała od proga» 
a racz<>j wymkakala z prawdziwym smakiem. 



*4 

— \N'i«-in. 

W iny&li zai dodał: ,Chwala Bogu, rseczy wistość t 
Konkretny, policyjny fakt, cntuzyazmujący wszysUde 
kucharki w całej dzielnicy. — Ależ napatrzyłem się dziś 
rozkoszy miejskich. I to mnie tak niesłychanie rozdra- 
źniło.- 

Zmaczal głowę i piersi, naurł skronie wodą kolort- 
ską i postanowił natychmiast posłać do apteki. Wyrwa' 
więr kartkę z notatnika i pisał pedantycznie: 

Natri brom . .3,0 

Kali brom 2,0 

Amon .... 



Zastukano do drzwi. .Oczywibcu* baba / piotk.mu.' 

— Przed trzema godzinami, natychmiast po wyjęciu 
pana doktora, zachodziła tu jedna pani. 

Kunickiemu wydało się, że w tej chwili ktoś go 
pięścią w ciemię uderzył. 

— Z tej kamienicy pewno? Po poradę? — pytał 
mimo to z niedołężną jakąś chytrością i jakby chcąc 
oszukać samego siebie, odwrócić fakt, zagadać rzeczy- 
wistość. 

— Nie. Nazywa się — zostawiła bilet — nazywa się 
Zofia Borowska. 

Kunicki uczui, j.iKby po raz drugi, mocne uderzenie 
w ciemię. Powsuł z miejsca powoli, sztywno. Oparł się 
tyłem o biurko, chciał coś powiedzieć, ale głosu mu za- 
brakło. Zwiesił Avięc głowę i milczał. Jak ta szelma ro- 
pucha musi patrzeć na mnie w tej chwili !• 

— Pani przyszła zapyuć, czemu pan doktór do 
państwa Borowskich wcale nie zachodzi. Oboje z męiem 
są niespokojni, czy pan doktór nie chory. Pani bardzo 
rozpytywała o pana doktora... Niech mi pan za złe nie 



weimir, ale ja nc priy niej watydztlam poproatu mej 
brtydoty. Jakat ładna ! jaka świeia ! . 

— Dosyć! 

— Proaila« ieby pan doktór nie tapominaL Triy 
nuy to powtónyla. Pani pnynioala le lobą wiąiankę 
kwiatów, myśląc, źe pan doktór jest clior>\ Wejść nie 
chdala. Romauriala le mną pnes próf . Prosiłam bar- 
dao» Ieby loauwila i tdrowcna. Mówiłam, ir pan do- 
któr tawBse taki lamotay, ie kobiet nigdy . . 

— Dosyć! 

Baba poloiyła ostrożnie garść kwiatów na naiłilii. 
taem krieśle i lamknęla cicho drzwi za sobą. 

Kunicki wciął jesacze stal nieruchomo przy biurku. 
Po chwili dopiero sięgną! po receptę i począł ją drzeć 
na drobne kawałki. Podjął machinalnie jakąś książkę 
ae stołu, ustawił ją pedantycznie na etażerce, zbliżył się 
w i c ani e wolno do wiązanki kwiatów, powąduU, znalazł 
się blizko kanapy i osunął na nią z kwiatami pny 
usucłt, pod twarzą. Miał wrażenie, że jakaś potężna 
dkNk wciska mu twarz w te kwiaty. Patrz, patrz, gnuśny 
i uparty! Na życiowej ścieżce źródła tego ominąć nie 
woino: taką jest wola młodości. Musisz pić z tych wód, 
co rodzą aił>o siłę i cz)'n, all>o ducha w)'łącznie, alt>o 
bezwolę jedynie: rodzą żyde, sztukę lub marzenie. 
W plomieniadi, co dę ogarną, natura hartu twej duszy 
doświadczyć pragnie, na to aby cię wznieść lub poniżyć. 
Taką jest wola młodości I* 

Gdy powstał, miał w głowie jedną tylko m>'śl, je- 
dną trwogę: 

, A jednak — dokonało się I* 




h, Boże! — myślała Borowska — od cza- 
su jak dostał te książki od Jebky*efco. 
nie wycłiodzi wcale z domu. Zamyka się w pokoju, 
mruczy, deklamuje i chodzi, bezustanku chodzi: równo, 
miarowo, jak wahadło. 1 pije. Znowuź!" 

Zajrzała przez dziurkę od klucza. Tuźurek —»;'••' 
na siebie. Po co? Zapięty i sztywny chodzi jak / 
na warcie. Staje przy biurku, prawa dłort na piersiach: 
czeka dumnie na coś. — O czem on myśli ?" 

— Właduś? — szepnęła w szparę. 

Spojrzał wyniośle w stronę drzwi, odwrócił się 
i nic nie odpowiedział. Znowui chodzi. 

— Władek, ja nie chcę ! — poczęła szarpać się 
u drzwi. 

A gdy ją wpuścił do siebie, rzuciła l>adawcze spoj- 
rzenie na biurko i przeniosła na niego czujne, niespo- 
koinp oczy. 

— Wiesz, dla czego mieszczka książek nie lubi? — 
pytał cierpko. 



— Wiem. Bo uaie— mówiła, wikinijąr lu Icńąi- 
ki ~ tą Mwtie w tMUowcj tiuUecie we wtgyttkiein, co 
Mówią, cniją, njfilą, bo tamie tą ftltiywe, wtzy«tkie 
bn wyjątku — te mapimm kobiety. 

— A wi^ taidroóć — tieplenil mąź, wyciągając 
twart w hrabiowski grymaa. — Vom toim^ ta Jmu tm ruśś 
4kt wmmdt, aiargrabino! — atagral jej mi pocaekaniiL 
1 WDCC potem, ujmując ją aa k>kietf: 

— Zotirrtka — amanierowałaś tic coś niecoś na 



— Pfleś? — aapytaia wobec tego nieapokojnu-. 

— Nie, nie pilei ! Teraz będzie YotkattOck, — co ? 

— Oh ! — westchnęhi ciężko. 

— Klempuma t — mruknął pod notem i zagwizdał 
jej głośno w odpowiedzi. Wtłoczył ręce do kietzeni 
i dKxizil z kąta w kąt, przelewając tię z nogi na nogę. 
Ona otunęhi tię na kanapę, zwyczajem twoim fzatopiła 
dłonie we wlotach i zapatrzyła się smutnie na niego. 

— Kodiasz? — szepnęła po chwili. 

— Którego? — odparł, aatrzymując saę prz>' mej 
w zwrotnym p ira e ue . 

— Władek ! — żachnęła się gniewnie. 

— Względem czego? 

Zocłma rozpfadtała się bezradnie. 

— Gupuś ty! — rozpromienił się mąź nad tym pła- 
caeoL Odgarnął jej włoty z czoła, odjął ręce i kazał 
tobie podać pyazczelL— Nie płalcam, nie! — Pocałować 
meta. Pr z epro si ć za mahitlde zmanierowanie się w mai- 
tokstwie. Tak ! — Jul się na kohuu lądujemy. Oczy- 
wiście! — Oko? — nadzwyczajne! Międotie, wilgocne 
t ptjr aen ic ! 

— Koch.isz? 



H8 

— Mhm ! — Borowski potrząsał giową. 

— Ugryzę! 

— Gryi... 21ocha! — 1 dalby to kto wiarę?— Toi 
lK)li... Oj, kot, kot! — jui się tuli, juź zwija w kiębu- 
tueck. 

— Jak ja ciebie lubię, Właduś! 

Zaparło się westchnienie w piersiach 2^)chny. 

— Ale nie chodi tak Władek całymi dniami po 
pokoju: — to takie smutne. 

— Zupełnie tragiczne — hę? To wskazuje, źe mąż 
jeszcze myśli. 

Drgnęła mu czujnie w ramionach, odrzuciła w tył 
głowę i wpiła się w niego trwoźnem wejrzeniem. Bo- 
rowski sięgnął po papierosa i ukrył się niebawem 
w chmurze dymu. Siedzieli tak w milczeniu; on ćmił 
papierosa i machinalnie, niemal automatycznie głaskał 
ją po włosach. 

— Rozpleć... 

Miękkim ruchem ramienia dotknęła ciężkiego zwoju 
na potylicy, potrząsła głową: jasne pęld rozprysły się 
same. 2^pachniały włosy. 

Wyrwała mu z ust papierosa i odrzuciła precz. 

— Nie chcę, żebyś palił!.. 



^ ^^ joN 1 ^ u ii» ^'1 *» %% V ^■^^g!; ^^ *«^V^AA^%^ 



— 1 znowuż chodzisz? — szcptaia potem cicho, iia» 
wo, wtulona w kącik kanapy. 

Przez dłuższy czas nie odpowiadał jej wcale. Po- 
tem, zatrzymując się nagle przed nią, wolał gorączkowo: 



— Widiist, tam u nas, w budiie, naJci^Actcj uk 
bywało, — w ipektakUch niby. W ctarnym •łlafr'>VM 
i K świecłnikieai w ręku wpadam jak bomba na &• 
nuct ńc o prawą kulisę i wnaanc: • Ojcobójca ! * A te 
fajerwerk ia|Mlą, więc mc •ptoaaę i buch o lewą kuliac. 
^Bratobójca!* 1 tam la jcrwerk, » więc walę we drzwi: 
obójca! Bratobójca!* — ! buch w szlafroku na 
AMBic! A tu kulisa tię wali, ognie dymią, kanv 
obracają się w beczce... A ludzie r>'czą. Im ab> ... 
jerwerki, aby aktor wyl, aby konie na scenie... Tfu! 

A nie, to famiJiendramy ! Pijesz kawę z pustej fili^ 
tanki, jesz gęś papierową i ględzisz i pledeaz przez 
pięć zbyteczn>xb *aktów. 1 kucharki się szwendają 
i gospodynie sapią; dzieci nękają ojca, ojciec nęka dzie- 
ci, poniewai pierwsze nie wiedzą, czego chcą, a drugi 
dusi pieniądze: zamiast kupić szczęicie sobie i innym, 
dobija siebie i otoczenie. Synków takich przewinąłbym 
przez kolano, skąpca papę okradł zaraz w pierwsz>'m 
akcie: — i niema f amiliendramy ! Co tu grać? A nie, 
to kupuj lakier)', pożyczaj tuźurek, pucuj zęby i rób 
hrabiego! ,Dokąd«źe to pan?* — zap>*ta zazdrosna Zo- 
na. — ,Do klubu, hrabino!* — .Żegnam!* — .Pani!..* 
— .Hrabio?..* — westchnie. Zwracasz się więc ode 
drzwi i kładziesz c)'linder na krzesło : . Pani ? . .* — 
• O nic, nic! — do widzenia, hrabio.* — 2^ejmujesz 
wobec tego rękawiczki i cahijcsz. Wchodzi lokaj, więc 
mówisz smutnie: .Kaź odprzęgać, mój biedny Pawle. 
1 kaź posiać łóiko, mój biedny Pawle.* — 1 taką małpę 
bez krwi, bez myśli, faŃrz sensu, bez krzt}' człowieka 
w sobie robić musisz pnez trzy godziny. A jak się 
oblisają recenzenci! .Co za bajeczna rzecz t Paryż, 
Paryt — kultura! Jak to zrobione, jak w)'c>'zeiowane ! 
Co za mac s tiya machy ! * — Dziwię się, iem iadnego re- 
cenzenta JMKit nie pokopał w iyciu. Att>o te adwoka- 



90 

ty, te doktory natse i ich klcmpy ospale po lożach. 
Cholerna publika! 

— Tcaknisi tam, Władek ? . . 

Zamiast odpowiedzi nnicił się do biurka i porwał 
ksiiiżkc. 

Wiesz, tu jest tak! — Zbankrutował. Runęło 
wszystko tak, źc te gruzy, wiesz, aź w celi więziennej 
go zasypały. A potem jeszcze gorzej. Z gruzów wj-- 
pełzły żmije, wiesz: ludzka krzywda, złość, podłość, 
i ułożyły mu się tam, pode drzwiami; nie dopuszczają 
ludzi. ^' y! Przychodzi tylko jakaś klempa bębnić 

mu na : . : , ..inie. Ale przez tylne drzwi, od bocznej 
kulisy. Do niej nawet się nie pali: już mu wszystko 
nic ! A żonę ma podłą ! Biłbym przecie szelmę, że aż ! . . 
1 widzisz: — chodzi. Słuchaj, co mówię! Tam na H'^!- 
kobieta, która się zest«irzała w miłości ku niemu: 
wielka, bolesna miłość! Ona tam na dole z tą szelmą 
żoną rozmawia. — A polem cisza. Smutek w^i m 

się zrobił, daleki smutek młodości. A tam u go: . . ...pi 
łup! łup!.. Widzisz, — chodzi! Chodzi jak lew po 
klatce, ten lew jej młodych marzeń. W klatkę życie 

zamknęło! A na scenie cisza, cisza... Zaś lud/- m 

w sali, który lepszy, tu coś pod gardło... /, 

Zochna, — nazywa się Ibsen. Autor niby. Z Norwegii 

. powiadał Jelsky ... Z Norwegii . . będzie . . . po- 



Zochna zaniepokoiła się i po^^^stala z kanapy. 

— Właduś, co tobił- 

— Powiadał Jelsky . . . — Borowski 8krz>*żował ręce 
na czole i wciskał dłonie w oczy. A gdy go żona obję> 
ła troskliwie, pocałował ją szybko w rękę i odsunął od 
siebie. Poczem sięgną] po papierosa i ukrywsz>' się 
w dymnicy, znowuż biegał po pokoju. 



9* 

— 1 wim, ct^fle cłdoi,— ■mcnl prsn pól do 
tietńe. — Co kto na schodach itc niaiy. on.. 

Borowsid mictl się do biurka i tUną) we wspa- 
nialej pońe dunuMCo wyotekiwania. 

— A! — wysKpIala tona, trrai dopiero zrozumia- 
waay jego aachowayiie się w ciągu ostatnich kUku dni. 
—O, tego nikt na iwiecic tak nie zagra, jak ty!— w • 
dncla prawie bezwiednie. — Chodi tu, Wfaidui, ti^tu 
pny mnie. Wet za ręce i uk opowiadaj. 

Usiadł poshiaznie. 

— Widzisz, Zochna, — potem przychodzi tam do 
oiego robak zdeptany przez życie. Wygniotło mu ono 
I dmiy wszystko, prócz tego, co w młodości kiedyś 
napisał: dramat, czy licho. Nosi się z tern wszędzie; — 
wszyscy drwią. Przywlókł się więc do najbardziej 
wzgardaonego. GęłM potwornie ialosna, ruchy ch\\M- 
nr : obrzydliwo4ć i Izy . . . Wielld złamany czyn i rob.;- 
czt\ jak plwocina nie dające się zdeptać marzenie ! . 

— Po%iriadał Jelsk>', — zaciął po chwili i z^ńesil 
głowę.— Jebky mówił... Jems Marya, nie módz grać! 
nie módz grać!!.. 

Zodma westchnęła i nirsparła mu jasną głowę na 
piersiadi. Oddychała głębolco w zamyśleniu. 

— Władek, — mówiła z trudem ^^ńelldm, marszcząc 
jasne czoło i przysłaniając oczy rzęsami, — Władek, je- 
telibym d kiedy na drodze stanęła... 

— To co, Zocłu? 

— To zdepcz! 

1 nagłym rucliem usunęła się fn^cd nim n.i kolan.i. 
Cłiriala coś mówić, lecz słów nie znajdując w przr|><!- 
nionei duszy, wsparfai bezwładną głowę na jego |)!< : . 
siadu Podjął z ziemi, prz>'tuUł twarz do jej policzka: 



SM 

pomieszały się Lty obojga. A gdy ją potem coraz to 
mocniej do siebie przygarniał, wysilii się z poza tych 
lei uśmiech błędny i ogromnie zmęczony... 



'«*''»» — » 'si l il i ' . H^ )ymit ,^»r i » <» I w. t > 



— I znowuź cliodzisz? — grymasiła, wydymając 
wargi, i z dwóch poduszek pluszowych wyścielała sobie 
przytulne gniazdko w k.icie kanapy. 

— Opowiedz co, — uprzedzała z bezwiedną cłiytro- 
scią jego ciężką zadumę. — Co tam jest więcej w tych 
książkach ? 

— Tam? — Dużo, bardzo dużo: świat nowy! — 
Wróg ludu, — rozumiesz? Chodzi tam o jakieś kąpic^ 
le . . . Ale co mi ! Widzisz, — tłum, tłum wielki i jednost- 
ka, która cz^oś pragnie... Poczekaj, ja ci zaraz... 

— Nie pij, Właduś... 

— Ah, daj mi pokój!.. Wid/is/, jrdnostka ! — jr- 
dno maie drgające serce ludzkie, — a tam wielka bierna 
masa: nazywa się kuryerek, gazeta, publiczność. Chciał 
czegoś, pragnął, kochał, cierpiał... Patrz! widzisz, idzie 
przez ulicę. Tam u nas po Nowym Świ*''-;. A za nim 
tłum. Widzisz, Zochna, — tłum. 

Skoczył w kąt, przyparł się do ściany, zebrał się, 
stulił w sobie, ramiona łokciami do się prz>*cisnąt, wska- 
zujące palce dłoni z żarłoczną ciekawością przed się 
wystawił i zrobił straszną maskę: znbii.i( kof?oś złośli- 
wym, jadowitym śmiechem. 

— Tłum !! — wołał. — ...On idzie lam przez ulicę, 



93 

a Uum la nim! aPlitnctel — t>'cial Borowmld jak Ini- 
ja, — pattitctr, to idzie ten, o którym w gazecie ttalo, 
któremu poterającn ambicya tak niepotraetNiie roitwo- 
rtyki chi|M| gębę . . . Patrzcie, jak on idzie, jak tic ru« 
■za... Widzie&kie kiedy taki nadzwyczajny fgwinph i r z 
durnia ? — A czytałeś ty, oo tam wkUdwie w gazecie 
byk>?— Nie. — No, moina być tocrem,— to nikogo dziś 
nae zdziwi; ale, mając takie nieczytte sprawy za sobą, 
jeazcze gębę otwierać, wynurzać się jak piskorz z błota 
hidiiom pod nogi, — na to trzelM być czcmś więcej: 
oślem kapiiakiym. 

.Patrzcie, patrzcie, jak on idzie! jak się rozkracza! 
On jest slaby na iotądek! Widzicie, widzicie, jak się 
ukłonił, jak się w pałąk zgiął ! Jaki szczęśliwy, źc stróż 
przed nim czapkę zdjął. On tego stróża w udo z wdzięcz- 
ności pocałuje!..* 

Ha! lui! ha! — tłum się śmieje! 

Tu Borowski zatrząsł się tak potwornym śmie- 
chem, żr 2U>cłina drgnęła na kanapie. 

— Właduś,~nie!.. 

— Stój, ty, proroku ! — wołał tymczasem mąż. — 
Stój, apostole o wykrzywionych kamaszadi. Stój! — 
swój człowiek cię woła... Nie wierzy! — On już niko- 
mu nie wierzy... Stój, opowiedz: czy bardzo palą ci 
grzbiet te odprowadzające na ulicy spojrzenia ? Al^ ty 
życia jeszcze nie znasz, proroku ! . . A znasz ty te nagłe 
milczenia, gdy wchodzisz? te szepty i gawędy najpo- 
spolitszych kretynów? te po kątach pankania niepo- 
wstrz>'mattego śmiechu, skandalizujące nawet twoich 
wrogów?.. Tyś pewno zakochany? Tald doktr>'ncr 
bywa zw>'kk zakoctuuiy?.. Bój się Boga, człowieku, 
i ty śmiesz walczyć z tłumem!?.. A znasz ty ten w^'- 
raz n i r a m a ku u kobiety, co cię wczoraj jeszcze kocłuła? 



94 

Kobicu |>okocha łotra, lichwiar/a, handlarza źyMrym to- 
warem, sipiega. — Ale nie było jeszcze kobiety, któraby 
uminin zachować miłość dla człowieka ośmieszon^o 
przez ilum ! . . A wiesz ty, ile jadu jC%t w udanem za- 
interesowaniu życzliwych ? A wiesz ty, jak;| wściekłość 
wzbudza współczucie głupich? A znasz ty niemoc dum- 
nych? A znasz ty niezaradność choć t*^ ' ' ' * 
nirjszych natur?.. Chcesz zrozumieć os/ 
wiórki t>ezwład ? Chcesz poznać potęgę wężowego spoj- 
rzenia najbrul;ilniejszogo loira, gdy się czuje n\ 

daniu twej uijomnicy? Ale jakiej? jakiej? Ty m. 

tajemnic! Wiesz, jakim kałem obrzucić cię pragn:{ 
wokół? Juź słyszysz! — już czujesz!— już tę hydrę za 
łeb chwytasz! — A jednak — nie! Nic nie wif ^ "'- 
masz nic prócz smutku i przygnębienia twoich i , 
szych. ,Co tobie? — pytają — Co tobie ł?.." Pochwy- 
cisz pierwszego szakala z brzegu za bary i krzykniesz 
mu: .Człowieku, ja prawdy, tylko prawdy w życiu 
chciałem ! " Pryśnie ci śmiechem w twarz : , Waryat ! " 
— Naokół widzisz tylko oczy! — oczy! — oczy! — I na 
piersi spada ci ciężar: — czujesz się winnym zbrodni. 

Taką jest potęga motłochu. — Ha ! — ha ! — ha ! 

Ten śmiech mrozem przebiegł Zośce po krzyżach. 
Podbiegła i przytuliła się do męża. 

— Właduś, przestań... Boję się. 

— Idi precz! — wołał jak opętany i odtrącił ją od 
siebie. A potem powracając do swej wizyi: 

— Proroku z prowincyi |)olskiej, stój*! Twoj c/i<»- 
wiek do ciebie mówi: w każdym proroku jest i musi 
być trochę aktora. Czy ty nie wiesz, że tam, gdzie nie- 
ma publicznego życia, gdzie .młynek na strudze miele 
plewy swoje i cudze,* tam gazeta poranna przynosi lu- 
dziom szemat myśli na cały dziert? że tam spiritus flat 
ubi reporter iw//? źe tam człowiek, któr>' ma coś do 



9/ 

powiediMib, CMfo uenut im nie ogmrnie, naiywa się 
<-!i.i<>t\r/nvni um>*slrin? ie ledwo ufta otworsyl, jul tic 
w ochach ludłi iiiikiiiiiiścii okrył, a ledwo je umknął, 
ittt ń^ manMikiem db nich itnł? te jul mu capecikę 
/ dxwonkami na ciolo wcńncU? Widińsi, o tej czapeci- 
ce I dzwonkami lapomnieli Ibsenowie. A to jest rxec/ 
bnrdio walna, bardio wspólcteana! Dla tego drobiai- 
ipi, proroków nawet w powiede być nie mole, nawet 
tych skromnych, co to chcji csystej wody w studniach 
i cx>*st>*ch rąk pny pnblicfnydi sprawach. Kaldy, ka> 
idy bez wyjątku csapecskę dostanie! — Czy t>' masz dość 
mocne nerw)\ Samsonie, wobec wojska podejrzeń? 
wobec ciiby zlej woli? wobec tłumu ciekawości? Jak 
mucha w pajęczynie, o wikłasz tylko, oplączesz i zamotasz 
ducha swego nienawiścią... A znasz ty proroku, szpi* 
talne cele puste? A znasz t>', tę w samotności al do 
bezkresów rosroalą nienawiść, która w rozbolalej dusz>' 
jul się nie mieici? O, bo do nienawiści tłumu trzeba 
potęgi ducha!.. Więc się rzucasz opętany szalem nir> 
nawiści : chcesz kąsać, szarpać, dusić . . . Ale ściany wy- 
bite jul materacem, a w pokoju niema nic więcej prócz 
siennika Ujrzysz mole jeszcze tylko w małym otwo- 
rze drzwi parę wydłulonych kretyńskim uśmiechem oczu 
dozorcy. 

Ha ! — lu ! — ha ! — proroku . . . 

Zochna stalą wrsparta o framugę drzwi; oczy roz- 
szerzył>' jej się i zwilgotniały; Irenice pogłębiły się. 
blada była na twarzy: — wciągnął ją w wir chaotycz- 
nych swych myśli. Beswiednie grała jul z nim razem! 
— grała niemo, trwolnem biciem serca. 

— Nie trzeba się było dać, Wladuś! — próbował 
dorzndć swoje i rumieóce w)nr>'sly jej w jednej chwili 
na policald. — Męlcz>'zna nie da się! — zawołała, pręląc 



9<> 

sir tlunr osia, Mpuiyzniaia w jccliifj cliwiii. — Mc2- 

i/y/iia /: , , zabije bodajby nawet tłum!.. 

Rzucił na niq zdziwione, przelotne spojrzenie i oce> 
nil natychmiast rarówno silę ck i i mcLiliczny, 

szczery dźwięk tego kobiecego w\.*w.v..... 

— Dobrze zrobione, — rzeki mimowoli. 
Niebawem powrócił jednak do swoich myśli. 

— A było takich proroków po wszystkich guber- 
niach tylu ! — tylu ! — tylu ! — Osunął się na kanapę, roz- 
krzyźował ramiona na jej oparciu i z pochmurnym upo- 
rem zapatrzył się gdzieś w pułap. 

— A jednak, — westchnął po chwili ciężko, — pójdi 
do mnie, tłumie, abym cię umiłował! 

— Nie, Władek!.. 

— Zlituj się, Zochn.'!, przecie/ ja o nim tyiko ma- 
rzę, przed nim korzę się w myślach. 

— Właduś, nie! nie! nie! — wołała, tuląc się do 
niego w bezwiednym, instynktowym strachu. Usłyszała 
wyczuł to kołaczące się serce ptaka i zdjęła go litość 
wielka. Posadził ją sobie na kolanach i głaskał obie jej 
dłonie. 

— Pamiętasz, coś mówiła przed chwilą? 

— Co, Właduchna? 

— Zdepcz, powiedziałaś. 

— Ty t^o nie uczynisz. 

— Wierzj'sz mi? 

— Kocham. 

— Nie płacz, nie płacz, 2^ha... Wiesz, dla cze- 
go, — p>tal, ocierając jej palcem łzy z pod oczu, — wiesz, 
dla czego nasze >.\'c\t* jest takie smutne? takie bardzo 
smutne? 

Uniosła mu się w ramionach ; -patrza- 

ła uważnie, pilnie i po chwili potrze:*!.* i^c^i ailnte głową. 

— Nie wiem, — szepnęła. 



97 

— PckMMMć ci rai jcstcte ten iwjący śmiechem 
potwór ? 

Zochn.i <«(.-z^ta ii\gotAĆ na calem ciele. 

— O, ty moieu mnir i bez tego swemi urojeniami 
aa śmierć lamęctyć.— Ja słaba jestem, corai slah a ia . 
Nie widiisa tego, Wladtiś?.. Pami^tasi, jaką dawniej 
byłam?.. Patn, jąkam ja chuda!.. 

Powiódł dłonią po czole, jakby siłą nawracając 
myśl w stronę, dolu|d ona ją ciągnęła. Ujął żonę za 
ramiona, odsunął nieco od siebie i prz>'patrywal jej się 
dhigoi, badawczo. 

— Zbrzydłam? 

Nic nie odpowiedział, tylko nachmurzył si*; i< s/tv 
bardziej. 

— Nie! — szarpnęła się kapryśnie i zatargała go 
za czuprj-nę. — Ty nie myśl. Włada, żebym ja znowuź 
tak schudła. Piersi mam jeszcze... 

— Ah ty !~ Zamknął jej usta mocn)^, długim 
pocałunkiem. — Przecież ty chyba nie wątpisz, że ja nie 
za to tylko?.. iUituj się, Zocha!.. 

Potakiwała pośpiesznie głową, przewainit* na to 
tylko, aby ukr>'ć łzy tr>*skające do oczu. 

— No %irięc?.. 1 czemuż znów placz<>sz? 

— Sama nie wiem, Wladuś... Nie gniewaj się. 
Pochw]i^ila jego rękę i przycisnęła przelotnie doust« 

— Coraz słalMza jestem. Casem całymi dniami 
t3'lkobym płakała. 

Borowski schw>'cil garściami pęki swych włosów 
na ciemieniu i targnął je z całych sił. 

1 stał się pieczołowity, spokojny, dobry dla niej. 

— Poczekaj, położę cię tu na kanapie, okryję... 
Albo, wiesz, do łóżka już cię ułożę. Gorączkę masz, 
biedactwo?.. Zochuu moja!.. Co to za aktorka z niej- 
by bybil Jak to ona bić i zabić tłumy nakazywała !.» 



4,8 

Dusio ty moja skrzypcowa! Spać jui... Spa.ać... 
•A a! — koty dwa, szare bure obydwa... 

Zochna wyprostowała się nagle żwawo, senność 
strzepnęła ręki) z czoła. 

— A chciałbyś...? 

— Nie chciałbyś, — odparł jej kwaśno, domyślając 
się pytania. — Ja mam Zochę i mnie to wystarcza. Te- 
raz zaniosę do kołyski. Hop! — Zimno w nożyny ?Daj- 
że tu jedną, — w kułak schowamy. 

Po drodze, gdy jq w czoło całował, przymykając 
mimowoli oczy, rzekł nagle złamanym, ł)ezsilnym głosem: 

— Wiesz, Zocha, com ja w »•' '''wiU ujrzał? 

— Co. Właduś? 

— Ah, — szarpnął się, — i to twoje ł)ezdennie nai- 
wiir zaufanie. , Co, Właduś?" — przedrzeźniał jej spo- 
kój... — Ujrzałem lego |>otwora, ziejącego śmiechem, 
i zdawało mi się, że ciebie w tej oto chwili wprost 
z ramion jemu w paszczę... 

Rozpacznym ruchem ramion oplotła go w jednej 
chwili jak powój. .Trzymaj mnie!" — chciała, zda się, 
krzyknąć. Pochwycił, utulił, przygarnął... 

— Litości! — Zmiłowania! — wyszeptały jedn«' usta 
wspólną myśl. 



1^'Ji 1 « i " 



Leżał na wznak. Światło czerwonej ampli u sufi- 
tu sączyło ckliwą, duszną, jakby wonią miękkich perfum 
przesyconą mgłę. Rozsnuwały się w niej leniwie i grzę- 
zły długie, kręte taśmy dymu od papierosa. I zdawało 



t^ 



aic BorowtkieaMi, ic ic smc usmy opUują go ncciH 
palmetą, obetwladniają powoli i pnykuwają do kanapy. 
Na tyle głowy, um fdjńe li^ nią o podustkę wspierał, 
ciul mocnr, Irci corai to powobiejtae udcraenia pulsu. 
Ocjy blądiUy po tuftcir, patrtąc jakby w prayctajone 
gdiiei w kądc olbrsymie ddsko kosmaiego pająka, co 
kolciastmU łapami grsebie, snuje i prsędaie swe jado- 
wite MCI ... 

Miękkie uciude beswładu laupialo myśli w bei- 
granicsną bierność, kol>'salo ws2>*stkie 2m>'sły w r>tmi- 
kc nieuchwytną, senną, cora2 to łagodniejszą ; zasnuwa- 
ly się pajęcze nici, klębił>' rólowe nigt>'... Słodka, 
lepka, haszyszowa woh rozchylała usta w leniwej nie- 
nK>c>'; rozupiały się niemal członki. 

.Sen?..- .Śmierć?..* 

Pub już bić przestał . . Uderzył przecie rai jeszcze 
mocno, jakby młotem, w tyle głow>'. Rozchylił powie- 
ki. Tul ponad nim tarzy się ziekmą głębią para oczu . . . 
Płoną i wpijają się w niego okrągłe, wielkie, cirmnr 
oczy I . . 

' — Zocha!?.. 

Poczuł długi, wilgotny pocaiuncK na wargach. 

— Zapomniałeś? — wwionęła mu niemal w usu. 
Skinął głową. .O czem ja zapomnieć miałem? — 

przyszło mu do głow)*. — O czem ja myślałem wprzódy?* 

— Jul nie jesteś smutny ? 
1 znów głową slonął. 

— M>'śl o mnie. Włada. Myśl zawsze lylko o mnie. 
Po raz trzeci chciał słdiiąć głową, lecz zamiast te- 
go wesicłmął głęboko i zarzucił dłonie na twarz. 

— Duszno!.. Ciężko!.. 

Słuchał... Poza oknem turkot zwykły; ciągły, 
bezustanny; toczą się (ale tyda, szumią i pędzą, pędzą 
w dal... 1 nagle u dziwna chwila wieczora, kiedy 



iOO 

w lotkot i pogwary uliczna ^pada naglą ctsn, niby 
ctamy ptak. 

Borowski drgmii i oiworzyi ?*/< i-k' (../\. 

Tam na cirmncj toni skrzy sk; ni«si)«»k»>jnir mro- 
wie gwiazd. A cisza krzepnie, ciężarem wali się na 
piersi, skrzypi w uszach, jak miliony drobnych nocnych 
świerszczy po łąkach. 

Pajęczyna tui przed oczyma staje się połyskliwą, 
złotą, wonną. Bije ten zapach... 

— 21apleć włosy, Zochna ! Zapleć ... 1 nie patrz 
uk!.. Idi, zostaw mnie. — Idi, otwórz okno... Posłu- 
chaj, — majaczył na pół senny. — W takie kryształowe 
noce, gdy cisza znienacka opada, słychać czasem . . . Nie 
widać, tego nigdy nie widać! — Głosu po nocy nigdy 
nie wydadzą . . . Ale z góry, z pod gwiazd, łopotanie 
skriydeł czasami ucho pocliwyci... Żórawie ciągną... 
Wiosna ! 

Przegięła się leniwie w tył, — upinala włosy. Po- 
czem powstała cicho i odeszła jak ciert. 

— Zgaś to światło! 

Drgnęła. 1 ją jakbj' przestraszyło w tej chwili to 
czerwone, ckliwe światło. Gorączkowym, niechętnym 
ruchem ściągnęła na dół amplę i zgasiła ją czemprędzej. 

Otworzyła okno. Borowski, nie oglądając się, 
czuje, jak stoi tam biała we framudze okna i w obna- 
żonych ramionach ukrywa twarz. Po chwili spytał sen- 
nym, znużonym głosem: 

— Płaczesz?.. 

Milcz}', nie chce odpowiadać. .Zocha?* — szepnął 
po raz drugi. 

— Toś ly I . . ly ' /'• nini< t.ik.i .i«v\ml!.. 

1 zerwało się w y\ '\v"\^\\\--\\ \>\--\^\a\:\\ serdeczne, 
bezradne łkanie... 




ochiia suU wctąl jeszcze przy okni«- 
i Uumila z wysUideni płacz. Mąź 
zact.i {>ochmurnetii zapamicUniu ; nie mówiąc ani 

tlowa, prz)'goCowywal się do wyyicuL. Wdział jui pal- 
to i rękawem ayiak kapeliisz, gdy ona wydała cieli \ 
oknyk i cofnęła się c zempr ędzej w głąb pokoju. Bo!.» 
wskiego i to nie w>'prowadziio z równowagi; zbliżył 
się powoli do okna i wychylił się na ulicę. 

— Durert! — mruknął przez zęby. — A ty ubierz 
się, lub kii do łóżka, bo się zaziębisz ! . . Powiedz-no mi, 
czemu len Kunicki woli tam pod oknami marcować, za- 
■yast tu do nas na górę przyjść ? Oj, ci doktrynerzy ! . . 
Jakiet te ich uczuda i afekty są nieszczere, podziemne. 
Brr!.. On d pewno broszurki i tendencyjne powieści 
pnysyla. Co? 

— Daj mu pokój, — szepnęła dcho. 

— Pro-oszę! Rozrzewnił?.. 



lOM 

— Dnwmcj bardzo go lubiiam. Brak mi i;* ł»yi<» 
poprostu. Miał taki spokój, taką dobro<i bezinu k .suw- 
ną... O, i my kobiety potrzebujemy czasem przyjaini, 
tylko przyjaini ! Ale wy mężczyźni tego nigdy nie zro- 
zumiecie. 

— Bagatela! Żona potrzebuje przyjaciół. Daruj, 
ale to j ul operetką trąci. 

— Oj Władek, myśmy zaprzepaścili przyjaźh wza- 
jemną. 

— No, a Molier? Czy i on?.. 

Przymrużyła oczy i zagryzła wargi jakoś boleśnie. 

— Bardzo mi go żal. 

—i A Jelsky ? — indagował mąż. 

— Jego się boję. 

— Oh, ba!.. Ty ich wszystkich możesz j#r!nrm 
skinieniem sobie pod nogi... 

— Władek!.. 

— No? 

— Czy ty nie czujesz, że to jest wstrętne, co mó- 
wisz w tej chwili? 

Wzrusz3'ł ramionami. 

— Mam oczy, — widzę. Do zazdrości nie mam 
tymczasem powodów, ale takie rzeczy mszczą się — 
flirt, niby. 

Nen\'Owym ruchem poczęła nagle dłortmi twarz 
i czoło sobie wycierać; a potem jakby z ramion, z rąk 
coś zetrzeć, zmyć pragnęła. 

— Idż już, idż! Tyś się mną d^js ju^ i.r/< sycil 
i zaczynasz mnie traktować jak... — Osuit.J' - "• 
Icrzeslo i ukryła twarz w dłoniach. 

Zatrzymał się na progu i, spoglądając uważnie na 
żonę, wydymał wargi. Wreszcie aktorskim gestem na- 
rzucił kapelusz na tył głowy. 



S^^n < .i{. IM. •! — mruknął, uktócU tac na P*C<^ 
i \k'y%Łvx\\. Lx clmii^ jrdnak hyi ł powrotem, niosąc 
w r^ku IttiBJi garść kwiatów. 

— Na tkMDtaacr w lieni Iriulo... N.i Mullrra i<>s 
l»ardio patny. Białe lilie!.. To ■•('Ł;t suchotnika. 
Gmąl kwiaty niedliale na kanapa. 

^ Primttdttufff kohfy to, 
Zm jtdm kmimt ^ołrcuk Jtf9. 

Mnucil na pociekaniu kuplet, le zJośUw^^m »micchem 
o<lbijając kaidą igloakc. 

Ale iony nie było jui w pokoju. 



m^^^ 




O piętro niżej spotka! tic oko w oko z Jelsk>'m. 

^ Ikt isi «•/•/— ude««>i wc prxcbu»glc Jelsk)*, 
rad niby, źe nie potrzebuje się fatygować o piętro w>-- 
źej. —Jak się masz. Borowski, — wolał, podając mu rękę 
izrroko, po bursiowskn, z niemiecką dobroduaznością. 

.Będziemy pili!* — pomyślał nie bez zadowolenia 
Borowski, który w mowie ludzkich gestów czytał jak 
w otwartej księdze. ,Od niego bije zawsze glans, jak 
od o fi cer ski ego buta,*— dodał w duchu na widok sta- 
rannej toalety Jetoky'ego oraz jego c>iindra. Tego stro> 
jn głowy Borowski nie zno«l, uwalając cylinder za .złe 
copcysko.* — Przed tygodniem wypili obaj z Jebk>'m na 
iMraterstwo, to tet fratemię akceiitowali teraz usilnie,. 
dodając do katdego .ty * nazwnko. 

— O wilku mowa, a wilk tui, — wiuł g'> B"'"^-^kł 
glotoo. — Praed chwilą mówiłem o opinii pu! 



f- 



rf»4 

— 0{>inia wiywa cię do swego wars2t ir- 

nia — IUIS2 stół... Bcdiic, uwalasz, mcc zna 

liczy<} rcrtslde, burgundzkic, sekt krajowy ; — oraz młoda 
wasza, polska sława... Ktranźcrck, miodziucłiny autor 
dramatyczny . . . : — kalkuluję szampan. Idziesz ? 

Ik)ro\vski zwiesił wargę. 

— Autorkowio dramatyczni mnie dotychczas szu- 
kali. 

— O, on prosił cię, bardzo prosił, chciał poznać, — 
łagodził Jelsky. Ujął go pod ramię i wyprowadził na 
ulicę. — Cuda o twojej grze tam w kraju opowiadał. 

Gdy skrócili w boczną ulicę, spostrzegli po drugiej 
stronie Kunickiego. Nastawia! kołnierz i stara! się 
ot>ejść ich kołem jak dzik. 

— Szacunek doktorowi!... 
Skrzywił się i powitał ich niechętnie. 

— Opowiadają sobie ludzie, że doktór przenosi się 
stąd, wyjeżdża do SzwajcarjM? — rozplątywał Jelsky. — 
T^om nie przewidział, — zaśmiał się, nie dając mu 
dojść do słowa. — Przeszkody wprawdzie nie przesko- 
czył, ale się pod nią podkopie i wygrzebie się pr7'''Ii"* 
na prawowitą drogę rozsądku i karyery. 

— Pańska złośliwość zaimponowała mi raz tylko 
w życiu, w dodatku po ciężldem winie, — odciął się 
cierpko Kunicki. — Co porałila Mnllir? — zwrócił się do 
Borowskiego. 

— Pluje krwią, pije i pisze. 

— Bajeczną, potężną rzecz, — dorzucił Jesky z na- 
ciskiem. 

— Wiem. 1 dla tego robię wszystko, aby prze- 
dłużyć to krótlcie życie, póki się da. 

Borowskiemu rozpromieniła się twarz. — ^A wiesz, 
jak-e4 to doktór byczo powiedział! jakie to spokojne! 



i.iki Ki ..k^rtinnu*! jakic inocae!.. Ciemu on nie 

— Środki nakiły ńc dwukrotaie. PrweciL 

— Zuch!— ticteai>'ł się Borowski 

— Mówi, ie fo tu coś tnyma, aOcobol w gardło 
wlewa i le mu się w tej roi|Micfy lepiej pisie. 

— Widiisi pftn!.. — Borowskiemu rossxerz>'ly się 
noidrsa. — 1 to jest bycse, poCętne i tym MoUerrm! 
Wielka dussa! 

Kunicki waniaiyl raminnamL .Smutna,* — poprawił. 

— My 1 żoną lubimy go bardzo. 

Kunicki podniósł na niego oczy. — «Co się z tym 
cziowieidem suło! — przemknęło Borowsldemu przez 
myśL — Pod nudnem połyskiwaniem okularów tego kre- 
u kr>'ją się samie, źałośliwe oczy.* On tymczasem 
otwierał jul usta, ale zdec>'dował widocznie inaczej, 
gdyż macłmął niedl>ale ręką. 

— A może tak \&»t dahrif, — mruknął. — Mnir uk 
być powinno. 

— Co takiego? — zaint* ił się Jebky. 

— Ot, caiy ten sonitek zyaai Mote on jest ko- 
nieczny? Moie ten jeat potężnym, kto go bojną dłonią 
sieje? Może z t>'ch właśnie nasion wyrastają najszla- 
chetaiejsze kwiaty? 

.ln.iczej to brzmi niż wówczas na przedmieściu,* — 
pomyślał Borowski i nie czuł już do niego ani denia 
niechęci. Miękkie, szerokie jego wargi wyrażały w tej 
chwili tkliwe, kobiece prawie, współczucie. 

— Chodi pan z nami I — krzjrknął, chw>'Ując go 
odruchowo pod ramię. 1 wraz z tem dotknięciem w>'- 
csnl instynktem aktora, że lego człowieka smutek wtrą- 
cił w jakąś niemiemą bierność, że gotów iść waaędzie, 
robić, co mu każą. 

7 



19$ 

— Mpgc, — <'<i|Mi I. J.i jii/ «»«i uu<'cłi tygodni mc 

pracuję wcale i \nt niMMir mi; waIrs.iIH. 

— Chodi pan do kawiarni. Pójdziemy potem gro- 
madą na Yvrttc. 

— A któż to jest Yvetta? 

— Jakto, nie wiesz doktór ? Szansona — bycza ! 
Yvetu Gilbert. 

— Ah! Tynglówka? 

— Fenomenalna, nadzwyczajna, boska! — entuzya^^ 
mował się Jelsky. — Księżna cynizmu współczesnego! 
pani ostrych zgrzytów!.. Wiecie, jej cynizm pada po- 
dobno, bryzga, chlapie wprost w gęby słuchaczów i wi- 
dzów, — a ona czysta zostaje. Czysti, dumna, karząca, 
— jak sztuka. Crta veut dire quflque chose. — col,. Rę- 
kawice nosi aż po pachy, — czarne, okropnie czarne 
i połyskliwe. 

Suknia — wiesz doktór — ni za długa ni za krótka 
jak na szansonę: matematycznie jakby wykreślony ten 
właśnie największy smaczek... 1 brzydka! — tą właśnie 
fascynującą brzydotą, potężną jak kaprys mbtrza. O, to 
zacielcawia, rozdrażnia, bierze! Nie wiem, ilu ludzi 
w łeb sobie dla niej strzeliło, ale gruba, gruba liczba . . . 
Jednem słowem, boska, nadzwyczajna kobieta! L$ gśmU 
du stxel Dos kaiśgorischf Imperaih' ! Nosi czarne maj- 
teczki. 

Minęli tymczasem zaułki i wydostali się na bulwar. 
Uderzył ich w uszy huk i zgiełk, przed oczyma rozto- 
czy\ się świat jaskrawy i rojny. Wpadła w ucho mu- 
zyka, zrywająca się co chwila w skoczne tempo i toną- 
ca w turkocie ulicznym. W takt jakby tej muzyki, pod 
świeżą zielenią drzew bez cienia, ostrą, dziwną i jakby 
zastygłą w jaskrawem przepojeniu sztucznem światłem, 
roił się i przelewał czarny thim. Na ciemnem tle mę- 
skich sylwetek koł^^sały się mieniące i barwne kapelusze 



ft>'y 



kubirt, wuMit.ll jcdw.it), si< ifMii^ NUKiiie. Wjdhu lujcy 

p^d^ih |iik wichry diugir jasno uświctioae wagooy 
tramw.tjou «-irkiryctnych, doroźJd tnuly nc w nicskoA- 

Jeiiky iMityl m^ do Kiinackie(o i, Mąc cygaro, 
•irpuł mu na ucho: 

Horror M«t... wiesł doktór, — w ri2>'ce ind* 
naowiecmei. Warto tę «lc wikneiać dla wytiómacic- 
nkk wipókaemych don. 1 potęgi kobiet dzisiaj. Ko- 
biety stawały się zawsze potcine wtedy, gdy idee się 
kiircs>»>y i zasychały w doktryny. Dla czasów i ludzi 
iywych mają one tylko wartość marldetanek na postoju 
DocoyiB. 

— Jdaky cytuje oczywiście Moliera, — wtrądl Bo- 
rowski, posłyszawszy ostatnie słowa. — Wogóle, radzę 
bliżej poznać MoUera. Odkryjesz doktór źródło ek>- 
kwencyń i erudycyi wiehi dziennikarzy . . 

— Potwarz ! — oponował Jełsky i uctlcnął Borów- 
«l(i«>fnu cygaro w usta na znak, by mikzaL 

...Oraz niewyczerpany sicład scatencyi, tyczą- 
c>'cł) się kobiet, — mówił mimo to Borowski — Wielld, 
lecz dziwaczny łeb siedzi na tem sudiotnicsem ciele.— 
KoiMcty, — mówił, naprzykład, mey żonie; — są jak żuki: 
składają najpłodniejsze nasiona w to, co prócłuiieje 
i gnije. — Prusy, — mówił innym razem, — są dla tego 
najpotężniejsze w Europie, ponieważ pruskie kotńety są 
najgłupsze na świecie. — liollerek, cłioć Niemiec, nie 
cierpi Prusaków. All>o raz, pamięum: kobiety dawniej- 
si perfumowały się ideą, ciągnęły do żelaza i wszyst- 
kie razem cuclinęł>' krwią ; — dzii^ejsze spryskują się 
sztuką, ciągną do złou i wszystkie razem śmierdzą pro- 
stytucyą... NnniśmM giorm - tmfido, — Mówił dziś 
o Yvcde,— jest kobieu artystka, kobieu droga i cudi- 
nąca, jak wszystkie ścieki życia razem wzięte... Molier, 



--kortciyt Borowiki, — nienawidzi kobiet, poniewal jest 
erotomanem. 

Kunicki parsknął suchym śmiechem na tę ostatecz- 
ną i najgłębszą sentencyc. Ale śmiech jego zerwał się 
nagle i uciął jakby pośrodku. Na twarzy jego odbiło 
się takie ogromne cierpienie, że Borowski nachmurzył 
się, a Jdsky skrzywił z niesmakiem. 

— To jest otchłań, — rzeki. 

— KobieU? 

— Nie, ona jest najczęściej kałużą, — tvlkn nasze 
myśli i uczucia dla niej. 

— 1 to jest niezłe, — notował w myślach Jelsky. 

Tramwaje elektryczne - po asfalcie z su- 

chym pluskiem, w równych i..wi..v.i, jak łodzie parowe 
|>o zaskrzeplej powierzchni stawu. Dzwonki grały. Po- 
wozy bi^ł>' lekko i równo; miarowy grzechot kopyt 
końskich wybijał się ponad krótkie okrzyki, dzw< ' 
świstki, gwar i huk tłumu. Kiedy niekiedy zadudt 
głucho trąbka i z niecierpliwem warczeniem potworne- 
go żuka przeleciał jak strzała dygoczący automobil. 

Z ciężkiej machiny omnibusu wywinął się chłopak 
w dżokiejskiej czapce, stosem gazet jak chorągiewką 
mignął i wrzasnął: 

— Katastrofa w Nowym Yorku!.. Zamach anar- 
chistów ! 

I tem wołaniem jakby echo zewsząd zbudził. 
Wzdłuż i wpoprzek ulicy rozbicia się krz>'kliwa banda 
kamlotów. 

— Katastrofa w Nowym Yorku!.. 

Skłębił się, zwichrzył, poplątał tłum na trotuarach. 

Porywał ten gorączkowy wir, ten kierat prlnv 
zgiełku, krzyku i tumultu; krew żywiej krążyć p«H/\- 
nała, ruchy stawal>' się w tłumie giętkie, elastyczne. 



iOC 

Caily lif myaly* ~ Muzyka w tąttednief kawiarni gra- 
ta co4 I Gurmen. 

, To-n^-ador ! To-re-ador ! * — - bra^cialo w usnch 
jak natrętna mucha. 

— KataM^a w Now^in Yorku!.. Straasaa ka- 
tMiroCa!. 

Ponad rynaiwiociii poiuw«i «ic igarbioay, ogrook- 
iiie obofęlny i fftncliy na wtiyatko ttanec: — tsnkal 
w idaku od|Midków od cygar. 

— Patrzcie, ~ wolał Kunicki, — oto jeat człowiek 
w maricte, który dziełem twojem żyje. 

— Dobry ! — aprobował krótko Jeialcy i rzucił ttar- 
cowi dymiący jeszcze ogarelL 

Kupili gazetę. Kunicki wetknął w nią nos na dłu- 
go, Jeliky przebiegł ją oczyma i oddal Borowskiemu, 
ten spojrzał od niecłicenia i oddał któremuś z prze- 
diodniów. 

— Słuduj, Jełsky, czy ten nasz autor dramat>'cz- 
ny... czy on mnie widział w ,Kupcu weneckim'? 

— Widział. Tam się dopiero lK>tlować musi 
w New-Yorku! 

— A w .Piętro Caruso*? 

— Widział, wsz>'stko widziat Chciałbyś, Boro- 
wski, być kiedy świadkiem czegoś •ocial-p)Totechnicz- 
ne^o? 

— A co mnie te hece! A w .R>>8zardzie' ? 
Ktoś im się ustawicznie w drodze nawijał. Przed 

ocz>ina przesuwał się jak mewa wielld, biały kapelusz, 
rmcala się natrętnie w oczy fioletowa spódnica pod 
janą suknią, bucłialy niemal czadem duszne perfumy. 

— Idi, duszo, precz, idi!.. 
Wskoczyli do kawiarni. 

Wionęło na nich parnym oddechem tłumu i zadu- 
dniało w uszach od pogwarów ludzkich. Jełsk>''emu 



tto 

i Kunickiemu zapotnialy w jednej chwili binokle. Boro- 
wski roiglądal się niecierpliwie w toni światła i ostrych 
reflekiów od złoconych ram, krytzulowych żyrandoli, 
purpurowych kanap i jaskrawych fresków. 

Tui za nimi, wskoczył kamlot, wysadził się na 
środek i okrzyknął jak herold: 

— ExsirahkUt t , . Najnowsze depesze z katastrofy !. . 
dwieście osób zabitych i rannych... Teatr wysadzony 
w powietrze!.. Exsłra6iałtf 

A muzyka grała: 

— To-re-adorI To-re-ador! 

Borowskiemu rozszerzała się pierś, wyrywał się 
z niej wielki okrzyk radości: 
Życie I źyri#»'.. 



^UmnUjąc głowę przed obcemi twanani, 

Jmnikiuil kilkakrotnie swe nazwisko. Kilka* 

^Lr,^J nafcie par ocsu patrzało na niego ; podni^- 

' cało to Borowskiego ostatecznie; a tf czul 

się w pierwszej chwili nieco satenowanym, zrobił wi^ 

nooszalancyę. Rzucił się w głąb* kanapy pod ścianą i, 

nie zdejmując kapelusza, zsunął go na tył głowy. 

— Co się pije? — spytai 

Nikt nu nie odpowiedział, wszysc>' rozprawiafi 
krzykliwie o zamachu w New-Yorkn. 

— Co słycliać w kraju ? — zwrócił się tedy po pol- 
sku do pana w dtogim tuźurku, nader obfitym krawacie, 
jasnycli kamaasacb i w c>'lindrze na głowie. .Inaczej, — 
mjfilał, — nie może przecie! wyglądać młody autor dra- 
matyczny.* — Co słychać u nas? Pan dawno?.. 

~ W kraju?.. Młodzi poed piszą nowe wiersze, 
starzy krytycy pieszczą się starymi wierszami Tyle 
w ruchu tpołeczn>*m. Pan X w .Dzwonku codziennym* 
prwpisBl artykuł z Fmm. zaś pan Y w .Dzwonie ty> 
godniowym* rozprawkę z CotUtmpormry Rniłw. 



UJ 

Oiywili ruch umysłowy na cały iy(izirn. 
godniki ijawiają się co tycbirh, co tydzień b} u i ^< /u ni 
kawa* i co tydzień .herbata"; to wszystko uśpiłoby 
ruch umysłowy brznn \ fco nie orzeźwiały 

poniekąd pojedynlci, pi. , .. ..i...j.,», ,i«; co tydziert. Prze- 
lewa się to jak piasek w klepsydrze z niezmierna do- 
Idadnością 52 razy do roku. 

.Aha, — m^^ilał śmiejąc się Borowski, — takib ty 
numer !* — A pan skąd obecnie, jeśli spytać wolno? 

— Jaa?.. Z Par)'źa. 

— Pisał pan co? 

Autor zasłonił się dłońmi, jak przed osobistym ata- 
kiem. 

— Nic! Nic, panie. Żyłem tylko moimi nerwami 
artysty... — I strzeliwszy dymem cygara w sufit: — 
Zresztą, moje .Przeznaczenie" będzie grane w Par>'źu. 
Czytał pan moje .Przeznaczenie"? 

— Nie zdarzyło się. 

— Zna pan Coquelina młodszego? — pytał pan 
Turkul, nie zmieniając głosu ani o pół tonu. 

— Napluć na Coquelina ! — obraził się niespodzia- 
nie Borowski. — CoqueUn i Coquelin ! Mało aktorów 
bywa na świecie! 

Zdziwił się niepomału, usłyszawszy poza sobą ró- 
wnież polską mowę. 

— To pan jest Borowski? — wołał ktoś krzykliwie^ 
w pól go obejmował i niemal źe w ramię calowaŁ — > 
Ja pana widział w kraju, na scenie ... O, to jest gra I 
Napięcie, siła ! — wołał, wymawiając forsownie, lecz 
miękko te mocne słowa. — Ja pana szanuję, panie Bo- 
rowski. Oni wszyscy falsetem biorą, pan piersiami, ser- 
cem!.. Ja jestem malarz — Pawluk... Oni jak lisy — 
wUktftit — a ogonem zatrą. A sztuka to jest siła, panie 
Borowski ! 



"i 

1 wydął pKidą w tiól. Borowski nic wiele iroiu- 
\\ X tych w)'lewów lemperaaietilu ; nie wiedmi, kto 
i po co merda ofooein i po co laciera. Mimo to pan 
Pawluk chwycił go xa terce. 

— Wien, pan Borowski, ja dic^ nanuUować anar* 
diic. Pan to aroaumie. Ot — teatr wysadiiK, ~ sstuku 
arobili ! ~ Ha ? Tak srobic, u%raiasx, — rosloźyl ramio- 
na, gotując się do sicrokich gestów, przycsen ode* 
pcfanąl bei ceremonia sąsiadów po obu stronach. — Blia* 
sto ! . . Wieczór ! . . Cienino. — Domy, domy, domy ! . . 
Błyski chlapnę tu ! tu ! — tam ! — Wieie. — Kominy. Dymi 
się. Kłębi ! Csujess, jak się Idębi ? . . Zasnuło wnystlw, 
wss>*stlco! Nic nie widać; — demno. A na niebie gwin* 
sdy. (Roało2on>'mi palcami dłoni rzucał gdziei przed sie- 
bie gwiazdy na imaginac>'jne tło). A tu na przodzie — 
on — morda ! . . Jul ja ci, brade, dam mordu ! — Złość, 
nienawiść, szał! Siiła być musi! I... (z przymrulonemi 
oczyma chwytał coś z powietrza w niespokojne kułaki) . . . 
podpinę ^Anarchia* — lakodciył wressde i odsapnął. — 
Bo « mnie, widan, pan Borowski, farba ma bfattk ! po- 
łysk — al.. Ja robię tak: asfalt, berlinerbUu i — zuch! — 
śmiało trzeba... Farba trzęsie się, świed!.. Bo nasi 
malarze to mmosaeayki, nie artyści. 

Ogłuszyły Borowsidego te twórcze erupc>'c rodaka; 
nie wiedział, co na nie odpo%nedzieć. Z drugiego końca 
stołu odezwał się t>*mczasem głos cudzoziemski, spokojny 
i nirdl>aty: 

— Pawluk maluje oczywiśde językiem! Nie męcz 
ty ludzi i zwili lepiej język, bo farbie twej zabraknie 
wnet blasku. 

Mówił ktoś, kogo Borowskiemu przedsuwiono jako 
pana von Hertcnstetna. Siedział na kanapie niedkuUe,. 
w posycyi pół leżącej, bialemi dłoiUni unosił kolano 
i z wyrozumiałą derpliwośct.! na twarzy słuduł opo-> 



\^ 



"4 

wiiidnrt jaldegoi cicnitwrgo mlodzirrtcn o tłustych po- 
liciknch. .Mecenas* — zgadywał Borowski i .poprawif 
czemprędzrj twarz, jak ktoś, co, wchodząc do sakmu, 
|)oprawia krawat i mankiety. Tenie instjmkt starego 
naw}'knicnin sprawił, źr Borowski począł nieznacznie, 
boczkiem, podsuwać się na kanapie w tamtą stronę. 

Młodzieniec opowiadał o czemś gorączkowo, ustę- 
py widocznie bardziej intymne szeptał na ucho; przy- 
czem z miną i zwinnością wiewiórki obgryzał żarliwie 
paznokcie. 

— Fenomenalna histeryczka, — rzekł wreszcie pan 
von Hertcnstein. — Ty zaś jesteś wybitnym' " i... 
Nota bene, jeśli to wszystko jest prawdą ... to, 
napisz, — kortczył, klepiąc go po ramieniu. 

Młodzieńcowi przerwał Pawluk, którj" przewinął 
się szybko między stołem i kanapą, znalazł się na dru- 
gim kortcu, przysiadł, a raczej przykucnął przed panem 
V. Hertensteinem i wgadywał się gorączkowo w jego 
sympat>'ę. 

— Pan drwi sobie z moich kompoz>'cyi. No, zoba- 
czycie kiedyś!.. Do dyMbła, ja czuję, że oni wszyscy 
nie to malują, nie to, co trzeba. Czuję — o ! (począł się 
bić kułakami w piersi). Mnie nie szkoła, a źy-cie uczy. 
Ot co!.. Mnie trzeba jeszcze was literatów zgr>'źć, 
przeżyć i... i ^"ypluć potem. 

•^ Bardzo ujmujące! — odparł pan v. Hertenstem 
i odsunął go łagodnie od siebie. — Ty lepiej ich nie grjr* 
i wypluj czemprędzej, t>o się nimi już dławić poczynasz. 

Pawluk szarpnął się oburącz za włosy. 

— Nie rozr-" • • flegmatyczne Niemcy! 

Pan V. He I 1 począł się rozglądać po obec- 

nych. 21męczony jakby dotychcns i opieszały, ożywiał 
się w oczach, patrząc nn Borowskiego. Nagle zerwał się 
i n.tlal mu wlti.i do kieliszka. — Borowski mt.il ochotę 



cmoknąć •okńt na pochwala: .Wiiąlm go nilciącą fc- 
bą — na o<Urflo4«!« 

— O pAaa tlytnleni, — mowil pan v. litrrtrn- 
Mrin. — Zmanierowano ni chłopca, — nawiąiy^ai na- 
cyduniaat romowę, wikaaując bei ceremonii na czcr- 
ttwefo mlodiiettca. — Ale pnedalawiam panu obiecu- 
jąccfo autora konfiakowanych la pomograrię noweL 
W kookurae ,coupa de grtoe* pobiłby go mole Pre- 
vott, natoanait w rekorcŁoe .coupa de force' znuźy 
najbardncj lalromfgo ciytelnika . . . Spojrzyj-no pan pro- 
aac na te tryskające adrowiem poUcikL 

Śmiech chóralny nic dal młodzieńcowi Ąoyi^ do 
alowa. 

— Moj kochany, — perswadował mu spokojnie Her- 
t en st etn , — nie rób ty z siebie literatury : nie kaź nam 
wierzyć, le twoja literatura ma cośkolwiek wspólnego 
z twem żydem. Gdy staniesz się naprawdę cynicznym, 
będziesz pisywał rseczy sentymentalne i poczniesz roz- 
(Loerać szaty nad zepsuciem — w sztuce ... My wiemy, 
co to jest literatura młodych ludzi. 

— To jest siiła ! — krzyknął malarz i wyskocz>*ł 
z kraesla jak z procy, aby pobiedz do Hertenstetna. 

— Literatura młodych je»t jak młode wino, — 
rzekł, a raczej ziewnął jelsky. — Cały smaczek w pierw- 
szej (ermentac>i. 

— Literatura jest jak kolcoCa, — bąkał nicwyrainif' 
Molier, żując ąw zębach papierosa. — Ki<dy jest przr- 
aomą i dalekowidzącą, nosi się skromnie, dba o opinię 
i stara się o^ddie względy atarnydi panów. Gdy jest 
■loda i plodia, IuIm nadto modne stroje, nosi zbyt wiel- 
kie dekolt)*, naraża się opinii; czem zyskuje entuzya- 

sjnnpatye młodych ludzi. 
Jeblcy aUamal ręce. 



nr} 



— Zlituj-źc się, MullłT, ly iiiodiugo cały świat po- 
jęć otoUs2 sobie erotyzmem. 

— Literatura neo-romantyczna, — odezwał się autor 
dramatyczny i uniósł się na krześle, aby go dobrze wi- 
dziano, — literatura neo-romantyczna, zerwawszy wsz>'8t- 
kie zwi.-^zki z życiem, stała się alembikiem na książkach 
i dziennikach ; poezya — t^o alembiku destylatem. Dra- 
mat jedynie pozostał prawem dzieckiem życia. 

— Dramat jest łatanym kostyumem w rekwizy- 
torni! — parsknął Borowski. — Wtedy coś wart, gdy się 
dobry aktor w niego ubierze. U nas, bywało, w teatrze, 
na dramatach smażyliśmy sobie befsztyki ! 

Wszczął się więc spór o pierwszeństwo poezyi, 
dramatu czy powieści. Wśród wrzawy, Icrzyku i brzęku 
kieliszków obrzucano się modnemi nazwiskami, cytatami 
i naprędce kleconymi aforyzmami, niby garściami confetti. 
Pan von Hertenstein, leżąc niemal na kanapie, pieścił 
w dłoniach swe kolano i raczej patrzał, niż słuchał; 
bawiły go, zda się, bardziej gesty i okrzyki "ntili treść 
zdań, i nie mniej od tych, co się sprzeczali, ci. co mil- 
czeć potrafili. 



Ale dziennikarz Jelsky krzywił się czegoś i gryma- 
si! nad winem. Dla ni^o były to zbyt ograne melodye. 
»Albo pić lepsze wino, — myślał, — albo dowiedzieć się 
cz^oś now^o ! — Jest tu trzech Polaków, niechby 
o swoich tam śmieciach coś powiedzieli. Da sio może 
zrobić artykuł." 

— Mój Borowski, — zaczął tedy u>ii.i>MiK-, zda- 
leka, — u was podobno niema kawiarni? 



— Nimia. 

— B6j Mc Bocat 

— Ciy to ile? 

~ 1 t)' pytati? — Tan, fdnc nimui kawuimt, 
wtiyttko, co twórae, a lamotnfm być nie potrafi, wkur- 
esy nc, wfrstteie, da ńc wn^ć w obmiersle idealild 
nietacalkstwa . . . No, a tyogle macie? 

^~ J^at l e ci eH i 

— S tr acicie go, by nie upadł ! . . No, i cói wy uni 
jfifcir macie? Kobief>' Udnc...? 

-Są. 

— To nc wie. Jcicli kiory s panów twórców, — 
ywr<M-ii ti^ do obccnych, — życzy sobie zaznać nadzwy- 

!i transów, radzę zakochać się w Polce. (Tu Jel- 
aky poczuł z prawdziwą satysfakcyą ostre spojrzenia 
Kunickiego, Moliera i Borowskiego). — Pom>-ilcie t>'lko ! — 
najwickase imiona wielkie racz>'ly robić tu reklamę: 
B>Ton, Shelley, Heine, Lenau, Napoleon, Siopen, Midde* 
wics, Balzac... 

— MiUócker, — zadowofil tię krótloem odcięciem 
Borowski, i zanucił na pocsekaniu ar>'jkę z BHtH- 



— No, .1 t- .i!r ' Aktorów musicie miec nadzwy* 
czajnych ? 

— Tylko repertuar przynoszą nam raki z Euro> 
py, — wtrącił autor dramatyczny. — Nad rakami czuwaj.i 
angii — '^i'"nnikarsc>'. Muza komcd\ń, ze8tarzawsz>' się 
we I , . przyjęła u nas funkcyc guwernantki i w)'> 
prowadza za scenę dziecinny dramat Szekspir, zroę- 
csjrwaiy się sztucznym entuzyazmem Berlina, przydiodzi 
od caso do czasu przespać się na scenie warszawskiej. 
. Siekspiia grywają u nas rzadko, poniewai autor nie 
b3rwa na .czarnej kawie*. 



— ytry wiUI •— JcUky ożywiał lic jak rtęć i %ir>'- 
cuigal jul notes. 

Borowski zerkał tiokiem na mecenasa i rozumiał, 
te jemu milczeć tu nie należy. Gotował się* więc i on. 

— No, a literatura? — indagował Jelsky' z ołówkiem 
w rckti. — Co robią nasi pisarze? 

— Leją przeważnie w puste miecłiy współczesnych 
dusz tęgie stare wino, — odparł Borowski, przygotowu- 
jąc twarz do mimiki. — To też przeszłość przypomina się 
nam żywo, .rozszerza piersi". Czasami — rozszerzy pier- 
si i przypomni się zanadto, jak to zwykle b^^wa po wi- 
nie. Ale my to wszystko połykamy z powrotem, ponie- 
waż cenimy tradycyę jako sakrament — Poza tradycyą 
dozwolone są tylko myśli o biedzie i połączone z nią 
sentj'menty, ponieważ charalcter narodowy tycli poema- 
tów odczuje nictylko głowa ale i kieszcrt, która jest 
zawsze najbardziej narodową i sentymentalną. Recen- 
zent siądzie na książce i wie, że ma do czynienia z ten^ 
denc}'ą sympatyczną, która, jak czuć najwjTainiej, ni- 
kogo nie uraża, nikogo nie kole. .Nie wnosi przeto roz- 
terki między warstwy społeczne. Aby spokój, aby har- 
monia ! Bo oto czyha na nas hakatysta ! Zbijmy się do 
kupy jak owce, — nie połknie nas dzieciożerca. A jeśli 
połknie, nie strawi gromadą..." łagodni Słowianie, 
przywykliśmy od wieków bronić się przeciw zachodniej 
Iculturze płodnością. Już w uniwersytecie zaopatruje- 
my się w róg obfitości i — co za tem idzie — w dumę 
i ostrożność ojca rodziny. Jeśli się potem jalde myśli 
w nas rodzą, zanosimy je wnet ze skruchą pod małe 
nóżki tłustego banidera. 

— Więc ł>ogatc mieszczaństwo ni*^ tuM u was no- 
wj'ch myśli? 

— Tego nie można powiedzieć. Widzisz, Jelslcy, 
pieniądz rusza się u nas żwawiej niżli nauka i sztuka. 



ti9 

nic dtiwncfo, tt i my*) ruchKwtią y^*^' nim ttc tujr. 
Mifiiifiiittwn nic lubi tylko samocL . <wUtzcia 

:v.i']acowych porodów myśU i, gdzie inoźe, unuidia 

a^tucme poroniraia t nMrr'--—--— h akutaó^ck* 

Nie pmtdndn to tym pai ; instytucyii 

dk porodów fenomenalnie jul twardych i uciążliwych, 
dsięb którym pnycbodią na twiat wielkie i ciężkie ko- 
h^ły rasy gennaóskiej, machiny w>tnymale, juczm* 
I t '^zplodne jak inuly!<»Jctt i nauka w kraju, wbrew 
prasie i naprzekór spoleateóstwu ! 2Uośliwość tę za- 
wdzięczamy (inansom. 

Jeliky skoczył z krzesła i nalał Borowskiemu wina. 

— Co za aktor kapitalny ! . . 2/c wszystldch etran- 
terów najbardziej lubię Polaków : nikt tak namiętnie nie 
•ikahije stosunków swego kraju, jak oni... .Mój Borow- 
ski, a kto tam u was zajmuje się właiciwic literaturą, 
cz>*tuje książki? 

— Kr>'tycy i panienki. 

— A kokoty nie? 

Kokoty boją się jej, ponieważ jest zanadto cno- 
•'^e u^ nawróck i wykoleić w życiu. 
f fertenstein wtulił się w kąt kanapy i pa- 
trzeli r a)*m wzrokiem na Borowskiego i Jcl- 
sky'ęfo. 

— Jelsky, jestem dumny z twej przyjaźni. Chcesz 
się csego napi^, Jeisky? — pyuł raczej z przyzwycza- 
jenia, gdyż na stole stalą pefau butelka. 

Ale Jeliky'cgQ pochłaniał już calkowiac mierview. 

— Skortciyliżmy aatem z literaturą i nauką, — odli- 
csal na pakach. — No, a malarstwo? Co tworzą ma- 
krze? 

— Om ... ^ ortĄ^ lecz malują pilnie to, co stwo- 
rzył kto inny. 

— Mianowicie kto ukt? 



/JO 

— Krawiec. 

— Aha! Portreciści mają się zwykle świetnie. 

— Bogać tam ! Krzątają się wprawdzie, jak mogą. 
Wyprawili kolacyc .w kraju i dla kraju', naspędiaU 
posalnych panien do „zaczarowan^o lasu*, pokaxali 
społeczeństwu łydki w „turnieju rycerskim" . . . Ale in- 
dyferentv ' * . . Zresztą, u nas mało kto nosi ssatę 
i^odną w _. ^o pędzla artysty. 

— No, a cóź robi szlachta dla sztuki? 

— Kale portretować swe konie, co posłuszniejsze ; 
przyczem sądzi się być wolną od zarzutu nieuleczalnego 
marzycielstwa. Pochodzi to stąd, te konie polskie, we- 
dług znanego estetyka, powinny posiadać charakter syn- 
tetyczny. 

— Więc kortscy malarze sa niejako svntotvkami 
ducha narodowego? 

— Tak dowodzi estetyk... IJoże, jak ci koi ■ 
malarze świetnie się mają! W rozmowach krytykuje iiiv 
ich obficie, ponieważ zemsta jest jedyną rozkoszą na- 
sz>'ch biednych bogów na nudnym Olimpie. 

— No, a świeże pomysły w malarstwie? 

— Są. Panoramy! 

— O jenun! — westchnął Jelsky 

— „Nietylko malowano, ale i prawdziwie: z fonrm 
na fprzodku", — z piaskiem, żwirem, drabina i vfirvn 
kamaszem. 

— Co oznaczają te symbole? 

— Wojnę. Na wszystkich cykloramach przedsti- 
wiane są mianowicie bitwy. — jest to przeważnie gust 
warstw)', która tak sz>'bko wchłania narodowe trady- 
cye, że w krótkim czasie znienawidziła — Żydów. Stąd 
pochodzi .nr" "-"Mtyzm, bo dotychczas mieliśmy tylko 
pisma anty^ 

— A propos pism... Czemu -ś zbladł, Borów- 



tii 



iki ? . . Oy Utwo, esy tanio robi się u wa> opinia ? . . 
No, mówte! 

— My Polac>' nie boimy ńc wroga, nie boimy się 
ik)fa, nic boimy tic tumieiiia, ale boimy ńc Kur>'era ! — 
Nie b^ nic fp^ÓMkl 

— Opinia, snacsy, robi się u was łatwo i unio. 
Tu Jcblcy powstał i ostenuc)'jiiie popraes stół uid* 

mął rękę Rorowskieam. 

— Dziękuję d, Borowslci!.. O nazwislu dę nie 
proaę: niedopowiedsenia i domyilniki są bardziej po- 
tądane w dziennikarstwie. Natomiast musisz mi opo 
daie^ jeszcze kilka najświeższych pk>tek : bez plotek i.i* - 
ma pubUcjrttyki ! . . Chcesz się czego napić, Borowski ? 

Pan V. Hertenstein, leżąc wdąź w rogu kanapy, 
nie spuszczał rozmaraonych oczu z Jelsky'ego. 

— Jelslc>% ty festeś arcywzorem aktualności, mode- 
lem dziennikarza. 

Wsz>'scy porwali lię z miejsc. .Niech żyje jel** 
Jebky trądl się ze wsz>'stkimi kieliszkiem, poczem chi <.«,- 
knąl znacsąco. 

— Słlrntinm ! — Jelsky chce powiedzieć speecłi. 

— KróUd, panowie. Przypomnę wam t>'!ko : .Gdym 
szatana mego ujrzał, był on poważny, ponury i głęboki. 
Naprzód, zabijmyż ducha odężalośd !* — Panowie, niech 
ż>'je... 

>- Sztuka, — pisnął ktoś nieśmiało. 

— Głupiś! — szepnął mu z góry Jelsky.— Rnnaine 
zwierzę!.. Panowie, niech żyje paszkwil! 

Na wszystkich podziałało to jak objawirnu- . ludzi 
porwał szał radośd. 

-- Wiwat! Niech żyje! 



Pan V, HiTUMistPiii /v się lUj uroimrj iniir/,|- 

cej figurki w pelerynie frnu > j. 

— Mały, napis2-no jaki kuplet przepotężny i la- 
Apiewaj go nam. 

— Brnwo ! — krzyczano. Towarzystwo było jul po 
tylu kieliszkach wina, ic wszystko je cieszyło. — Pisz, 
MoUcrck, pisz. 

Mały błysnął złośliwcmi oczyma; miai \vi(ti>e£nu- 
gotową myśl. Pocłiwycił podaną sobie kartkę papieru 
i począł szybko pisać. — Borowski tymczasem rozglądał 
się po kawiarni. Ujrzał kilka sztywnych panienek w atła- 
sach, co sznurując usta zerkały boczkiem na pannę Liii 
i towarzyszki. Pociągnął nosem z aktorska, skrzywił się 
i zmrużył oczy. 

— Mieszczaństwo czuj<;! — rzt-Ki, uderzając się po 
nosie. 

— Brawo, , Borowski I — (Przy stole pito już tylko 
i krzyczano „brawo!') 

Jelsky wezwał czemprędzej kelnera. 

— Każ pan orkiestrze grać kankana. 

Kelner rozłożył ramiona i wskazywał oczyma na 
poważną publiczność w sali. 

— Poczekajmy trochę, — prosił. — Niech się prze- 
rzedzi w kawiarni. 

— Myśmy nic i /.ihlkelner, aby nas 
kankan sam przez bi^ ..... wai.-i/Licl z grjnnasem pan 
V. Hertenstein, bardzo niezadowolony z tego, źe go kel- 
ner zmusza do mówienia. — Nam to właśnie sprawi 
satysfakcyę, że Uimci panowie i tamte panienki go 
ttsł>'szą. 

Wobec powagi słów pana v. Hertensteina kelner 
skłonił się tylko. 

— Ale, — wołał za nim autor dramatyczny, — przy 
sposobności każ pan przysłać kilka butelek szampana. 



Kelner sKioaii «ic panu iurkuiowu 
Turka! wcnaąl lic plecami w oparde kjuiapy ; roz- 
rzudwuy taeroko poły tnźurka, ukr>'l podbródek w ob- 
fii>*m twym krawacie i wytuwii niby bel igaaly papie- 
ros; nmoyra wiroUem priyfiądal się otocacniu. Po 
chwili jtwrocil się pó%<cbkiem do pana v. Hert enitein a ; 
- Dam im ttampana, bo chcę lobaczyć, jak Co 
' ^^ V^ pijaiiemii. 
M*j i ffaniei cwany pana v. HerCentceina 
':ty się lekko brwi, syknął po cicliu, jak gdyby go 
ttk nadepuł. Uśmiech niesmaku akraywił rou 
..^.■. wargi. 

— Zbycecine kosaCa, — rzelcł po chwili spokojnie. — 
Oni panu dadią gracis spoaobność do jego głębokich 
atttdyów psychologicznyclu • 

W kawiarni rozległy się lekkie, skoczne diwicld 
muzyki. Prz)' dalszych stolikach zgoła inne towarzystwo 
zabawiało pannę Liii i towarzyszki* Stamtąd doszła nie- 
bawem nieśmiała, przjtłumiona zgiełkiem nuta pospolitej 
brukowej pioamki: 

^Skkst du, dta isi tm Cmkafft 
,Das brittgl noek was rin. 
mDoeA es mms yt n ku dm setn,,.* 



Pan V. Hertenscdn klasnął w ręce. 

— Nastaw uszy, Jelsky ! — uro jui kokoty śpiewają 
hymn na cześć paszkwilu. Kłaniaj się, kłaniaj się czcm- 
prędzej ! — 

Dotychczas ocięźał)', zerwał się nagle sprężyście, 
p-zewinił zwinnir micdz>' krsetlamt i p^z^♦siadł do Jrl 
ak>''ego. 

— Kocham cię, Jelsk>' — wołał, obejmując go 
wp6l, — k o cham dę za to, źe tak gnmtownie drwisz 
sobie z całego świata, te moiesz na zawołanie być liry- 



IM4 

kicm, Mtyrykiem lub reporterem ; — kocham ci^ za tę 
priedziwną lekkoić tanecznicy, nazwaną ulenlem, a kt6- 
rą ludzie nictylko r*' się, ale i rozn tć 

dają. O, jak cudowni .....yś ty rożnami. :.a- 

myl — Kocham cię, żeś jest tak ogromnie ( .\ du- 

szą I . . Niechci źyjc paszkwil ! niech wam żyje, serdeczni \ 
On jest ostatniem słowem współczesnego talentu, pie- 
śnią twórczej niemocy! 

Jelsky zerwał się z miejsca i chciał coś obwieścić, 
lecz zagłuszył go piskliwy głos Mallera. I on o> ' ;#; 

teraz dopiero: zrzucił z ramion pelerynę i, ..,. ;...,c 
w stół kościstemi rękoma, zanucił jakąś zuTotkę; po- 
chwycił ją natychmiast całj* chór i w szybkiem tempie 
galopki odbijał na nutę kankana: 

Tak. tak. tak, 

IV tcm cały sztuki smak. 

W tern cały tycia sens ! 

— A wam, panowie, — przerwał im na samym po- 
czątku Hertenstcin |i schwycił za kieliszek, — wam niech 
żyje kawiarnia, — ta kwarantanna cierpliw3'ch, ambitnych 
a bezpłodnych! Tu możecie dowoli pisać, malować 
i rzeibić językiem. Bo wszak my wszyscy tak bardzo 
oszukiwać się pragniemy ! Wymawiamy .sztuka* to, co 
się pisze: .tiww/y /oir", — ,szał miłości*, co się pisze 
.obskiu-ny heteryzm", — .przyjaźń*, — co kaidy pisze 
.zawiść*, — czytamy .indywidualista*, gdzie rozsądek 
pisze .zbłąkany filister". 

^- O!.. O!.. — wszczęły się szemrania przy stole. 

— Ji^si tu człowiek małoduszny, co drwić z siebie 
nie ' iiął Molier i uderzył pięścią w stół, aź 
się i,.^ L^^sły. 

— Bądicie mi bardziej szczerzy I — prosił Herten- 
stein. — Wszak wy wszysc>\ ilu was tu jest, piszecie 



po nocach m wyidfi pattkwile na twych prsyjacidl 
i twe ocodenie. Taką jett dawna paychologia 



Nietmordowany MoUer lanucil powtórnie: 

H^ itm tmfy aahiki smak I 

— Panowie, — hticiai jul v. Hertenstein na całą 
kawiarnię, — oto makii się między nami prz>'padkowo 
afaiwny auUN- ,Pnetnacienia*. — .Naai!" krzyczmy, 
choćby oo w katd<Tn iłowie swojcm był zaprzeczeniem 
waayttldcgo^ caego mybyśmy pragnęli; .nasz!* krzycz- 
ny tero glotoiej, im większą t>ędzie jego populamoiC. 
Bo wazak on nasz b)*! usprawiedliwia. — Sztuka jest, 
prócz dla tydi, którzy się dla niej rodzą, jeszcze tylko 
dla próżniaków, z któr>'ch potem traf, kobieta, redaktor 
wyławiają lak zwane ulent>', zai policya, przytułki 
i szpitale — tak zwane męty . . . 

— Slimtium! — uderaeniero kułaka w stoi zgłuszył 
Molier tw^munia 

^ ...Panowie, przed nami stoi, — ile mówię! — 
przed nami siedzi aUowiek, któremu słuszna pycha 
wsd3rma krawat i roipiera kamiidkę... W porę przy- 
noaaą azampanl Autorowi . Przeznaczenia * nie doić wi- 
dzieć nas trzeźwymi, on chce nas upić; podobnie, jak 
kazałby nas pławić w kałuży, gdyby to było w jego 
mocy, — nas, mierzwę swego życia, nas, cośmy go swo- 
in t>ólem wykarmili, pierwsi odgadli, pierwsi odczuli!.. 

Zaszurano krzesłami. 

Turkul zerwał się dopiero teraz na równe nogi. 
W długim aż po stopy tużurku, ze wzdętym kra wa ten, 
i W3rpiekaflii, co w jednej chwili wytrysły mu na po- 
liczkach — W3rglądal, jak indor gotowy do auku. 



ia6 

— Precz i. tt*ni wiiicml— wrzcazc^ai t3nu-2«t4rni 
malari. 

— Cicho, Pawluk I — ty stokroć brutalniej rozko- 
siować się nami będziesz za lat dziesięć. I więcej takich 
znalazłoby się tutaj. Ten człowiek, — Hertenstein z nie- 
zmąconym spokojem wskazał na Turkula, — ten człowiek 
może mnie odpychać, jak zimny metal, a jednak — on jest 

dla sztuki stworzony I Zapytajcie się waszej ; ' H, ona 

jest najszczerszym głosem arlysiycznigo si. 

Turkul osunął się z powrotem na kanapę i ze 
w^^dą odrzuci] od siebie niedopałek papierosa. 

— ...Zapytajcie go, ile on uczuć przemódz, prze- 
silić, zniewolić w sobie musiał, a zrozumiecie może jego 
niechęć ku nam. Jego pycha naszą miękkość czuje. Nie 
pytajcie się natomiast, ile ten czło\^'iek szczerych, pro- 
stych, ludzkich uczuć potratował w życiu. Gdzie jest 
zwycięzca, tam muszą Ijyć ofiary, gdzie tryumfuje czyn, 
tam musiało być zdcpt«ine uczucie ! . . A ja poprzez męty 
uczuć waszych sentyment, biedni, widzę!.. 

Tym razem zaroiło się poważnie przy stole; ktoi 
ze złości stłukł kieliszek, kilku porwało się z miejsc. 

— Nicht warknrn, Halunken! — ich sei rittrr von dm 
ihrigen. Przepadniemy 1 . . A teraz, kto z was nie jest 
naj nikczemniejszym filistrem, kto nie drży przed losem, 
jaki sam sobie zgotował, ten za kieliszek pochwyci. 
Niech przepada słabość, — niech żyje sztuka I Niech 
ginie bezpłodność, — niech żyje czyn ! — Wiwat autor 
„Przeznaczenia* ! I . . 

I wszystkich, ilu icli lu l»yło, porwał ten szał dzi- 
wnie sprzecznych, nawpół pijanych uczuć. Pcreai mun- 
dus, fiat ars!.. Zapienił się szampan, zabrzęczały kie- 
liszki. 

— W górę go! — krzyczał i miotał się Pawluk, 
wymachując rękoma jak wiatrak. Daremnie bronił się 



I 



ri 



Turkuł. Za chwilę maUil się w górie na kilkunastu pa- 
rach ramion, jak wóds twydętki na tarciy. 

Jak tiampan w kidiatkach, tak pieniły tię lekkie, 
awinne, kocie skoki roipętanej w swawolnym rytmi** 
muzyki. W Ukt tych skocanych tonów, tempem szalo- 
nej galopki nucił niebawem agodny chór: 

# w§W% flMv# NH«9 

Nmsaęgo śjt€m sems, 

Ale i tym razem zagłuszono kuplet Moliera, bo od 
dalszych stolików, gdzie siedziała Liii i towarzyszki, ze- 
rwał siv spirw {głośniejszy, jui śmiały i czelny, już swa- 
wolny 1 cyniczny. Odbijając twardo kułakami na stoli- 
kach, śpiewano wodzowi na tarczy: 

Sitkstt.. dmt.. das tMł mm Cfschar/f. 
i}a» Hratgi nock was rin. 

^.rws^ąu rozicgac sjc. pocięły gniewne syki i ni' - 
cierpliwe dzwonienia w naczynia. 

— Kdnrr, płacić ! . . Płacić I — huczały basowo 
ocłirypic od oburzenia głosy tłustych, solidnych oby- 

W il. ii 



129 

motfu w tych wiondi, jak w tle|iowcj trawie... Liii 
•ic muywi... Kuby mtai hroaty, toby mc i wyp>tx- 
nil!.. 

— Nie tr riCMCi ! -- itrofowai go pan Hertcatlein. 

Ale Pawluk juź fo wpół chwytał i w kółko nioi 
uuriicAł; poCciD jak diiecko prł>tulil mu tic do ra- 



^ Caemu nie lul>tsx alowialhildei mowy? Wolitg 
Irancuaki kankan ? Hę — baron Hertenatein ? 

— Co ten kosak plecir? — '>>n TT.rtenstein rzucił 



^ lyisa go — prus ! A ty, bracie, do nas przy- 
j«'«u. liy tam ciełMe polubtm! U nas dusza ma rmm- 

Objął go za nogi i podniósł jak piórko z ziemi, 
ł^an V. hiertenstein zżymał się, gdy stanął z powrotem 
na nogach. Otrzepując starannie spodnie, mruczał nie- 
chętnie : 

— No, jak się pokka dzicz upije, — ^ hóri du Gt- 
mmtttkkhtii mi/ł 

J el i k y był widocznie innego zdania, gdyż, przecie- 
rając chustką binoUe, nteiecłiał się pod wąsem. Gdy 
• wraz z D uiow akim , zan^rkniąc hał^wy podiód gro- 
mady, wychodzili na ulieę, tpojneli równocześnie na 
Kunickiego, któr>' szedł tamoCnie tuż przed nimi. 

— 1 ten talćże! — mruknął Jelsk>'. 

— Co taJdego? 

— Dzild!.. Bo lo się czuje przecie, że ten czło- 
wiek spiął się tylko w obręcze doktryn, pracy, obowiąz- 
ków. Europa na tym karku dąży. U nas doktr>'ner 
wiadoaK^ co znaczy : — wiór ! ~ u was tylko : Europy 
się nałykał... Powiedz mi. Borowski, po co właściwie 
przyjeżdżacie do Europy? 

Borowski wzruszył ramionami. 



tso 

Wnlahn -^••""iła z bulwaru w cichy zaułek. Dy- 
sputuj^c kr/ . , szła śrudkiem ulic)'. Tui za nimi 

jechał stępa powoź pana Ffcrtensteinn. Pawluk tymcza* 
sem zawieruszył się znowuź; widać go było zdała, jak 
wprasza się uparcie do towarz\'stwa dwóch przecho- 
dzi)cych kobiet 

— Ten się nam zgubi dzisiaj, — rzekł Jclsky. — Na 
niego g^%'izdać trzeba, — czy jak ? — I naśladując wcale 
nieźle Borowslciego, huknął w ulicę: .Chodź ino, 
cho-odź! 

— luc, lUCC ... I 

Jelsky'emu opadły binokle na sznurku ; począł je 
znowu czyścić i mruczeć coś pod nosem. Po chwili na- 
cisnął cwikicr z rozmachem i zwrócił się do Borowskie- 
go najniespodziewaniej w świecie po polsku. 

— Wy, Borowski ... z samej Pohki bendziecie ? 
Borowski stanął jak wryty. 

— A skądże mam bj-ć? — odparł niachinalnic. 

— Bo ja jezdcm ze Ślonska, aus Oberschlrsim 
nóhnitich, 

— Chryste Panie I . . Jelsky, toś ty się oszwabii .•':.. 
Dziennikarz uśmiechnął się dobrodusznie. 

— Wasstrpoiacke, — was?... Ja hodtpolmsch nie- 
dobrze gadam . . . Uczyła mnie pmkjmka (oder m§ sagł 
man dmn ?) ... ze dwora, — Marj^nia. 

Jelsky 'emu znowuź opadł cwikier i domagał się 
gruntownego czyszczenia. Z zaskrzepłym na wąsach 
uśmiechem mruczał coś i opowiadał ; gaworzył jak dzie- 
cko z samym sobą. 

— Codzicrt się spotykali... ,MojmI Mojen! Jak 
spala ? . . .■ T- ,Mówi się : dziert dobry pani." — ,Dzin . . . 
dzień... Dos PaisckkOmUhnt ker /..'^, Fe, brutalny 
Prusak! Mówi się: proszę pokornie o podanirrączki..." 
.Pokornie rącziri... rączki... rączki..." Gołf Hies Kind* 



Nirbawem •podiniurnijil i naarolyl tic Jelsky, wąsa 
!u«ir|Mł i milcsal.— ,0 iii/" — kriyknąl wretzdc i wy- 
r/n.^| Uuką w bruld. 1 tym oknyldem prieciąl wtpo- 
iiiiuniMu Wysławiając się z tnidetn. — mówił dalej po- 
wamie: 

— I*0 co wy j»r/\ ;• . •/.■.-; -!" lia>** N i.iNMi" 1.1 

widatal chodaild... 64uJiun^ain^€r, \\'s/\-tk.): julrnj.ik 
drugi I (Jrlsky madmąl r^ką). To Eur«>j..t ,iaje.— .Wy— 
< łirial widocanie powiediieć — priywozicie coś podobne- 
go w dusay, w sercu do swego kraju*, lecz zamiast te- 
go zaplątał się wraz z naiwnemi słowami narzecz^n 
w jaloś bezradnie naiwny krng myśli. Żachnął się wre- 
szcie niecierpli^-ie i doluMkciył twardo, po pntsku: 

— InUUtktueUt Smdmmgi ung trn /—To z was uczy- 
ni nową odmianę Wasser-polaków : gtrmamsinie iVas- 
arintelUkkt Spojrzyj-no pan na tycli •żarliwie po pol- 
slni się modlących patryotów poznańskich. Cz>' tam wy- 
rasu ciioć jeden nowy Idelek waszej duchowej kultur)*? 

— Widzisz, Jelsky, ł)o ciebie tam niema,— syknął 
mu w odpowiedzi Borowslo, — boś ty wwielkiem morzu 
nirmiedden rozwodnił duaac i . . . 

— Ja jestem .dobrjm europejczykiem', — zachn.il 
się Jelslcy niecierpliwie. — Mo#e to pojęcie za błąd/ i 
Polski IM. lat 200. — Po chwili, krzywiąc się niech«. 

w rozmowie z sam>'m sobą: W afektach im lAtrs o 
m€Hd Ttmp^ramentt. w polityce das wr/htchi seMłimema 
das Potatkischt . . . Co się waszą gazetę do rąk we/mir. 
tn ckliwo się robi. Nł€t to jui nie dla mnie. 

Jelsky, mnie się coś widzi, źe ty z twą europej- 
skością w powietrzu wiiati. Tyś poproatu ten tempe- 
ramest i sentvm..nt poprzestawiał na inne pola i zosta- 
łeś koamo| :ym dziennikarzem. A ten zgermani- 
zowany H^rnssennUłUki . , Patrz ! — wołał, wskazując na 
Pawluka. — O, ja jego stokroć bardziej wolę!.. Pytasz 



siCf Cłemu my lu pr ? Gdybyś 1 

wiediial, jakbym ja eh,... -.- a\ lam na wvju "J . ^ 
kaial się twej Europie tn face z części zachodniej! 

— Po coś ty właściwie z wojska uciekał? 

— Dla niej. 

— Ba!— Jelsky miał ocliotę splunąć. — Czy tam 
wciąż jeszcze nie nauczyli się stawiać sobie pytania : co 
jutro? 

— Widzisz, Jelsky, niclylko to... Myśmy wtedy 
nie mieli nic, nic, prócz tej wielkiej ch-^i '^'» >v .; • _ 
W kasie teatralnej . . . 

Jelsky chwycił Borowskiego brutalnie za ramię 
i zwrócił go twarzą w stronę najbliższej latarni. 

— Pokai-no ty się! — O takich polskich bohaterach 
zdarzało się jui nieraz pisać. — Mrużąc oczy, przyglądał 
mu się wzgardliwie; po chwili parsknął śmiechem 
i odepchnął go zlekka od siebie. — Cokolwiekby lu<l/i<- 
mówili, wszelka ofiara dla kobiety jest ostatecznie 

rą dla własnych zmysłów, lub długą i nudną skruchą 
za krótkie chwile wątpliwego szczęścia. Trzeba *^' ^ 
bardzo . . . konsekwentnym, ażeby dla takich powi> 
uczynić się dobrowolnie zerem. 



<\kM.^>^OS) 



Drużyna pana Hertensteina szła bezładną kupą 
przy kakofonii gwizdków, śpiewów i wrzasków. Chwii- 
lami przycichała wrzawa ; wówczas dolatywało do ich 
uszu czystsze, głębsze nucenie. Borowski wlókł si*; ni 
kortcu. Kapelusz niósł w garści i, wymachując i 




'39 

w.itM '. ■ i; • j. . . 1. •-.<tU Arodkicni uucy, j.ik p<» 

i*waj, Borowtldl 
Kjrocając beshidiiie długie nuty, minął cali| groma- 
! i' ipojrMwtgy nawet na nich; urdl w głębokiej, 
u^ruj ladumie. Na t3rch ulicach spało już miasto; 
Dobiegające sewtaąd gwary skłócały się' tu ae sobą 
poipieaanym, jakby stłumionym steptem i biegły ciem- 
prędiej dal- -~ 'udne i rojne bulwar>'. Gdy Borowtld 
wiiął nieco wówcaas jaldeś śpiewne ecłia i szme- 

ry błąkać się zacięły bez koAca po pustych zaułkach. 
On zasunął u reszcie kapelusz ul pazuchę, dłonie spfótl 
na czole, oczy sobie niemi przjrsbmiał i, idąc szeroko 
jak po polu, śpiewał sobie, myślom i wspomnieniom 
swoim: 

SUstmśtitH U pokcj' 

O-jO^O-Jtijnj 

Ka nas było tyto dwojr — 

O Bośt^ Ty mój! 

Ludziom zaakocionym znienacka wysokością i czy- 
stością tnnu lekki dreszcz po ciele przebiegaŁ Jelsky 
n.iw^t t'\]:\\ rvlinc!rr i dłonią w rękawiczce powiódł po 

— Ta-ak! — wyrwało mu się z ust. 

Inni słów nie pojęli, rozumiano jednak, źe to skar- 
ga ludzka z tcimieniem zmroku po polach idzie, źe wsłu- 
chuje się w nią wśród poszumów zboża wieczorna dtza 
na szeroldch rozłogadu 

Ludzie czuli coraz bardziej, tt ta piosnka zabłą- 
kała się w te obce mury zdaleka i dalekie smutld mło- 
dości ze sobą niesie. Ale Borowsld urwał i szedł coraz 
to prędzej, wiodąc za sobą zbitą i milczącą gromadę. 



n4 

Pawlulc riuciił się między ludimi. jak piskorz. »n> 
pni i powtarzał bez kortca: 

— U nas, jak za duszę rady 

mogę nie chcieć! AV makut ( ...ibij, w\ 

musi. 

Jakoż Borowski zmienił melodyę i zaczął na bar- 
<lziej jeszcze rozlewną nutę. — Ludzie, nie rozumiejąc, 
czuli, źe ta krzywda ludzka na rozdrożu pod krzyżem 
stanęła i skarży się samotna: 

mNad moim wiankiem, nad moim wiankiem 

^Dmchny płakały, 
,A tiad twoim zfym copcyskiem 

^Wrony krakały. 

Na samym końcu, wyprzedzeni znacznie przez in- 
nych, postępowali Jelsky i Turkuł. Kroki ich stawały 
się powolne i ociężałe, głowy w cylindrac) ' *v się 

coraz niżej. — ^O ła I * — wcslchął Jelsky i u- . . . . laską 
w bruki. Turkuł próbował gwizdać, lecz zagłuszono 
go niebawem. 

A ludzie czuli, jak krzywda ludzka w wielką pust- 
kę nagich pól ramiona wyciąga, ku krwawemu slortcu, 
co w kłębach rdzawych tonie chmur; jak jesienne wi- 
chry po sinych skibach i rudych ścierniskach kołem się 
niosą, żółtymi liśćmi sypią i wirem je pędzą, jak w przy- 
drożnych badylach dziewanny świszczą i wokół wierzb 
suchych zawodzą a płaczą. 

^Nad moim wiankiem, nad moim wiankiem 

^PrMtdmowa było. 
^A nad łwoim afym €op^sJn«m 

^Sucysko wyło...* 

Jelsky i Turkuł przystanęli w tyle. Nagle strzep- 
nęli obaj zadumę z czoła i spojrzeli na siebie. W tejże 



chwili imIc/uU jakby niechęć wujgmii, fgiyt pr/yipic 
ssyii cwy rę dw j kroka. F^ v. HortaMldii dogoiiU Bo- 
rowriocgo, praedMawil nc nu lupetnie ibytrcsnie po 
nu drugi i w>'ic«kal go Mrdecinie. 

— C<ujc, choć nie rotiiB i iHn , ciuję wsjtystko! Żal 
i ^kargtt la dawnem, lacier ea, prottem, ludzkicm ; — xa 
tymi ctasy, bedy to dom ćhyhbi tlę do dutiy, jak 
kwiat>* na akMIcii, bcdy tu na piernacfa bilo nam trwoź- 
nie a>>j«i tiCMre, proste aeroe... Csy uk, panie Bo- 
ro waki? 

Borowaki akinąl głową, uśmiechnął się dort i schwy- 
ciwaiy I fór>' jego rękę, potnąał nią ailnie. 

^Nmd wutim wi t mkitm , mai moim wmtt^irm...' 
Iknlo jes<c2e ponad głowami całej groauid\ 

Leci oto wysunęły się a poprzecznic>' dw 
kie sylwetki potężnych drabów w połyskuj ąc>«..> 
stęźnych kaskach na głowie. Dwa mrukliwe basy i. 
aywaly cisxę. 

Pawluk wyrósł tuź obok nicti jaJcby x pod zicmi. 

— Bij w p)*^ kto w Boga wiersy I 

Ale tym raaem zawiódł się fatalnie. Borowaki tyl- 
ko, orai Turkuł i Kunicki podrtudli odruchowo gl 
i nastawili uasu. Panowie zai, co przed chwilą bui<i>M 
wnywOae łady i składy na świecie, co kankanem w)- 
straasali łyków z kawiarni, zeszli teraz ze środka ulicy, 
jakby tam rzeka nagłe wystąpiła; szli dalej po trotuane 
w spokojnej i ddiej rozmowie.— -Jdsky wybrał drogę 
pośrednią: szedł suchym rynsztokiem. Mruczał coś dn 
siebie, wzdychał; od czasu do czasu cienką trzonów;) 
laaeczką uderzał liałaśliwie w bruki, jak gdyby pośród 
tych ol>cych ludzi on jeden odczuwał nieświadomą ocho- 

Borowsid natomiast wędrował, jak wprzódy, środ- 
kiem nlicT. nibv po wiejskun w\xonie. W szerokim 



ts6 

swym płaaicsu wydawał się sdaleka niby sylwetka 
wiHkiego ptaka. Wymachując k. m, jak dróżnik la- 

tarką, wywiódł całą gromadę na U»...... i wprowadził nie- 
bawem w Jaskrawą tort światła pod białe arkady teatriL. 
lu Jelsky odzyskał, lub teź zapragnął odzyskać 
bu mor. Wysforował się naprzód i obwieszczał głośno: 

— Kłamstwem jest, aby ludziom w pewnym wieku 
i stanie cywilnym pozostawała poza pracą i tak zwaną 
ambicyą jeszcze tylko knajpa, dom publiczny i cudza 
żona. Panowie, jest jeszcze — tyngiell... Kwiat zaś spo- 
łeczeństwa, artyści, posiadają passe-partout i skorzysta- 
ją dzisiaj z mojej loży dziennikarskiej. 

Stanął we drzwiacłi ' ' grzecznie cylinder i pra- 
wą ręką wskazał na poi^ od marmuru, Uni;)cc od 
luster i purpurą w^^słane schody. 

— Zapraszam!... 

Poza nimi zaszeleściata w szybkim chodzie je- 
dwabna suknia i roztworzyły się z impetem drzwi, wio- 
dące za kulisy. Wionęły na nich miękkie, tłuste zapa- 
chy perfum i szminki. Borowskiemu rozchyliły się noz- 
drza, uniosła pierś. Coś jak uderzenie prądu przebi^ło 
mu wskroś przez ciało i zakłóło w palcach dłoni. Chw)*- 
cił się za poręcz. 

— Panie, świeć nad jego duszą ! . . . 

— Co, pan Borowski? — Pawluk wytrzeszczał 
oczy. — Taź nie kościół?! 

— Ojciec mój!... Wiesz, — szeptał BorowsKi, ści- 
skając dłoń Hertensteina jak w kleszczach, — wiesz, to 
był >%'ielk^ szczery artysta ! Ogromnie kochał sztukę . . . 
1 dlatego zadusił go ten potwór ! 

Pan V. Hertenstein spojrzał bystro i pochmurnie 
w oczy Borowskiego; poczem zdjął kapelusz i pochylił 
nizko głowę: 

— Cześć poległym! 
I weszli do tynglu. 




uchliw)', pełen igiełku kiermasi na sali 
wciął jeszcze ogłuszał Moliera. Coś, 
jakby migotanie zwierciadła, odry. 
wało uwagę od sceny, drainiło 
oczy i zwracało mu je ustawicznie na prawo. W czer- 
wonej ramie firanelc, na zwierciadlancm tle wnętrza, 
w błyalcadł niespokojnycli refleksów, rysowała się w>'- 
smnkla sylwetlca kobiety ; na purpurowem tle parapetu 
świeciła jak śnieg biała, od br>'lantów połyskliwa 
i ODukła jej dłort. — Zaś tam na dole, — pod nią, wśród 
aattawionycb stołów, tworzyły męskie cylindry zgieU 
Uiwy i bezładny rój. 

Z pod smyczków skrzypcowych wysnuwała się 
niek>dya cicłu^ dyskretna i kłębiła się sennie po wido- 
wni Na scenie tańczono. — Sypki, miarowy i melodyjn, 
szdeit, jakieś miękkie tmery kobiecych głotów, west- 
chnienia niespodziane, stłumione i lekkie. Szelest, szmer 
i zapach kobiet wirw^^m szły na widownię i niosły ze 

9 



P 



tiobii melodyc waicn... 1 azepUl jedwab. Ttiź ponad 
kinkietami sypało się jakieś barwne kwiecie, dirobną 
zmi|coną falą przelewał się wzdlui błękitny wir: drgml, 
mienił się i musował, rzucając głębszą, lżejszą jeticie 
pianę białych tiulów i koronek. 

Daisy!.. Dauył., — dygotała niema piosnka na 
tej zwiewnej fali ; drżały lekko struny skrzypcowe, opo- 
wiadał pieściwie flet. 

Migały przed oczyma bystro i zwinnie czarne, 
wiotkie nogi w płytkich pantofelkach, rysowały' się 
śmiałe, lotne linie ich konturu. Górą, na barwnych fa- 
lach jedwabiu świeciła żywo ciepła biel ciała na ramio- 
nach, uśmiechały się kobiece główki w złotych kaptu- 
rach, drżących niby dzwonki, loków. Czasami zniecier- 
pliwienie zaśmiało się psotnie na tych rozkołysanych 
główkach i ciche szepty, jak szmer liści jesiennych, mie- 
szały takty. 

Śpiewał, szumiai, grał i lanczył falisty i« <iwah 
błękitnych sukien. 

I rzucał na salę kłęby miękkich, sennych perfum. 

Pieścił się flet, drżały struny skrzypcowe. 

Zaś w górze, na parapecie loży, na pełnej, soczy- 
stej purpurze, spoczywała, niby śniegu biała kiś<^, smu- 
kła, od brylantów lśniąca dłort. Na lustrzanem tle wnę- 
trza, w przyćmionem świetle, wśród niespokojnych re- 
fleksów, rysowała się zimno, nieruchomo i dumnie syl- 
wetka pięknej kobiety. 

Na dole rojny, zgiełkliwy kiermasz męskich głów. 

Daisy 1.. Daisy... — rozśpiewały się drżące struny 
harfiane, rozpieszczał i rozmarzał flet 

Zdawało się, że gdzieś w głębi, poza jasnemi 
kwiaumi tych śmiejących się główek, — tam u tybiej 
kulisy, gdzie zwieszają się ciężkie, syte slortccm liście 
palm i kielichy orchidei, tam, w chłodzie cienia leży 



09 

kobiru, do śurndt) piersi p^ki kruciych wlotów ciśnie 
i widydu głęboko. 

— Aa..! ił>-siaio się meauU lo we n c h ni cnic . 

Nagle |Mida ainal; la nim w Mgłym pośpiechu — 

dntgi,— iraed,— ctwarty : jak w t>Talierce. Strzelał uam- 
pan !— łClaakaoia niedbale, pnedągie, orai rechotliwe, 
pdne iHmtfiłwnfyi wobuuai 

— Brawo, brawo, brawo,— bis! 




OjvA^^^f\»'«KSkA'^-V^»'^^\JVy>^A>>-^q**>^'v«- V *. -^^S) 



— Dobre ! — pochwali! Jelsky protekcyjnem skinie- 
niem dłoni w stronę sceny. — Błękitny kankanik amore- 
tów, — komentował swemu otoczeniu. — Niema jak An- 
gielki! 

— Siły w lem brak, — kaprysił Pawluk. 

MoUer, skulony dotychczas pod swą peleryną, 
zrzucił ją nagle z ramion i encrgicinym racbem zgarnął 
włosy z czoła. Jelslcy powiódł oUem śbdem jego spoj- 
rzenia i mruknął tylko: ,alui!* 

— Oj, MoUer, — westcimął za chwilę. 

Molier iadmął się i clidał coś odpowiedzieć, lecz 
w tejie chwili lakasilał strasznie. 

— A widzisz!.. MttmtmJo tmo .., ^m$ormłfMm$ cho- 
ciażby. 

MoUer zwinął w kłąb peler>'n5; i tzucn mu j.{ na 

gk)w:. 

— Ty żurnalisto! 

— Uszanuj Icapelusz, jcśla nie szanujesz powołania I 



— Szanuj • Mg tynglowy, jeżeli niczego juź 

uszanować nie pu;. .*.../! — i oszczędź mi dzisiaj swego 
sentymentu oraz opieki. 

JeUky wskazał oczyma na Borowskiego. Jeżeli 
um pójdziesz, obgadam cię przed nią.* Molier poczer- 
wieniał nagle i zwrócił się do Jelsky'ego tyłem. — Bo- 
rowski siedział gdzieś w najciemniejszym kącie loży 
i wsparł ciężką głowę na obu dłoniacłi. Gdy przycichło 
na scenie, uniósł się wreszcie i rozejrzał błędnie po wi- 
downi; oczy przyćmione i mętne zapadły mu jakby 
w głąb': czuć było, że widzą przed sobą jakieś inne, 
obce światy. — .Nie dla ninie!-^nie dla mnie!" — szeptał. 
Po chwili znów opadł na fotel i ukrył twarz w obu 
dłoniach. «Było! — myślał — było!.. Tak zamiera mło- 
dość, w takiej cichej agonii kona czyn. Całe moje życie 
już tylko było! Boś przyszła tyl.. 

^Csyniąc sobie tron i łośś 
«Z upadłego mego ducha. 
^Żem skuł z łobą, marny łworze, 
njok gałemiłł do łańcucha I..* 

Uciszono się w teatrze, oczy wszystkich zwrócone 
były na lożę dziennikarską, gdzie wybuchał w tejże 
chwili chóralny śmiech. .Brawo, Borowski! — wołał 
Jelsky.— Jeśli chcesz koniecznie, możemy między jednym 
kankanem a drugim posłuchać nawet dramatu. Brawo !* 
— On skocz}'l z fotelu i rzucił okiem na kurtynę; lecz 
w tejże chwili cofnął się znowu i wparł w najciemniej- 
szy kąt loży. 

— Nie dla ciebie, stary, — co?.. 

Podniósł na nich oczy i zadygotały mu wargi jak 
u dziecka. A gdy oni śmiać się nie przestawali, wpił 
się palcami w ubranie na piersiach i szarpnął je 
nagle. 



H' 



— Grać dic^!! — huknął na cały teatr. 

— Cii..! — tykano lewtiąd na lali. 




Z la kulis w>iruncło cierwone stado dziewcząt 
Ł kastaniecami w rękach. Pochyłe deski sceny zagrały 
jak jeden wielld l>cben pod wartlciem uderzeniem kobie- 
cych stóp. Tartczono czardasza. Kobiety rzucały iskry 
lyskaniem czarnych oczu, uśmiechały się sprężystymi 
nutami i przegięciami ciała, biciem kastanietów, za- 
csepnem przytupywaniem i Idedy niekiedy swawolnym 
okrz>'kiem rzuconym na widownię; rozplatały się ich 
neregi we wstęgi, snuły się jak ruchliwe wiertce i gir- 
landy, biegły pod t>'lną kulisę, ustawiały się rzędem 
i Ł dzikim impetem pędziły przed się, po rampę, niby 
rozhukany ubun źrebców. 

Oczy Moliera skierował>' się znów na prawo, gdzie 
>wiedła w półcieniu biała dłoń na parapecie loź>'. Ko- 
l>ieta nie drgnęła nawet od tego czasu. I wydało mu się 
w tej chwili, źe tam na oparciu loź>' siedzi sęp, ostrą 
głowę w pusz>'sty kołnierz wgarbil i zamarł niemdio- 
nio ; — czasami tylko senne powieki uniesie, szklane 
ślepia leniwo przewraca, zamyka i czeka, zimny, na 
n;i(!1inę. 

Z brzębem ostróg, łoskotem i tupaniną, wyrzuciła 
się na scenę gromada mężczyzn. Połączyły się pary 
i poczęł>* się wikłać w coraz to dzikszym taAcu. Za 
chwilę było jui tylko widać czerwone plamy, białe kłę- 
by koronek i czarne wiry oraz koliska od wyrzucanych 
wjftoko ponad sąsiednie głowy nóg. Huczały ponad 



'4^ 

trm wsiystkinn trqhy, bębny i piszczałki, z lotkotem 
waliły cynił)nly, odrzynał>' twardo rytm tartca basowe 
struny wiolonczeli. Długie ramiona ka|>elmistrza, wycią- 
gając się w kierunku wiruj})cych nóg, wołały jakby: 
.wyź<>j!* — a wymachując rozpacznie ponad orkiestrą, 
krzyczały niecicrpliwir: .prędzej!" — Ten zawrotny 
chaos buchnął jakby ze sceny na widownię i porwał, 
zdało się, wszystko ze sobą: oko chwytało tylko pęd, 
ucho szaloną kakofonię dźwięków! Ponad tym sabatem 
tanecznym królowały tylko i śmigały w powietrzu czarne 
nogi; wszystko wpadło w jakiś idyotyczny, jak zmora 
senna dokuczliwy pęd i wir: świat zburzył się, zwi- 
chrzył, oszalał, wściekł!.. 

Wyżej, prędzej ! — prędzej, wyżej ! . . 

Urwała się wreszcie muzyka i runęła kurtyna. 

Błysk światła, oklaski, bicia lasek o podłogę... 

Tyngiel - tangiel I 



->-^ 




— Dobre! — chwalił po raz drugi Jelsky życzliwem 
skinieniem w kierunku sceny. — Czerwone, węgierskie 
kankanisko! — tiómaczył swym przyjaciołom. 

Pawluk zapatrzył się tępo na kurtynę. 

— Tfu, czort! — splunął nagle, zerwał się z krzesła 
j począł krzątać się ruchliwie po loży. 

Jelsky 'ego przyszły odwiedzić dwie artystki: witały 
się piskliwie z ot>ecnymi. 

— Nie rozumiem... — odezwał się po raz pierwszy 
Kunicki. 

— Jeszcze pan czegoś nie rozumiesz?! — przerwano 
mu śmiechem. 



'43 

— Nic roiuniiem, — mowU meustrassony KunicKi, — 
co w tej całej kaknionli robi Biiei, Lim... 

— Co robią? Dostali b<ika i cimą się, — odpowie- 
4im1 Jdiky. — Tam na dole, — Uómaciyl powa^iie, — 
liedtą paaowie, którz>* mają doayć tragedyi w życiu 
i — w twych f Iowach. Panowie tą<l*ją wesołości; nie 
dowdpu ludildch głów, bo to jul dsiś nui>\ leci hu* 
moru kobiecych ndiek. To jcstcse bawi t^mcnseoi. 
Jeleli rwohicya pdjdae dalej w tym kierunku, naleiy 
się spodoewać, te prz>' ulepssonych dekoracyach wej- 

•aprsyklad, na scenę wieża katedry koloilskiej, 
dęba i MMlMńcty kosaka... Myśl i wieczora nuży 
hidii pracy, ludzi wielkomiejskich! 

— Ale w talom razie, co wj* tu robicie? — niecier- 
pliwił się Kimicki. — Gdzież konaekwcncya ! ? 

— Mlodmrrtcie, zrujnujesz się na konsekwencyę ! — 
huknął z kąta basow>* głos. 

— Ależ ktfika!? 

— Pan masz świetne zadatki na bakałarza! 

— Więc sens ? Sens ! Głowa moja ! — krz>'czał Ku- 

— 1 panicz chce zostać literatem?.. 

Molier i Jelsky prostują pomyłkę; towarzystwo 
chce być grzecznem i kiwa smętnie głowami, na znak 
widocznie, że i takie fachy być muszą. Bas tylko szep- 
cze niecłtętnie do sąsiada: «Co ta racyonalistyczna ho- 
łota międz>' nami robi? — lekarze! prz>Todniki !* 

— Cz>'ż nie mam racyi ? — zwrócił się głośno do 
jednej z dam. 

Ona, patrząc na niego siklanenii oczynna, wydęła 
usu w dziobek, brzdąkła wargami i wybębniła jak po- 
zytywka: 

/cA bim mkkt wom Prmg^ mkkt vom Wkn, 
Itk kim iimś ftttkś Umgmrim. 



'4» 

— OtobA udiida się wyłącznie ic strony arty- 
stycznej, — komentował ją poważnie Molier. 

Kunickiemu zdawało się, źe jest pijany; cłiwyuł 
czemprędzcj za czapkę. 

Salwy śmiechu zgłuszył nadęły wrzaskliwy pisk 
z głębi teatru. 

Światło gaśnie, unosi się kurtyna, sccn.i i '», 
a z za kulis drą się ostre, przeraźliwe głosy. W i'>/<ic 
w>'padają trzy pstrokate potwory w spiczastycłi czap- 
kacli, przypadają do rampy i uderzają się nawzajem 
w twarz. Olbrzymie karminowe pyski na kredowych 
maskach wykrzywiają się szeroko i wyrzucają z siebie 
ochrypły, gardłowy śmiech. 

— Hehehe..!! 
Posypały się oklaski. 

— The fashionables, — odczytywał Jelsky w afUzu. 
Kunicki trzasnął drzwiami i przygłuszali na chwilę 

wybuchy śmiechu w loży. 

— Wina ! — krzyknął nagle Moller. — Stimmung jest 
zbyt głupi, aby go można wytrzymać |K) trzeźwemu. 
Jeżeli nie t ' ' ny pili, lada chwila beknie tu jakaś 
owca sent\ w. 

Hertenstein, — wina ! — wina ! — krzyczano, bę- 
bniąc laskami w podłogę* 

Z kąta loży podniósł się Borowski, skrzyżował 
ramiona i patrzał na nich z podelba. 

— .Jeżeli masz zostać młodą 

1 być taką, jak ta, co dziś żyje, 

I być ochrzczona tą piekielną wodą. 

Której pies nie chce, wąż nawet nie pije...* 

— Co jemu się stało ? — wołano. 

— Niic, — bagatelizował Jelsky, — wpadł tylko 
w delirium teatralicum, cały repertuar klasyczny wy mru- 



cal jui urn w kąde. Co» iretttą, nie prseszkadia mu 
w trj chwili mdroidć klownom, te tą im scenie. 

Ktoś, komo jeden koncept inuiniefnw.il humnr na 
cały wirciór, powtónyl niespodzianie: 

m WĘtrn^ ^ĘĘ9m0 ^VBiVft 

14^ lnu AiA^ ftftiki s$iHtkt 
Nmimgo ^wm mm/. . 

— Hebebelt.. — darty sic błazny na scenie. 



^.^ % , V . 



Borowski przeniósł się do ciemnej loży w kitcie; 
%imet za nim wyśUznął się i Turkul. 

— Niedościgły imitator, iluzyonbta biograficzny^ 
proien o r van der Clerk, — rekomendował Jelslc>' podług 
afiua jakiegoś pana na de lustrzanego Icramu ustawio- 
nego na scenie. Profesor krzątał się prz>' swej cudo- 
wnej szafie, narzucał na siebie jakieś szmaty i peruki 
i z iMtntą w rclni zwracał się jak fryga do publicz- 
ności. 

.Brawo, Liszt I — Liszt!* — krzyczały wszystlcie 
usta, klaskały wszystkie ręce. — Na radość tłumu pa- 
trzała siwa, trzęsąca się głowa starca, o wielłdch gu- 
zach po całej twarz>'; niedołężna ręka ledwo trzymała 
batutę. Muzyka grała 3-cią Rapsodyę. 

— .Brawo, Beetboven! — Beethoven !* — krzyczana 
po chwili. — Na sz er o kie śmiechy tłumu odwróciła się 
starcia, brzydka, potężna głowa wiełlriego twórcy. Ka- 
pek tyngk>wa próbowała grać .Eroikę*, zagłuszyła* ją 
oUukt 



'4^ 

W loiy Pawluk porwał si^ z miejsca. 

— Cho<^by xdjąć głowę z karku, rzucić ją wam 
pod nogi i pójść sobie precz ; — mnie i głowa jui na 
nic. — Oj dokuczyło ! — I splunął w kąt. 

Profesor w kilku zwinnych ruchach przedzierzgnął 
się ponownie. Przed rampą stanął wysmukły młodzie- 
niec w eleganckim fraku, niedbałym ruchem trzymał 
w r^ku batutę, zerkał na kobiet}* i uginał się na sła- 
bych nogach. Publiczność śmiała się, lecz nie umiała 
odgadnąć; ktoś z galeryi krzyknął wreszcie: .Szopen!" 

I zagrzmiały oklaski. 

— Brawo Szopen!.. Jeszcze raz Szopen! 

W loży odsunął klas gwaKownie krzesło: pan 
V. Hertenstein porwał się z miejsca. Coś jakby kurcze 
wstrętu przebiegły mu po bladej twarzy. 

— Niech ta małpa zaprzestanie ! . . 

— Cii, Hertenstein, — obrażasz proioorai Co u óo- 
ga!.. beczysz?!.. 

— Toż te małpy ośmielają się grać Schrrto H-mol ! . . 
Zaprzestać ! — huknął na cały teatr. 

Pawluk rzucił się ku niemu. 

— A co, pan Hertenstein ? — twoje pańskie nerwy 
oie wytrzymały naporu głupstwa ? Pękło coś — lia ? 
A widzisz, — patrz, jak won tam na dole się bawią: 
publika, — ha? 

Jelsky wzruszał ramionami 

— Nie rozumiem ciebie, Hertenstein? Przecież te 
błazny przed chwilą i profesor, na którego patrzymy, 
są sztuką aktorską au fond. jej absolutem k>ei przypad- 
kowości twórczych pierwiastków, które pochodzą bądź 
co bądi zawsze od kogo innego. Tęsknota Borowskiego 
jest w swej nieświadomości szczerszą od twego senty- 
mentu . . . Zaś to, — tam na dole ... no, to jest . . . jakże- 
by to powiedzieć . . . cfsl le pubiic, co Uury rozdaje. 



'47 

Waikiiij w lo^ Heftiiuttin, i ilmni lic n duchu... 
Dasi luun kiedy koncert nopenowski hib mott fvl»- 
wy, — ci ttuni pnyjdji ! A t)* mictu im pod aofi 
wn)*9tko X roiboUłej dusiy Siopcna i ze twej wła- 
snej ! ! . . Zlituj lic, HcffBimfin, kio t was jest większą 
ma^: proleaor van der Ckrk, czy t>*? 

— Móflbyi z równą racyą sapytac . twuj profesor 
ciy Szopen. 

Towarzystwo w^'buchnclo pijaajrm inuachem. Her* 
tensiein wyprotlowal u% utĘjUt jak stnina i tupnął nofi^ 

— Bydło, nie iauać się!.. 

Blada jego twarz w}'dhiźyla się natychmiast i za* 
skrsepfa^ jakby w przestrachu nad wfaMnem uniesieniem 
i bnttakiością ; siatka sinych tyl zatętniia na skroniach; 
zaiwiedly się oczy, i dwie wielkie Izy, ~ łzy zdziwię- 
nia,— zawisł>' na środku białych policzków. Pochw>'cil 
pierwszą rękę z brzegu, utcisnąl i wyślizną! się na ko- 
rytarz. 

Obecne w h»ty dany próbowały kolMecym uktem 
przyiore zajście: nastroiły się brsdąłmięcien 
i z aś piewały zgodny duet: 

Jam mi€ » IVM/mm,jmm mir s Pragi ^ 
Jnttm sohit m Bmdą^tmhi ! . . 

Kurt>'na zapadki z siehysleni. — Hertenstein wk^kl 
się jak pijany przez korytarz : zdawało mu się, źe jakiś 
natrętny rój much krąży mu nad fk>wą, brzęczy i bzyka 
w nazy. To publiczność rozochocona podczas antraktu 
śpiewała diórem w ukt muz>'ki: 

ta - ra - ra • bumdera ! 

u • ra • ra - bumdera ! — śpiewał, gwizdał, 
haczał cał>' teatr... 



•^"•HA/^ 



'^^""^-rr ii- ■ .1 LU » ■ UJ n. j . /u »\h_^ * t«^i« v »*^%^'NiW«<'»»%' ^*» « ^ 



Niłijj.i i;.i(laiua, — powróci I — usjxtu.ij.il 
przyjaciół. - 1 on zechce usłyszeć YveUv. Kcklai...., . 
wznosi karłów i obala olbrzymów, drwi sobie z ludz- 
kich kaprysów.* 

Jakoż llrrtenstein /..i%Mw«.ii /e schodów, lecz nie 
do nich, tylko do ciemnej lo2y z brzega, gdzie ku swe- 
mu zdziwieniu zastał dWa nieruchome cienie. Przysiadł 
się i on do Borowskiego i Turkula. Nie zdziwili się 
wcale, nie unieśli nawet głów przy jpgo wejściu. Cisza, 
półmrok i jakieś ponure skupienie panowało w tej loży. 
Krzyki i wrzawa ze sceny nie dochodziły tu, zda się, 
naweŁ, 

— Panie Hertenstein, — szepnął po dluiszym czasie 
Turkuł, — Idedy pan dasz koncert? 

— Nie wiem. 

— Trema? 

— Tak. 

Ktoś westchnął, ktoś drugi zawtórował, trzeci po- 
prawił się na krześle i chrząknął. Milczeli znowu. Ostre 
oczy Turkuła, świecące po ciemku jak u kota, wpijały się 
w I-Iertensteina badawczo i łakomie z chciwą prawie 
ciekawością. 

— Za ten dziwny toast, — tam w kawiarni, — 
gniewać się nie umiem, — rzekł swym suchym, twar- 
dym głosem, — ponieważ ludziom ciekaw)'m wybaczam 
wszystko. 

— .Ludziom ciekawym'... — Hertenstdn wydął 
wargi i potakiwał głową, jak znanej ai nadto piosence. — 
Tak, to jedyny gatunek ludzi, który my jeszcze tolerujemy. 

— Nie wyłączając pana. Bo co do tej partsldej 
ąpologii cz>'nu, wierzyć się nie chce, żeby to było szcze- 
re... Na pana dość spojrzeć, żeby odgadnąć, iż pan 
ntfjlepiej czuć się musi właśnie wśród tych najrozmait- 
szych wykolejertców z kawiarni. Wszelka twarda kon- 



^49 

wtV AńMmtkt w iyciu,^lylkÓ4»lrł,— lUłaby 

aic uia ynMk CMMi bmulneni. Ludiie ciynu bywają 
mjcuśdcj omiei barwni i ciekawi, natomtaac . . . 

— Natareąjrwi i niidai| — pmdąl^' ostro Herten- 
Mcin, — pomijając jui to, Ic są łw>'lde przrrailiwie 
plytci — I po chwili, jakby lagodsąc xbyt ostre wystą- 
pić niemiemą iiprae|aK>4ctą cscstowai Turktiła 
paptrrosaott. — Chcr pan posłuchać bajecxki ? Ludjóe 
X bajki bywają nie mniej dekawi od luda < tyngłu 
i X kawiarni . . . Ot6i — p>tal raz uczeik bramina : .Mi- 
sinu, gdy po śmierci człowieka dato jego przej- 
dae w ziemię, krew i nasienie w wodę, wiosy w ziofai, 
mowa w ogieik, oddech w wiatru tchnienie, wzrok 
w stofkce, serce na księżyc, dusza w wszechświat: — 
rosnniem to wszystko, panie ; — ale z czlowieldm, z czto- 
wiekiem, mistrzu, co się stało!? — Co pozostaje z czlo; 
wieka? — A na to mistrz: .Chwyuj mnie, drogi, czem- 
prędzej za rękę i uchodi, uchodi z tego zgiełku ludz- 
kiego; nalety nam w wieUdej dsz>' i skupieniu rozwa- 
żyć tę najgłębszą z tajemnic.* — 1 poszli w ustronie d- 
che i tam rozwaźalL A to, o czem mówili, zwie się czy- 
nem, a to, co sławili, zwą ludzie dziełem. 

Rzucił się Turkuł na krześle. 

— Pyszne! — krz>'knął i sięgał po notes do kie- 
szeni, — kapitalne ! 

A po chwili: 

— A więc: działalność praktyczna, ale... jai^ sp4- 
cmt mtUrmUtUs, Ho ! ho ! — W panu coś się bardzo kłód . . . 
Ale bajka kapitalna ! Pan musisz tkwić w tych surych . . . 
lam . . . rMMs, czy pan czasami nie jesteś t ? . . 

Herteostdn z uprzejmym pośpiediem podsunął mu 
zapaflcę pod nos do wypmłego w wargach papierosa. 
^ Borowski nie spuszczał z nich oczu. 

— Pan powiedział. — zwródl się pochwfli do Tur- 



kula, • że, fr<)zi> trvuntfuif' C2vn, Uiin muii b^ 
nem uczucie. 

— Ja tego nie luówiAeni. 

— Prawda, to Hertenstem ! . . 

— O, Ilertenstein cudzego uczucia urazićby nte 
umiał, a cóź dopiero zdeptać własne! — mówił Turlcuł. 
nie przestając zapisywać czegoś w notesie. - " nic 
pan nie gniewa, — ja czuję pana... Tald roz...^ ,, iko 
uczucie, wziąć go sobie od Icogoś nie umie: za słaby 
lub za mało brutalny. Tald — nic sam nie burzy, jemu 
życie \%'szystko niszczy. Czyscowe dusze!.. Takim mu- 
siał być Szo|>rn, — prawda, panic Hertcnstein? 

Hertenstein żachnął się nerwowo: 

— Nie mówmy tu o Szopenie! 

— Przepraszam. 
I znów milczeli. 

— Pan mnie zapewne do jakiego dramatu chce 
wkleić? — zagadnął Hertenstein z cierpkim grymasem. 

— Wkleję. 

— Czy pan już żyć jako człowiek nie umiesz? 

— Nie, — odparł Turku! twardo i jakby z dumą. 

— Czuć to. Pan cuchniesz atramentem... Zresztą, 
pańskie sztuki mogą być doskonale, ale grać powinien 
aktor z genialnj-m nerwem życia. Ot, Borowski naprzj*- 
kład! 

Borowski podniósł oczy i zasapał ciężko jak miech. 

Śpiewki, tartce i błazeństwa ze sceny dochodziły tu 
dalekim " mionym gwarem: niby wrzaskliwe na- 

krzykiwai.. , ...lucha pod wieczorną zorzę, co się w Ci- 
chem powietrzu roznosi i kołysze, harmonią spokoju 
owiewa i echem pieśni do uszu dolata. Tu w głębi 
ci* — ^ • niszy żył, drgał i tętniał teatr: wszystko inne 
r< . o się w liarmoniL 

Turkuł nie spuszczał z oczu Borowskiego. 



nr 

Jedi pan se urną! » riekl nagle, — grać moje 
^Pnenucimie*. Dają la tny dni; jadę tej nocy 
jmcie. 

Borowiki drgnął i tpojrial jakby z pneraieniem 
na niego. 

— Wtadif pana na debiut do .WMIdego*. 

— Co!? — Borowtlaeniu krew udenyfai do głowy 
i prsyilonila nagle wnyatko prted oci^ma. — Co pan 
powiedaial? — pytał po dluźuen mikaeniu. 

-> Do .Wielkiego*. 
•- Boie oM^j!.. 

Turkul Aoiiejąc tic wyciągnął rękę, aby w nią B(^ 
rowski na agodę udersyl. 

— Biorę pana na twój koaal, — caem sprawię na- 
aaej pnb Ucin oś ci present królewski. 

Borowski patraał besradnie w ocz>' Hertenatrini, 
jakby od niego ocxclcując otuchy, czy też namowy 

Kto* sarpnął drzwi: do demnej kity wtoczyi się 
piianv Pa w fc i k . 

Pan Borowski, dawaj tenę ! — krz)'czai, wak|e 
■itt się prosto na sz>*ję. — Tam oni coda proato opo* 
wiadają! Radby popatrzeć, — namaluję mote... Tam 
oni wszysc>' opowiadają, — bo my się tam upili... Wi- 
nem winogronowym upił się i ja... Ty, pan Borowsld, 
nie gniewaj się ! — a żonę tu sprowadź, — ot co ! . . Rącs* 
lię wycałujemy, — uczciwi będziemy . . . Wiadomo : — 
cudza żona! Trz>*niaj się!.. 

Borowski odpycłuł go od sp l>i' /'• i^^strętem i stra- 
ciłem jak złą zmorę. Hertenstein slcoczyl wreszcie 
i chwycił Pawluka za bary. 

— A ty, pan Borowsld, poial się nad Molierem 
i wyrzucaj go won od siebie. U pijanego, wiadomo, — 
dusza przez gębę lezie! Powiada, ie jeśli w łeb sobie 



strzeli, to tylko dla onej to Zośld twojej... A JrUky 
jest na kobiety drań! — Cmtfmtf 

Pan V. Hortenstein, nie ror - vic nir, 2/ym.ii się 

na ten ochrypły, pijany i natr*, . ., s. 

— idi precz, kozaku, idi precz I . 

— Ja liustra szukał i was nalazł. Liustro zbić 
-♦Ił""'*?.. Spiegtl terstklagen, baron TT.rt.ii^f.in ' 

— Tłucz, rób, co chcesz! 

— Zbiję!.. A ty, pan Hertenstein, po co tu przy- 
szedł? Modlić się, — ha? Wiadomo — duszę zapomnieć!.. 
1 ja — i mnie, — bełkotał, czepiając się koid^o z nich 
po kolei, — i mnie tu ciasno w waszej Fluropie... Pój- 
dziesz do akademii : — .tfu, jak wszyscy umieją ! * ; pój- 
dziesz do galeryi: — ,Boźc 13* mój, co ludzie juź arcy- 
dzieł namalowali*, — przytłoczy, zgniecie, zdepcze. — 
Pójdziesz do kawiarni: łeb jak dynię rozedmie. Mądrzy 
wy, mądrzy! Wiek słuchaj, nie nauczysz się!.. A sam 
ja co? Tfu! 1 artyst«| chciał zostać!.. Zapłacze dusza! — 
Dmoęj, — tapiju! — Przyjdziesz hart gdzie zapomnieć: — 
głupstwo na głowę wskoczy, w czuprynę się wczepi i — 
pasMoi ! — hajda, galop! - - U was wszystkiego za duio 
w Europie waszej, za duio, za dużo!.. Miejsca dla du- 
szy niema!.. 

— Nima. mina ! — skarżył się i żalił, gdy go za 
drzwi wypychano. — A ty, pan Borowski, żonie małą to 
rączkę wycałuj pięknie ode mnie, — wołał poprzez gło- 
wę Hertensteina. — Kobiety wyby mnie dali, dobrej, 
poczciwej ! . . Buchnąłby na kolana, stopy całował i ł>e- 
czał, beczałby!.. Tobie, pan Borowski, żony przez to 
nie ubędzie, a ja duszę zleczę, wymyję łzami, wycz^^sz- 
czę z błota!.. Na wykształcenie pluję! oddam panu 
Turkułowi: dramat zrobi; wszystko inne tam — mężo- 
wi, — niechaj! A mnie serca trochu kobiecego... Baby, 
baby mi dajcie ! ta dobrej baby ! . . 



Wypctmiclo go w i e tici e ta dr<wi. Tam pociął 
mebawtm wnetscic^ jak sroka ; laiacsając się od ścia- 
ny do idany, darł n^ ochrypłym głoaeni: 

— Nad moim wmmomi 
Dnachny płakały... 

— CkhOi Pawluk, bo dc wyleją i k>kalu ' 

Leci on wparł się niebawem fdiieś w kąi i Uuki 
giową o śdaii^. 

— Uch, pmdli€. pmikti.. Pnedał jak Judaszl.. 
Za jatehi mówili ; — la ono won draiUtwo, za publikę 
pncdall.. 

Wrcsacie udcłiło wszystko; w sali t>'lko gwarno 
było przy sp usicione j kurt>'nie. W ciemnej loży mil- 



Jakieś swaritwe glosy na koryurzach, potem rap- 
towny trzask i brzęk, co z łoskotem metaliczn>'m poto- 
czył się jakby po kamieniach, ecłui szklane we wszyst- 
kich kąucb teatru zbudził, nagłą dszę wszędzie wycza- 
rował i utonął niebawem w ogólnej wrzawie, krzyku 
i tumulcie. 

— Zbil ! — rzekł Borowski. 




Pod komcc aniraktu orkiestra starała się grać po- 
ważnie, kelnerz>' snuli się majcsutycznie, na głośniejsze 
śmiechy sykano gdzieś z kąta. Ludzie byli jui podnie- 
ceni i poddawali «ę łMemie tym nieokreślonym, niewia- 
domo skąd idącjrm nakazom. Wreszcie dzwonienie: 
długie, powolne, proszące o skupienie. 

to 



Numer główny programu! 

Pried kurtynę wyssedł jegomość w tuźurku i ob- 
wieści! żałobnie, iź panna Yvetta Gilbert w drodze po» 
wroinej do Paryża raczy wystąpić raz jeden tylko. 

.Dobrze robią ciekawość", — aprobował Jebky 
w duchu. — Oto chwila brzemienna, — zwrócił się z po- 
wagą do przyjaciół. — Reklama wyzywa tłum w szranki 
• po^RC ^^^ mierzy. Przyjrzyjcie się dzieci, .co może 
dziennikarz!* 

I.udzir tymczasem wlepiali jui oczy w kurtynę 
i nastawiali uszy; sykano na nieproszone gawędy. Jcl- 
sky zakaszlał głośno dla eksper^^mentu : zakaszlano na 
widowni jak w owczarni. .Skupienie jest!* — wniosko- 
wał. 1 czuł się panem trzody swojej. 

— Start się ! — rzekł, jak kapłan, gdy zasłona uno- 
siła się powoli ku górze. 

1 stało się ! . . Tam, przed rampą stała ona ! — jak 
wskrzeszona legenda, jak wyczarowana z gazet, ogło- 
szeń, wersyi i plotek. .Czarną ma na sobie suknię 
i żółte wstęgi, — mówią sobie ludzie. — 1 te wielkie, 
lśniące czarne rękawice na ramionach, te same, co do 
an^doty już niemal przeszły.* Ona! .Nieładna!... 
Brzydka!.. Wspaniała!..* — .CiekawjTn, czy też pra- 
wda, co o niej piszą*, — myślą wszyscy, a każdemu już 
serce bije, każdy jest już najpodatniejszym do pnyjęda 
takich wTażert, jalde mu w oczy i uszy rzucą. 

Stoi, dłonie splotła i uśmiecha się... .Dziwny 
uśmiech!..* Szczupła, giętka, wysmukla... .A1'v* •- 
oczy, te oczy!..* 

— Hlss, hadiuka czarna ... I — rozlega się na caiy 
teatr tuż ponad głowami Borowskiego i Turkuła. — 
(Pawluk wywinął się na razie z rąk policyi). 

Wreszcie, ona przechyla się giętko, — o posłuch 
prosi : ^A young boy gav* nu kis htart* — zaszoleśctalo 



iSS 

jak liście. Ludiit niepriygolowaiii byli na angiriaki jc- 
lyk. .MhMly chłopiec dal mi aercr twoje* — tlóaiacaoiio 
•obie poipicsmie, podcsaa gdy artystka w>'dągncła 
pracd nc raadoiui i Irwoteie, piecłolowicic ujmowała, 
AÓm «c« coś ■Mbtehwfo w dłonie. — 1 xdawalo się lu- 
daiom, te w tych ctamych rękach drży lękliwie cieple 
kMlride aerce. — Zagrata muayka śpiewnie i łagodnie. 
PlMily pierwaae ałowa — h-ancuakie. .Dlaczego takawieta 
Babel?* — daiwil się ten i ów, lecz kaidy wyplaazal 
caaBprędzej z myśli to niewczcme pytanie. 

Napięcie tak nirzroslo, że pierwsze te słowa były 
dla ludzi niemal ulgą fiz>'cznj|. Glos ntzki, lecz śpiewny 
i jakiś ogromnie kobiecy. W naprężeniu początkowem 
kaidy puazczal mimo uszu melodyę i śpiew, czatując 
natomiast na treś^, na słowa, na gest>'. 1 oto dowiady- 
wał)* się chciwe uszy, źe ...miody chłopak, gdy łz>' 
wszyitlde na rozstaniu w^-płakał, piersi swe roztworz>'ł, 
serce z nich dobył, u jej stóp złożył. .Weś — do ciebie 
wtiak naleiy. Mnie jui nic po lem !* A w czarnych dło- 
niach drga, zda się, pulsuje i tętni to serce, niby ptak 
ofiarny; i krwią widocanie ocieka, ^ ' i uk ramiona 

praed się wyciąga, jakby się bała , , ...mie czemś su- 
knię. W tern sercu, jak na dnie purpurowego kielicha, 
leź>' biała klia pierwszych uczuć, nowa młodość, nowego 
lycia wonie i blaski! 1 pieszczą, i tulą coś te czarne 
dłonie, niby puka przemacscoego na rzei; potem: 
.zwróć mil — daj I* — śpiewają usta, a długie, ruchliwe 
came palce oplatają coś jak ssawki mątwy, wpijają się 
niby ostre i denkie pazury w coś, co drży, łopoce się 
i precz z rąk wyr>-wa. Wreszcie krótki, cichy olarz>'k ł — 
hidiie wcstcłmęli na widowni, tu i owdzie krz>*knęla 
kolŃeta. 

Rozdarła serce! 

1 śmieje się . . . Lecz w tejże chi^Hli zbiera się w so- 



ij6 

bie, odskakuje nagle w tyl, r.tin •t^.t pr/' i si; rozpacznie 
wyriuca i pręży długie palce Jaki^ l<;k puiworny wy. 
kńywia jej twarz. 

I ludziom się zdawało, że widzą u jej stóp żmiję ! 

A ona krzepnie w trwodze, drętwieje w przestra- 
chu, długie czarne ramiona wyginają się jak węże, prężą 
się ruchliwe, cienkie palce. Ludzie słów wciąż jeszcze 
nie rozumieją, ale każdy czuje, że żmija dosięgła jej 
stóp, oplata nogi, po biodrach się ślizga. A muzyka gra 
śpiewną zwrotkę. Piosnka prosta, co do połowy wiersza 
opada, od polowy w górę wysokim tonem sięga, — i do- 
nosi, jak echo skargi dalekiej : 

ZgOTMoła fuś mtłość. 
Tęsknota nie mija, 
Z białych ucmU kwiaht 
Ptłmut CMoma śmifa. 

Ona przechyla się, słania i opada niemal w gięt- 
kiem przegięciu ciała. A skarga ta dziwna wciąż dale- 
Idem śpiewa echem: 

Jadem ciało -ó śliiti. 
Jadtm cii plugawi. 
Mego ducha gruzy 
Jadem marzeń trawi. 

Jakiś nieludzki, blady ból kurczem obrzydzenia 
wykrzywia jej twarz, brzydką w tej chwili jak u czaro- 
wnicy. 

Nietoperze rojem 

Resztą krwi mej piją. 

Czego chcesz ty? I.. 

Na twej biaUj piersi 
Skot$ać ezamą śemiją /. . 



I |Midly te tlowa, jako ignyt pckni^j ttniny. 
Te blado i bcswtednie roM^ylone oaca, ten nieuchwyt- 
ny w)Ta2, nie wiadomo: imntkn kobierr. czy c ynlfu 
aktorki ! . 

Osunęła aie lariona 

1 dna byia. Na korytarzach t>'lko, fHF»^n>'^Hzie 
warczał gaz, i dziwnie odbijai się echem tui wo- 

zów na ulicy. Zdawak> ńc, ie tamt^y ciągną jakieś 
kondukty pogrzebowe. 

,Co to było?* — pytai samego siebie ten i ów 
trzetwicjsz>*. Lecz oto pada pierwsze khUniccie jak 
strzał, — oldaski bić zaczęła* gradem o pułap, toc/ ' 

jak grzmoty: — runął łoskot, wszczął się krzyk i : :. 

Gdzieniegdzie ponad tłum wyrzucały się rozpacznic ra* 
miona ze złoionemi do oklasku dłortmi, lub ukazywała 
się głowa z oicrągłemi oczyma i szeroko, jakby w przr- 
strachu, rozwartą gębą. Ryczała, pieniła się u szak>na 
(ala przypływu gromadnej duaz>'. Czuć było pot ludz- 
ki, — tłum śmierdzieć pootynał. 

— JewoM Marya, Borowski ? ! — krzyknął nagie Her- 
lenstein i rzucił się na brzeg loly, by go wpół pochw)*- 
cić. — Bój się pan Boga, loo słyszał tak się w)'chylać ! ? . . 

Jelsk>' stał na froncie loty dziennikarskiej, nawprost 
sceny. Kiwnął przyjaźnie dyreittorowi teatru, i wyjąwszy* 
machinalnie gazetę z kieszeni, uderzał nią o parapet loly, 
spoglądając niwibale na kłębiący się u nóg jego tłum. 

— Przepolętnal — zaśmiał się z tryumfem i rzucił 
numer gazety na głowy inteligentnego motłochu. 




sparty na ramieniu Jelsky'ego wlókł 
się ciężko do domu; co chwila przy- 
stawał i oglądał się trwoźnie poza 
siebie. .Plurt na te zmory !• — uspokajał go kilkakrotnie 
Jelsky. 

Zagrodziły im drogę długie, śiizko wydeptane sto- 
pnie, wystające z równego szeregu kamienic. Borowski 
zapatrzył się na potężne, omszałe kolumny i na baro- 
kowe posągi w niszach. 

— Nie pójdę! — zawołał nagle i przysiadł na sto- 
pniach kościoła. 

— Chciałeś, żohy cię do domu odprowadzić? 

— Bodajbym był przeklęty ! 

— Eh ! — skrzywił się Jelsky. — W Uki melodramat 
wpija się pierwszy lepszy cham gorzałką. 

— Ja jestem trzeźwy. 

— No chodź!.. Ambicyę cenię nawet u pijanego. 

— Bez ludzkiej ambicyi i głupoty ty byłbyś zerem. 



'S9 

' ' ij, obąi, Borowski... Ale wttoik x tych tlo- 
jiiii, imt tu j«rt( iainnie i bluintrrcse. 

ZamMUt odpowiedii priyłgnąl ustami do buBiMi- 
nych icbodów i tny krotnie w piersi si^ udenył. 

PUkad nic mofę, — twpuUt ujmując Jelsky'ego 
{HMi r.imir. -To mi piersi ctiytM roaadn!.. 

I.iry.jnk ty, umieją jui tylko na scenie płakać. 

Ja ii.i 1- r-nir sactenej się modliłem, nil teraa. 

— Kaidy x nas. Borowski, kaldy z nas dzisiej- 
azydi HM taką scenę, na której z powodzeniem szcze- 
rość odcr>'wa. Ja tylko w druku umiem się jeszcze szla- 
ebetnie oburzać. 

Ja chcę się modlić! 

— Widzę jedyną drogę wyjścia : wsu-jpić na scenę. 

— Bole, Bole mój, cośmy z życia zrobili!.. Wi- 
dztsz, kto tam bvl, trf^o próg kościelny nawH odtrąci. 

— Gdzie? 

— W Qm§iu, w icairze, w Hztuct- — 1«» jrdnrgo 
dyabła panowanie. Twote to. |elskv. kmU-stwo. tui 
moc i chwalą. 

— Pan gardańsz sztuką? 

— Tłum widziałem, twoją potęgę pojąłem... Gar- 
ÓM^ sobą, nienawidzę swego i>'cta ? 

— Ale sztuką, p>nam? 

Borowski zwiesił głowę i miiczai. jcisay roześmiał 
się krótko: .Oj, to słówko, to słówko fatalne!* 

— Czyś pan co postanowił? 

— Wyjeżdżam dziś jcncze. 

— Hm!.. A żona? 

— Ja zbieg, ja złodziej, powrócę tam bez własnego 
imacnia, bez przeszłości, bez żony, l>ez celu, treści 
i przywiązania do żyda, tylko z tą jego klątwą ! . . 

— Ze sztnką ? — skrzywił się Jelsk>'. — A kto dę 



i6o 

Um bidzie lansował? Macie u siebie porządnych dzien- 
nikarzy?.. Ale przcdewszystkiem, co zrobisz z żoną? 

— Pozostawię ją Kunickiemu. 

— Jak.^" .. l>ozostawic * ? 1 dlaczegóż koniecznie 
jemu? 

— Ponieważ ze wszystkich łotrów, jakich znam, 
ten karyerowicz wydaje mi się naj uczciwszym. 

— Hm!.. — Jeisky wydął wargi. — Żenią się, — 
chcesz powiedzieć... A no! poświęconą została sztuce, 
niecliże z kolei poświęcą ją karyerze. Poświęcanie się 
jest losem kobiety. 

— Molier!.. — przypoiniuai solno nagir łiurowsKi 
i nachmurzył się. — Jego mi źai : — miody ! On się o tę 
przeszkodę gotów rozbić w życiu . . . Ale gdzie się po- 
dział MoUer? 

— Poszedł z tą . . . rączką, z loży. Widziałeś ją ? 
Borowski splunął. 

— Niech was wszystkich piekło pochłonie! 

— Dla takich mniej więcej poświęcają się kobiety... 
1 one znają to słówko: „sztuka"!.. 




Przy bramie opuścił jednak Borowskiego spokój. 
Wargi dygotać poczęły, ręka czepiała się kurczowo ra- 
mienia Jelsky'ego. Pociągnął go ze sobą na górę. „Chodil 
dam ci list do Kunickiego. Boję się o tę pierwszą chwi- 
lę dla niej. Chodź ! * Kazał mu jednak oczekiwać w sie- 
ni ; Jeisky rzucił ramionami, siadł jednak flegmatycznie 



iół 

lu ichodach i poaąl m^ bawk wotkowcmi upalluum. 
Borowała witinąl tic do miwikinii na pakach. 

Priyćmioiia laiiH>a pod abaiorem pafi aic na Mole. 
Jak lawtae m kUuck ratach,*— praemknclo przci myil 
Borowalbtett.— Ta data, bunpa t cterwonym abażu- 
rem, oatry cicA na ścianie: dhigi, ctamy i uki dtiwnic 
niespokojny ! — CxuJ, jak ta kaldym krokiem traci wla* 
dtf woli, jak to fatum tnanej gorąctki poctyna kiero- 
wać jego mchami... Skrada tic na palcach, ctai, wfai- 
•ocfo cienia ploaay i wtdryga... Prtet chwilę tapo- 
nuital jakby, po co tu prt>'siedi; — apojrtal na biurko 
i nucił si^ do niego... Pnertuca kartld, prt3rpada na 
krtealo i kreśli jakieś ilowa betfaidne, gorąctkowe: — 
ostatnie pożegnanie. Rtuca pióro i — roztwiera t hala- 
•em atufladę!.. Nie, — nie to! nie to!.. Chce biedź do 
drugiego pokoju, leci wtrok jego pada rat jeatcie na 
biurko. 1 tdawalo mu tic w tej chwili, le te w aiy Hkkh 
ciemnych ki|tów pokoju rozlega się potworny, złośliwy 
chichot... 

Na ttole leiafai biała ctytu karta: nie napisał ani 
słowa! — Wiódł piórem górą, ponad papierem, jak ta- 
wsse w takkk ratacli. 

— Bole mój ! — jęknąL Opadł na krtoiAo^ ręce zwi- 
sły l>etwfauinie. — Boże mój, więc ja naprawdę nie mam 
sił do prtmśmMgo źydal?.. 

Zmógł się prtecie i pisał t wysiłkiem wielkim: — 
•Wśród nas wstystkich ty jeden tylko nie zgniłeś do 
reszt>', ty jeden kochasz mole prawdtiwie. Ona jest 
bierną jak kaida kobieta: miłości potrtebuje, pokocha 
tego, kto ją kocIuL Broń i strtet ! Jestem najpodlejsz)^ 
człowiekiem na świede.* 

Ale gdy drzwi uchylił i w półmroku ujrzał jej ja- 
sną głowę na poduszkach, uctuł, źe nogi uginają się 
pod nim. Coś s icie r e go uderzyło go t>'m ratem jsltby 



/6j 

obuchem w głowę i rzuciło do jej nóg. ^Ty AwicU 
ofiaro*.*. !' — zacięło mu się jui w myślach na wysoką 
nutę, Irc2 łkanie wtłoczyło mu te słowa nazad w piersi 
Cłiłód jej stóp, które do czoła cisnął, wyzwolił mu Izy 
z oczu. Płakał jak dziecko, mając jedną my^l tylko, że 
to źródło łez jest dla niego jedynem już źródłem szcze- 
rości i prostoty: mocy życia! 

— Wladuś! — szepnęła we śnie. Uniosła się na po- 
duszkach, zgarnęła włosy z czoła i znowui opadła na 
posłanie. 

— .^pi, — myślał, — oczu nic otwiera." 

— Włada, zostaw mnie, — zostaw mnie ju* dzisiaj. 
SU brak! Ciała juź nie czuję, duszy nie mam.. 

— Jezu! — krzyknęło coś w Borowskim; — Zoclia, 
nic ! — ja nie to . . . 

— Piłeś znowuż, Właduś? 

— Matko Boża ! . . . Zochna, Zochna, sa coś ty mnie 
kochała ? ! 

— Ja cię zawsze, Wladuś, lubię, ale dziś idź iuź, — 

idź : . . 

Borowski podniósł się cicźk> / kolan. 

— Idę juź, Zocha, — idę!.. A niech cię Bóg... 
Czucie instynktowne przepłoszyło ją w tym półśnie. 

Porwała się z poduszek i siadła na łóżku. Nerwowym, 
niespokojnym i sennym jeszcze ruchem przygarniała 
włosy na tyle głowy. 

— Nie, Władek, wróć się lepiej, bo ja się czegoś 
boję. 

Borowski wysunął się cichaczem do sieni. Jelsky 
siedział na schodach; urządzał sobie iluminacyę w wo- 
skowych zapałek i wygwizdywal piosnkę Yvetty o roz- 
dartero serduszku. 

-Jełsky? 

— No? 



— WUdek!— woUI i wewnątri lupryiay, t^nny 

— No,— JHsky gaial po kolei świecilri,— to bvlo 
do pnrwtdjenui, te t>* eidćtu nie darujeu. 

Podtluchiwmli pode dnwiami: miękki plusk bosych 
aóf o podloft, a potem nagły kri>'k: 

— WUdrk!!.. 

Borowski biegi na dól, prteskakując po kilka sto- 
pni. Jfhky stal w sieni i nadshiduwal; roirsewnialo 
go to phwksnie bosych ndźek o podłogę. .W kosniHnie 
biedacska biega.* 1 mowuź krzyk, tylko tym razem cich- 
siy, niespokojny, |>oc2uciem snaocności lękliwy! .Goto- 
wa sobie co złego zrobić,*— ponyilal Jelsky.—, Właści- 
wie, wystarczyłoby w tem miękldem serduszku zbudzić 
anarchię uczuć, aby ...* — Usłyszał w tej chwili ciężkie 
ommięcie się dala na ziemię. 

Ujął za Itlamkę: drzwi stały niedomknięte. 

— A no ! . . — mruknąt — Zgasił zapałkę, zdjął 
grzecznie c>iinder i wilisnąl się na palcach do przed- 
pokoju. 




-«i »* ^v»* w»l ^ «<rM P>PM—^^^^lWiSiW»^»^>rf%»w^V^* W 



KoAca tej drodze nie widać ! Nogi drętwieją, grzbiet 
w paląk się zgina, głowa cięlko na piersiach zwisa; — 
cinlD się nie dowlecze... 26łta smuga bUsku od kinkie- 
tów tastygfai jakby i onartwiain w dtzy,— i ta ideika 
tal przed rampą— długa, równa, nieskoóczona . . . 1 do- 
kąd ta droga wiedzie ? . . Pary czarnych, Uniąc)'ch w cie- 
■MioAei, wieikidi, okrągłych oam... .Ue ich tu j»t dzi- 



,64 

ti«j* — dziwi się Borowski. — Dech ich zaparty, pierś 
cickawościii przytłoczona ... I oczy ! — setki, tysiące oczu 
wlepia się w niego źądnie, chciwie, i ssie mu z piersi 
krew serdeczną... Idzie wciąż, wlecze się bez końca; 
diwiga na sobie jakii ciężar, co go lada chwila o zie- 
mię rzuci . . . Padnie, zwali się ! . . Wszak te oczy wszyst* 
kie na to tylko czekają : — padnij I padnij ! . . zwal się 
i krwią nam w oczach zabrocz! 

I dokąd wiedzie ta droga?.. Przez kłamaną scenę 
życia na serdeczną scenę... Boże mój. Boże litościwy I.. 

Nagle ghiche łkanie wyrzuciło się skądcii echem 
i padło mu jak kamiert pod nogi. — Potknął się!.. Zmógł 
się i dalej idzie... Oczy! oczy! oczy!.. .Władek, Wła- 
dek mój!* — załkało po raz drugi. — Potknął się!.. 
W kamiennej ciszy wyczekiwania napięta struna gro- 
madnej duszy ludzkiej już huczeć poczyna: pęknie lada 
chwila. Oczy! oczy!.. ^ Władek, ci artyści u ze 

mnie dziew..!* -Potknął się, zatoczył i runal if». 

Brawo, Borowski ! . . Bis ! . . 

1 wre, huczy, przelewa się ten zgiełk. A polem sy- 
kania: .Cii..! — Dosyć, Borowski! Niech błn; • raz 

idą!" — 1 wpada ta trójka w spiczastych < h, 

o kredowych pyskach i wielkich karminowych wargach: 
wrzeszczy, skamle, szczeka i przeskakuje przez niego ze 
śmiechem: ,Hopp!.." Oklaski, brawa i ^mifcli Ma/nów: 

— Hehehe..! — 

Ocknął się i dźwignął ciężko z ziemi. Pusto było 
na trotuarach. Podwójny szer^ żółtych latarni zamykał 
się klinem, hen, w dalekiej perspektywie. Ponure, senne 
mury wyrzucały na cichą ulicę nie samotne echa jego 
kroków, lecz za Icaldem stąpnięciem głuche stłumione 
łkanie. 

Płacz, Zocha, — płacz!.. 

Ponad miastem, na chmurach, drgała krwawa, 



tós 

tywi, tctnu|ca luna jaldegoś potjuru, nsnuwaly ją ciar- 
ne ki^islai buchającego djrniu. A jednak dsia i pust- 
kowie naokół,— wi'>Ttr:. ritta panowała o tej pone na 



..A tan — mowut accna! Tym raiem gdiiei 
w ncmnych wytynadi, pod gwiaidami, heni Ten oile* 
piający tar kiakfetdw, ta płonąca blasideni plama na tle 
ciarnej, gc^ic^if prsepaśdstej głębi nocy! — 1 oni wtsy- 
•cy zwlekają nc tam po kolei — iywi, jaśni, promienni, 
— pławią nc w blaskach!.. Oto wloką się bez celu 
oni — młodzi ! — smutni, błędni, z krwawemi przepaska- 
mi na oczach, z w^Tazem niemocy na bladych twarzach; 
bcailne ręce przed się wyciągają. .1 t>'źeś nas opuścił. 
Borowski! — xy, piersi naszych jęku. nirmocy naszej 



Przeszli — minęli — ... Tam w glębi klębtą się cie- 
mne dymy i krwawią łuny pożogi; długim grzmotem 
tłumnych rozgwarów przebiegają dęllde szeregi, słychać 
nieustanny suchy trzask, huk straszny i trąbb dche^ 
natarcz)'wc granie. Marsz! marsz!.. I oto .leci z sza- 
blą pan mój stary — złot>' jak kudłat>' lew . . .* 2^nuły 
go d>iny, pochłonęła kiirzawa... Z dymu wyłania się 
starzec, krwawego trupa na lewem ramieniu diwiga, 
prawą ręką lirę do piersi tłoczy. .Gdzie walki jego 
ecłio ? gdzie cz>'nów jego śpilowy dzwon ? . .• — 1 minął 
starzec, jak mija przenłośd krótkie wsponmienie . . . — 
Lecz oto wpada drugi, rozwichrzonjm włosem twarz 
prz3rsłania, stryczek tylko na %ty\ widać. Poznał go Bo- 
rowski i jękiem powitał. •S>'nu, gdzie żyda mego ślad, 
gdsie głos i skarga tych, co umarlydi wsknenają, 
z ż3fW3mii cierpią, a pnes sennych tratowani— giną ? 
Gdzie są tłumu dzisiejsze ofiary? gdzie mojej, gdi^ 
twojej, gdzie naszej doli skarga i bunt? —-Synu! synu!— 
synu mój!* 



t66 



1 idawalo lic Borowskiemu, źe to jainienie w gó- 
rze blogosławiototwo promienne na potcpioni| głowę 
mu zsyła; tęsknota poczuciem mocy piersi mu rozszerza 
i pukiem rwie się w górę, — Um do nich! Prostują się 
idrętwiale skrzydła, szeroko zagarnęły sięgi, — oto z zie- 
mi nę podrywa, w powietrzu bokiem się kołysze i or- 
łem do nicti leci. 

.Władu^ Właduś! Władek mój!" 

— Sł>'szc cię, Zocłina, słyszeć będę pólci zyn.!... 

,ho w strcu mum, choć jt ukoją, 
^bnmitić będą drogie łkama twój; 
Jak bąhm. gdy gra do ataku!... — 

ł^mad miastem gorzała łuna pożaru. 



sa ^M 




Kroki wywiodły go na ślepo przed oświedone 
wejście łiotelu. Turkuł oczekiwał juź w westybulu. 
W wązkim gumowym płaszczu i w małej wełnianej cza- 
peczce na głowie, krzątał się o walizki: ptak przelotny 
gotów był do wędrówki. 

— Jesteś pan? — witał Borowskiego niedbale, zaję- 
ty bardziej swą walizką i portyerem. 

Na Borowskiego mrozem powiało od tej twarzy. 
Przed chwilą jeszcze oczekiwał tego spotkania, jak wy- 
zwolenia; zdawało mu się, źe wydeitczony padnie 
w czyjeś ciepłe ramiona, co go obejma, wesprą, sił 
i otuchy dodadz;). 

— Panie, jak oni lu zdzierają! — skarżył się Tur- 
kuł. — ...Rzeczy pojadą omnibusem; my mamy czas. 



/*7 

l>oMiiimy pimOi opowiem panu po drodie jrgo rolę 
w ^ Pr 11 ■■■«<»!».* 

Ujął go pod ramię i wyprowadai na ulicę. Płacąc 
napiwek groomowi, roapociynal twą opowieść: 

— Widma pan, w mojem .PraeniacieDiu* gtówną 
rolę ma miody artytta. Pun c<ujeax miloić artysty? 
Bcmf situka - kobieu ? — problem ! — (Prayparl lokcir 
do liebie i, idtnąwazy mocno kułaki, balansował nimi 
w napiędtt) — poyoms! — pasuje się. — (Otwartą dłoni.i 
praedął w powietrsu jak siekierą). Prtepołowił scrcr! 
Połową kocha, połową tworzy. Cx>' pan potrafisz od- 
dać tę poiowiczność, tę szczątkowość we wszystki^Mn. 
co człowiek m>'iU, kocha, czuje, tworzy? Te... te nu- 
pododągane struny, te zgrzyty, tę atmosferę ułudy... 
Bom I — 1 zja%iria się, widzisz pan, ta fatalna nuta bez- 
wiednego fałszu w stosunku obojga. Projekty ! projekty ! 
Czy wiesz pan, jak potężnie marzą improduktywy?.. 
Zaczyna pić, zacz^iui kochać mocniej, ctia vnU tkrt: na- 
miętniej. A potem ta tęsknota do harmonii uczuć, myśli, 
•arzeA, cz>'nu; ta potrzeba złącienia, zlania, stopienia 
w jedną całość sztuki - kobiety, — poyams, mój problem ! . . 
Zaś ona — taka mała polska kobietka. Pan zna ten 
gntręek. Bom/ — Otói... 

— Otói, — przerwał niecierpliwie Borowski, — ten 
poAaki artysta porzuca kobietę. 

— Nie. On ją tylko połowicznością swej natury 
i lepszą cząstką swego ja wprowadza beswiednie w świat 
smutku, rozmarzenia, potrzeby ofiary. — Ona dobrowol- 
nie ustępuje z drogi. 

— Dokąd ? — Borowski zatrzymał się na ulic>'. 

— W grób. 

— Jezus Marya ! . . 

— Mocne w koncepcyi? — co? O, ja zawsze mocno 
pisię. — Turkuł nie zdawał sobie spraw\\ le człowiek. 



i6B 

do którego mówi, jest uk wlasnemi ranami obolały, źe 
kalde dotknięcie kurci trwogi wywołać w nim musi. 

— Widzisz pan, — tłómaczył Borowskiemu dalej, — 
przeznaczenie powiodło go kołem i rzuciło nawpół ży- 
wego tom, gdzie go mieć cłiciało. I teraz dopiero — 
twórz \ ' 

Z kolei zatrzymał się Turkuł i wyrzucił dlort w górę. 

— Ars triumphatts / — wolał. 
Borowski zaśmiał się gorączkowo. 

— Panie Turkuł, czy tak mocno stoi się w życiu 
na trupie? — Ręce splótł na głowie i w gorączkowym 
śmiechu zataczał się na ulicy. — Ludzie, do czego wy 
dziś dochodzicie! 

— jakto do czego? ICapitalne wnętrza ludzkie wy- 
ciągamy ! 

Borowski śmiał się wciąż. 

— O, ja to panu zagram! Ja to świetnie zagram. 
Ha ! ha ! . . Panie Turkuł, jakże to Molier śpiewał w ka- 
wiarni? — .W tern naszej sztuki smak, naszło życia 
sens ! " Ha ! ha ! — Borowskiemu spazm gardlany zerwał 
śmiech. — Panie, jakie krwawe są te nasze wnętrza, 
w których pan piórem dłubiesz po nocach, powróciwszy 
zapewne z tynglu lub zamtuza ... 1 ja, i ja jui wstąpiłem 
nogą na czyjeś piersi! Tylko jeszcze mi się to rusza, 
jeszcze drga i żyje! Jeszcze mnie te drobne ręce roz- 
pacznie . . . Boże mój . . ! 

Turkuł wtłoczył ręce w kieszenie i spoglądał na 
niego z podełba. 

— Panie Borowski, — rzf kJ po chwili, — nieszczę- 
ścia, tak zwane, życiowe... 

— To nie jest nic literackiego ! — ofuknął 1 ^• ski. 

— Otóż to! Nieszczęścia tak zwane >*V'i •. ■, to 
starcia naszej upartej woli z naszem pr/ /; ■> /> lurm. 
Wierzaj mi pan, najwięcej zła, krzywdy, szkody sieje 



109 

w lyciu ten, co x pnenMCseniem twcm walory. A wiesz 
pan, co oo I po ti cw u twych najlepszych ch^ zbiera? 
Fałsz i kfauMCwo na kaldym kroku. Trzeba mieć od* 
wagę powiedzieć ,nie! * nawet na obowiązełL Ale na to 
lwiej pooo polcfi potrzeba. Nalei>' mieć ten zm>il pro- 
stoty w sobie, aby najistotniejszej cząstce ducha swcfo 
przymać shisznoić w tyciu. Lecz na to dziecka pono 
potrzeba. 

Loakot uliczny prz>'cichl nagle, — stal się głuchym, 
podziemn>*m, dęlkim: droga wywiodła ich na mosu 
Praed oczyma Borowskiego zaświeciła mętnym, ciemnvn< 
pol>*skicm woda, nurzająca w sw}'ch falach długie i 2 . 

- \ki bUsków od nadbrzeżnych laumi. Huczał i du- 
dnuł most, — a tam na dole szum i zgiełk mrukliwy 
i jakby odwieczny w swej ciężkiej monotonii. Ponad 
miastem, w bok, mrugała wciął niema łuna cichego 
[K>ia ru. 

Szli wolno. Kiedy niekiedy Borowski "przystawał 
i wipieral się na baryerze, Turkuł poddawał się, mil- 
cząc, jego wolL 

— Wspominaj pan najgorsze chwile swego zycia; 
to sił dodaje. Czy nie poniżałeś siebie, aby swej dumie 
boleść sprawić ? — pytał nieswoim, namaszczonym gło- 
sem. 

— Tak, — odparł Borowski, zapatrzony w pęd 
ciemnej wody i czując, jak sam w wir jakiegoś pędu 
wpada. 

— Czy, chorym b^dąc, nu- udsyłałei pocieszyciela f 
Cz>' nie zawierałeś przyjaźni z głuchymi, którzy nigdy 
nie pojmą, czego pragniesz? 

— O, tak! 

— Czy nie podawałeś ręki upiorowi sumienia, kió- 
ry cię su^szyć chciał? 

— Tak. 



— Ciy oMAAwidiiM tefo aoMilai, co wofai prs^ 
kiidym krokiein twoim : , auiMt t * •— i poicźaą łapą do 
liHni dc tlociy? Ciy nie srywał ci ac w dusiy oknt)^^ 
.chcę!- 

— Tak. 

— I jako świętość pokochałeś twe .mutisi I ■ Te- 
ru obłęd dobrowolnego szału znajdujesz nawet w swej 
największej świętości. Rabujesz sobie wolność ze swego 
ttkodiania. 

— Tak. 

Dobrze, ii mi .tak' od|M>wiadasz : to jest mowa 

. . I oto, Borowsld, — kończył Turkuł i wpół go 

< ^ wał,— nazwałem ci trzy przemiany duclia: jako 

duch wielbłądem był, lwem się stał, w dziecko się 

zmienił . . . 

— Skąd pan to . . ? 

— Słucłiaj ! — Na zimną twarz Turkuła strzeliły 
rumieńce; recytował z prz^ęciem, z piersi te słowa >v\- 
głaszał. — Słuchaj!.. Bo niewinnością jest dziecię i za- 
pomnieniem. — Zaponmimiem, — Borowski I ' ' 
wopoczęciem, jest grą, jest toczącym się {>< 
pierwszym odruchem, święt^^ .tak !" mówieniem ! 
O, do gry tworzenia, bracia moi, należy święte .lak* 
aaiiczyć się wymawiać: swej woli poźąd.t durh, ś\vi:«t 
swój odnajduje, kto świat swój utracił! 

— Skąd pan to ? . . Czy jest taka czarna 
eoby mnie potępionemu rozgrzeszenie dala? 

— Takiej niemasz. Jest natomiast inna, Icfiśra ci 
dumę daruje. Przeczytasz — i slanieM na sceiiie jak l>óg 
olimpijski ! 

— A ona?.. Zocłua?.. 

— Śmierć — życie, t>ól— sztukę rodzi. 

— Ale nie podłość. Zlituj się pan, ale nie podłość! 



'7/ 

Zilepue lo, oo t mkm wfanifm u nóg mub się wie- 
■ta... O, Ml DC tbrodaic t>kie dttedca tylko potneb*! 

Turkiił tupnął aogą*— 4 gadaj tu i nim ! . . 

Borowiid ina ad y li l lic praes Uiiryer^: patnal na 
wod^ wahichiwał si^ w jej amary głuche... .Władek, 
Wladbk! — ci ar^fAd arobią ae anie awą dóewltę!..' 
Gani, jak ten p^ praad oeayna nucą w praeciwnyai 
Ideninlni, ponoai coraa lo prędaej, coraa to gwałto- 
wniej . . . Hucaal i dndMal aiu moat ponad gkkwą . . . 

• Siopp ! . . — TołiRiI w aanui por^ achwycił go la 
bary i aerwał i portcay. — Panie Borowski, t>ój się pan 
Boga ! — J mick iaden męźczyana nie topił się z nieade- 
cydowania. 

OoiowaU patriał na niefo l>łcdni<' przeraioncnii 
oca^ron i oolał aic tyinn. 

— Co panu!?.. 

— Nic,— juź nic ! — min^. Wtedy . . . zanim to uczy- 
nilaas, apojrzalero — i te oczy I., te ocz>' paiUkie zimne 
rozżarzyły aic w jednej chwili jak w^le. MyAlałem, ie 
mmit prowacUi... 

— Kto taki? 

— D>'abeł!.. 

-^ W imię Ojca i Syna ! . . Oj, ile. Borowski ! sła^ 
byi ducłiem, wróć się lepiej um — w loże małźettakie, 
w wjrrzuty aumiema i obowiązlci. 

-- Nie mogę: stało się! Nie wiem, czy ile czy do> 
brze robię, nie wian nawet, dkKsego tak uczynić mu- 
■aę, — ale wracać jut nie mogę! 

— Przeznaczenie t^ objaśnił TurkuL I ruszyli dalej. 
Turkuł, npląaawaay aię w kr^ jednych myśli, nie 

OMkgł z nich wybrnąć: ustawicznie coś waponunał i re- 
cytowaL Wrcazde objął Borowskiego serdeeanie i przy- 
garną! do piersi :— .Kocham tych, których dusza głę- 
boka jest, nawet gdy od ran acr de oa ydi ginie, Irogo 



tlrobne przejście snisic^yć mole! — albowif m ci . . 
riy pnec2 most przechodzą!* 

Stanęli wreszcie na brzegu przeciwnym i, oparbzy 
się o balustradę, raz jeszcze spojrzeli na miasto. Z cie- 
mnego zwaliska murów wyrastały w czerwień płonące- 
go nieba kościelne wieże, niby czarne i nieme upiory. 
Cicha luna pożaru drgała wszerz po ciemncm niebie. 

— Tam! — myślał Borowski. 

— Tu! — wmuszał wert Turkuł, ściskając mu dlort 
jak w kleszczach. 1 aby odwieść mu myśl w inną stro- 
nę: — Poźejniaj pan rekinów, westchnij do przyjaciół 
z kawiarni i tynglu. 

Borowski opadał coraz bardziej. 

— Panic, — mówił słabym głosem dziecka, — może 
to wszystko prawda, co pan mówił, — moźem i ja umę- 
czony mem szczęściemi i niedolą, mą miłością i obowiąz- 
kiem, mą cnotą i winą! Może i ja na to tylko szamo- 
tałem się, aby mnie przeznaczenie tam wreszcie rzuciło, 
gdzie mieć mnie chciało!.. Ale gdy pomyślę, gdzie to 
wszystko dojrzewa i bólem uświęca... hoic rozpust)', 
— kawiarnia, — tyngiel,— dziewki, — błazny, — zidyociałe tłu- 
my wielkomiejskie, — prostytutki uliczne ! . . A ! — wszystko 
to takie małe, drobne, brudem cuchnące!.. Ha, ha, ha! 
.sztuka !" 

Odrzmii sn; <»(i l)ary«Ty, dłoni*' w c/oło wciskał 
i śmiał sig. SmiccIi trn padał w bczdcn, leciał w czarna 
przepaść, aby gdzieś, w głębi od skalnych odbiwszy się 
czeluści, wrócić ku górze krzykiem rozpaczy... Turku- 
łowi dreszcz poprzez ciało przebiegał. Nastawiał uszy, 
poruszał clu'apami jak wyżeł: czuł sztukę!.. 

— Śmiech tald wart życia, — rzekł. — Ten śmiech 
z pod piwnicznych wienei grobów dochodzi: tak się 
śmieją dawne wielkie trupy nad dzuiejszem życiem... 
O, kto śmiech taki usłyszy, ten sam śmiać się przesta- 



nir ! . . Ciebie, Borowski, widoma Uslu Bota opromienia. 
Ty I Bolą laaką śamktś walczyć... A tamto wszystko, 
ten nawda tzHiki,— gardi nim! Wszystko, co nasze, co 
młode, co dna tc jaic — tp nikczemność, to brud i rozkosz 
AakMoal Ale ny jencae iiieiiajforw,^ skoro śmiać się 
tak wnkmy— z iyda, a Indii, s samych siebie . . . śmiej 
się. Borowski, śmiej! Ten śmiech będzie tryumfem na- 
siej ssderej situki nad naszem kłamanem żydem!.. 

Szumiało miasto i gadała rzeka« Drgająca łuna roi- 
nocała się po niebie coraz to szerszym płaszczem. 
Gwiazdy gasły. 1 trzepotała się ta łuna na cłunurach 
jalto wielki krwawy ptak; ciclu i niema, próbowała 
jakby zniewolić do ratunku obojętny huk, zgiełk i gwar 
pustego życia miast i^ńelkich. Czarne wieże kościołów 
strzelały w tej krwawej topieli coraz to wyżej i w\ 
zapoomiane od ludzi, same nieba sięgały. Boga wz> w^.^- 
ł>' na ratunek. 

Turkuł spojrzał na Borowskiego... .Przecież on 
»pł>'nie tęsknotą jak krwią,~poinyilał.— Przecież on 
1 tęsknoty za nią powiesi się n.ijd.ilej za dwa. trzv Uta. 
Tacy nie strzelają się nawet* 

I nie potrafił tej myśli opanować: 

— Wiesz ty, 2e tym razem na śmierć idziesz? 

— Wiem,— Borowski machnął ręką. 

Po wiaduktach między murami biegł pociąg, ska- 
kał z łoskotem po zwrotnicach, w^^padł zdała na nasyp, 
gwizdnął i pędził przed się w oł>ce, dalekie światy... 
Pozostał po nim ten pęd i rozmach w powietrzu, tr> 
rozpierające piersi pragnienie k>tu... 

— Pora nam! 
~ Pora. 



CZĘŚĆ DRUGA 



rs2C2r łuna polaru dila się na niebie, gdy Jelsky 
wychodxil na ulicę. Długie wyda i skomlenia 
iwistawek fabrycznych zwiastowały demn>'in 
przedmieścioin świt. Ledwo doatrzefalna mgła 
zmjTwała kamienice i bruki niby deszcz ulewny. 
Ortra wod mieiskiego poranku: zapach wilgoci, 
alkolioln i ś wię tego piecowa. Śródmieście usnę- 
ło nareszcie i dsia legła na pustych ulicach. 
Gdzieniegdzie tylko oświetlone sutereny; wewnątrz* 
białe, jak denie snujące się posude, i ten ckliwy 
sapncb ciasta i draśdśy. — Jcisky wypróżniłby w tej 
chwili loeszenie za filiiaiikę czarnej kaw>% ale ka- 
wiarnie były jui zamknięte, czy tei jeszcze nic o- 
twarte. Czul oskomę w gardle i obrzydliwą niemoc 
w członkach. Księżyce lamp elektrycznych ćmiły się 
ponad ulicą już tylko zrzadlm |^dzieniegdzie rdzawem, 
ceglastem jaśnieniem. — .Ta oszczędność magistracka ! — 
gniewał się Jelsky. — Ludzie, — filozofował wnet po- 
tem, — powinni żyć i spać naprzemian. To regularne 
zanienuiie życia z tej tylko racyi, ie sloAce naslo, 
pnsrpomiaa stare przesądy i jest resnką mHanchoKi 
poc zd w e go żywou naszych dziadów.* 



.K.iui.irni! ' — dopominało się w nim jakieś roz- 
przęirnic wfwnęirznr. 

Poza olbrzymicmi szybami narożnych wnętrzy wi- 
dniały jeno po ciemku fantastyczne rumowiska krzeseł 
na stoUkacłi. 1 tam tlił się, gdzieś w kącie, tylko jeden 
płomyk gazowy, rzucając, między te ruiny i na zgasłe, 
zmatowane lustra, tajemnicze źólte smugi. . Titns / — 
Jelsky zatrzymał się bezwiednie, — w taldch wnętrzach 
pokutować powinni samobójcy miejscy." Popatrzał, po- 
dumał, laseczką w bruki podzwonił i poszedł dale}. — 
Tuż za rogiem ulicy, wparte w węgieł, zadrzemane 
i jakby przylepiono do muru, czyhały maruderki nierzą- 
du. .Mors syphilitica" — przypomniało się skądciś Jel- 
sky'emu i stanęły mu przed oczyma ludzkie kalectwa. — 
Na przedmieściach wyły bez przerwy śwtstawki fa- 
bryczne. Jelsky 'emu zdawało się, Ze słyszy suchy, su- 
chotniczy kaszel wyschłych, zapracowanych kobiet, rzu- 
cających obfite pomioty żółtych, wzdętych i rachit>'cz- 
nych dzieci, zalegających jak robactwo przedmiejskie 
zaułki. 

.Kawiarni I. ." 

Odpiął kołnierzyk i schował go do kieszeni, nasta- 
wił natomiast kołnierz sakpalta, zsunął cylinder na czoło, 
wcisnął ręce do kieszeni. Rój czaraych, Mniczliwych 
myśli przepłaszał upartem nucewem nutosnej piosenki : 

fJiftoperzt ro^o-jem 
Rtsmti krwi mej fńfą . . . 

.Trzeba pisać sprawozdanie o Yvetce!.." 
Ryk sygnałów fabrycznych zgłuszyły odległe, po- 
nure grzmoty. Jcbky zmieszał melodyę i zaśpiewał 
w takt tych łoskotów dalekich: 

Et du ffr p<mr irmwńUer . . . 



'79 
.Cu tra. ir«. ira ! . .* — biły mioty f>arowr na prted- 

JeW^ gunkn^ł u^ u c<s t'l.(l<^l». Po<lnu>»i 2 tro- 
twun wacMara* obejraał i (K^w^diał go. ,LUa» d* ptnt 
Lubię!., której to i nich uk pachniały ra- 
ił.. Za* ona pachnie a gospodarska wodą ko- 
kMkaką, co priypomina bóle lębów, aafreny, rekonwa- 
ie n ce n cye po dttajrcfa wypadkach porodów... Dziwię 
Hię« jak mąi mógł to snosić ! * 

Sł>'cha^ wreaicie pierwszego ; <inin. Zbliż:ij.| 

Kię jakieś cięikie, brutalne kroki. j_.^,. , machinaln>in 
ruchem, chowa wachlarz za pazuchę... Nie mundur 
wszakir, nic ubranie cywilne* co wzbudza w Jelskym 
grymas niesmaku. 

— Gdzie się paliło? 

- Nie wiem, — brzmi twardo wynioala odpowiedź. 
Błysk oczu czujnych, podejrzliwych, i krold oddalajii 
się powoU. — .Majesut! — mrucz>' za nim Jebky. — 
Król ciemności! Chamstwo węch ci zepsuje, nie W)^ 
tropisz nic* 

L«dwo ten znikł na zakręcie, a tui pocą Jelskym, 
jakby z pod ziemi wyrosła, zjawia się balui w ctemiiei 
chustce i ciągnie za sobą małego wyrostka o długich 
kruczych włosach. — ^Sigmorl signor! — t^i,.!— słyszy 
za sobą Jelsky włoslni mowę i obrzydliwy porozumie- 
wa wcz>' syk. Odgadując zamiar>'. rzuca im krótlde: 
,t«T vmf • — Priypowina sobie wachkrz i rzuca go im. 
Matka z dzieckiem dopadają do tego kęsa jak dwa psy. 
Jak te szelmy rzeibiane podle opłacają swych 
modeli!.. Takie ofiary astuki, — Awst/.. Chłopczyk 
wj^lniiy z kaneniB adobi p ra w d opodobnie, jako du- 
mogiię ultjsdnsgo opr yssha lub kokoty . . Air* 



Jelsky roaloiyt ramiona i ziewnął na całą ulicę. 



Cisxa« pustka i s^nnoś^ wilgotna wokół, a jednak 
ciuć budzący się gdzieś ruch ; ucho nir słyszy, lecz od* 
gaduje, z ciężkiej atmosfery oczekiwania wyławia jakieś 
westchnienia, szepty pacierza, prężenia zmęczonych 
•w; jak gdyby pod le ustawiczne obmierzle 
;. .. . :..i fabryczne rozbudziły się wreszcie i kamienie 
w brukach. Nagle... 

j4vt Maria, grałias pitna . . . 

— Ciche, pośpieszne dzwonienie, jakby skowron- 
kowy pierwszy wzlot przed świtem. Sygnaturka rozko- 
łysała się, drga, bije, trzepocze się jak ptak... 

Av€ Maria, gratias plena . . . 

A tam na przedmieściach walą jui młoty po ciem- 
ku, huczy i dudni już praca. 

Jelsky zapalił cygaro, rozpiął palto, rozpiął kami- 
zelkę, zdjął cylinder: coś tłoczy, dławi, dusi poprostu. .. 
.Przecież, u Boga, ta Borowska nie jest dziewczyną! 
A ja mam wrażenie, jak gdybym krzywdę dziecku...^ 

.Kawiarni!!.." 

Na krańcach miasta rzucały pierwsze pociągi w no- 
cną mgłę długie płaczliwe skowyty. 




mPiermsM błczka!* — krzyknął jaskrawy sz>M<ł "^ 
mętnie oświetlonych drzwiach małego szynku. Jt 
nie namyślając się, skoczył do izby ciasnej i cuchnącej 
jak słodowa piwnica. W brudnem świetle zakopconej 
lampki, kilka ciężkich, fałdami szerokich bluz twardo za- 



ryiowaoydi sylwetek. MgU, pani ci>' lei m^tna n- 
dymlui oddalała ich ias|Mii>in ooom Jebky'cgo w głąb 
dalelui i beibarWną. W po sp iec h u, na ttofączkę, wlewa- 
li w aiebie pierwaią dawkę ditennej tnictiny. Jebky 
siadł sa stoleiii, dmuchnął w pianę podsuniętego kufla, 
skrzywi! się i kaial sokiie zgotować czarnej kawy. 

— Gdzie się paliło?— ziewnął niedbale. 

— Sldady drzewa nad kanalrm . . . Dwóch ludzi 
upieldi... żonatych. 

— Kto taki? 

— JtticiC strai... A od czego ona zresztą?.. Mo- 
Ae i tamci dwaj byU ubezpieczeni na źydowald dochód. 
Ptoiar to jest intratna rzecz. — Suchy, ochr>'pły i zły 
śmitth kiUm basów, jak zgrz>t trybów w maszynach, 
plusk białej piany o kamienną posadzka i ten zaduch 
chmielu— duszny, jadowity. 

Dano wreszcie kawę, i Jelsky odnalazł my!»l swoj«t. 
^Taki ja dobry, jak i Kunicki! — rozmawia! ze so- 
bą, gryząc nerwowo ogarek cygara. — Oszczędzam zre- 
sztą jego wątłe siły nerwowe i ratuję karyerę ... Ty 
laś Bógłbyi adresować swój fTifimml imimirm, ad 
prrsnnam, a nie pisać go jako list otwarty dla ocbotni- 
ników . . . Przede wsz>*stkiem spaliłaby się, gdyby nie ja, 
— przez tę lampę. Następnie, ktoby ją docucil? kto dal- 
by niezbędne cUa rozpaczy echo? kto otrząsnąłby z te- 
go odrętwienia w tumanie nieszczęścia? z tego lęku 
przed skupieniem myili? z trwogi jakby nie przed tern, co 
się stało, lecz, te coś podolMicfo stać się wogóle mole?.. 
Ochotnik musi mieć stalowe nerwy!.. A potem to za- 
trzepotanie się kobiece: .pobiegnę! wstrzymam! uratu- 
ję !* W czyidiś oczach musiała przedei wyczytać od- 
powiedź r ze c zy w i stości: .nie wród, nie cohiie się, wró- 
cić nie zechce i nie mole.* 

Jelsky wspominał. — Gdy myśli prz>iiioały mu po- 



wtórzenie wlaaiiej wymowy, rosdimunyfai ti^ nieco 
twan, wyobrainia ngraia źywirj, jędrniej, kapryiniej. 
Toć prietnawial jak Oktawiust: 

— Jednnkźe Brutus był to dzielny mąi.' — Ja nie 
pr/ożyjcl ja żyć nie chcę ! '—Jednakże Brutus był to 
dzielny mąż.'— .Boże, mój Bote, co ja pocsnę!*— Je- 
dnakie Brutus byt to dzielny mąt.*^.I co ja mu złego 
zrobiłam? za co? za co on mi życie zniaicaył?!..* — 
Jednakże Brutus ..." — .O, wy wszyscy jesteście jedn*- 
kowi! ■ 

Chwalą Bogu: ,my"I To rozaaerta pocieszająco 
widnokręgi. A więc my : — .My . . ." Jak ona serdecznie, 
jak poczciwie i t>ezradnie plabiła!.. .Pani,pani/ 'i ' 
przyjaciele, obrortcy . . .■ — ,0, wy jesteście . . !' J 
okropnie placce! A więc znowuż .my*: — , My ...•-?- 
.Niech pan idzie, niech pan natychmiast odejdzie! Ja 
w tym stanie, w takifMH uhraniu nir nowinn.iin łiv «• 

Z panem." 

Jelsky zatarł ręce. Ta literacka projekcya niedaw- 
nych wydarzeń dala mu zupełnie niespodzianie podnie- 
ty i sensacye silniejsze niemal od samego (aktu. .Ta 
scenka miała przecież w sobie kapitalne smaki," — pra)*- 
znawal we wspomnieniach. Bawił się więc myśli^, prae- 
platał swe wspomnienia dopuszczeniami wyobraźni : 

Jak to biedactwo bać się musi samotności, jak drży 
na sam.i myśl o niej. Ta wczorajsza jeszcze Zochna, 
którą układano prawdopodobnie do łóżeczka, dziś sama 
jedna, samiutka, w tem wielkiem, ot>cem mieście! 

Bo miasto musi wszalcże być rzeczą straszną dla 
Zochny ? 

...Ulica długa, długa... pełna światła, połysków, 
t>arw... ścisk, tłok, turkot. — Nie widać nic. I te toale^ 
ty! Je -jej, jalde toalety! Tam, naprzykiad, w powozie. 
Hm! hra! — dziwi się Zosia. — Czarnych, poważnych 



ptm&w tylr,— I tych pMkudBydi, co kobiety tactq>uiją. 
-^ jcM .laka* koft>itlft;— dnagm, trwck... Boie wteUd* 
tel»y mnie kto me waąl n .taką.*~l Zoehm poprawui 
pewoo co niai woolkę i kapetuti. 1 te wysuwy sklepo- 
we! Gdy się klgie bes mcia, nie motna mą nawet wca- 
le tatriymać pnsd sklepem, bo taras wetaui la taką^ 
O, Bpoirsai na nnie jeden pan, drugi, i URiten-^nie- 
imialy. ObetrmI się ras jesscie. 1 ten oio paskudny 
oeiy wytrssBscsa. Wtedekby d dał,— no?.. .Włada, 
Władni, ca>' )• doltrse dsiś wyglądam? Csy faidna je- 

I? Która Isihiif jsf 1 : ja cxy tamU wpowosie?.. Lu- 
mie... A co więcej lubisz: usta, oczy, czy też?.. 
Pntrt, jaki tam ładny szlafroczek w wysuwie ! Ojej ! . . 
Co więcej lubisz, Włada: włosy moje, czy tei...* .Zo- 
dw, nie pleć!*— .WladnA, wiess, ja rada jestem: Uk 
wesoło!.. Patrz-no, patrz, tam w sklepie: jską to nie- 
które biełisnę noosą. Csy przyzwoito mote ukźe...? 
Włada, kup mi uką. Albo nie trzeba, bo pieniędz>' nie- 
ma. Sskoda, te niema pieniędsy! Ale kup mi za to 
ciastko . . . sMbo kidów . . . albo szampana. O, to drogie, 
prawda! — nie motna szampana. Chcę... chcę . , . ssms 
nie winn. Zafunduj doroiltę. Albo nie, — pocałuj nnie 
lepiej.* — .Zośka, nie psoć na uUcy, t>o ludzie imiać się 
będą.* — .Niech się śtmr^ą, nie boję się wcale, nic! — 
woła Zoika rezolutnie i tuli się, tuli do ramienia męża. 
— Pstrs, Włada, tamten juź czwarty raz naprzeciwko 
nas idaie. 1 jak twkasnic patr<>' ! Właduś, ja zrobię na 
ni eg o * oko, — motna ? . . Wiesz, Włada, co niektórzy 
pewno myślą : źc ja jestem taka, a ty z tych paskud- 
nyth . . . Widzę, te ja się tym Niemeon coś bardzo po- 
dobam... Cieszysz się. Włada? Ja się cieszę!' 

Takie to, — myślał Jelsky, — odkrywcze podróte 
w obce, wesołe światy odbywała prawdopodolmie Zo- 
śka, s p a cer uj ąc z mętem po ukcy. Ale samej wyjść na 



miasto: .brr!* — A teru rozpacł i lęk tamotnośct rysu* 
je jej tj| samą ulicę w demoych, ponurych i wrogich 
barwach. Sama jedna! Boże, co ona pocmie sama 
w ciynnym wirze tych obcych, frasobliwych i zimnych 
jak meuii twarzy. Tak myśli prawdopodobnie i drży 
jak liić osiny. v21ginc, przepadnę ! Ja jestem słaba, nie- 
dołężna... O, ja jestem do niczego..." Nie, nie, tak mó- 
wić nie należy. Ona jest tylko prawdziwą kobietą. To 
jest takie nowe, takie wyjątkowe! talde fenomenalne! 
To się powinno cenić jak skarb najdroższy życia, wiel- 
bić jak . . . Jednakże Brutus był to dzielny mąż. 

.Niedobry! niedobry!.." Szlocha, skarży się, żali, 
pieści niemal tym płaczem. Z jaką bajeczną naiwnością, 
jak cudownie i pieściwie kocha ta kobietka samą siebie. 
Przecież to jest nadzwyczajny materyal na pyszną na- 
miętnicę. Tam do dyabła! to się ceni rzeczywiście... 
«Samotno!»ć dla kobiety w obcem mieście jest gorszą od 
piwnicznego grobu. Na bulwarach, każde męskie spoj- 
rzenie to oczy pająka ; po zaułkach jakieś mroczne, po- 
nure życie: podejrzenia, poUcya, gnuśne knowania wy- 
stępków, areszty, cyrkuły, śledztwa. W domu zaś, po 
pokojach, wałęsa się duszna, złowroga cisza, z każd^o 
icąta wypełza cień jak płaski gad i ostrem spojrzeniem 
pyta : co ty poczniesz ? co poczniesz ze sobą ? . . Jednak- 
ie Brutus...* — ,0, podły!" 

.Samotność dla kobiety jest zgoła rzvcz:\ stras/na. 
yxzzaktc Oktawiusz . . . Nie trzeba wzbraniać przyjaac- 
łowi rączki..." — .Ja jestem taka biedna, taka biedna, 
panie Jelsky !" 

Chwała Bogu : .panie Jelsky." i o zwęża poci»za- 
jąco widnokręgi. Za serce chwytający cichy żal wy- 
czerpanego płaczem dziecka. .Pani jest dzieckiem, do- 
brem, najlepszem, biednem i nicszczęśUwem dzieckiem.* 
— .Panie Jelsky, ja już sil nie mam... Boże, i te moje 



wibsy. Niech |Nin na mnie nic |>atriy.* 1 jakby w teoi 
briwUdocA oparciu si^ o niego, w pocmdu ludikiej 
obecBośct, anjdowaln nieco spokoju. Niech pan pii4ci 
r^kc. Ja wiem, ie pan jest dobry, zacny, pocsciwy . . . 
Nie! nie kl«knć! Na nilość boską, co pan robi! Ja wca- 
le nie jestem warta, teby mnie kto!..* —Ostatnie ze- 
rwanie itc f l^bokiego pierttowefo płaczu. 

.Pani, pani drofa!... pani Zofio!., dziecko!., bie- 
dna ZmAs.* 

•Panie Jebky! mój panie Jelsky!..* 



I 



W ckliwej i dusznej atmosferze szy^nku przeciągały 
pned ocsymn Jeisk/ego kolcjdoskopowym wirem dzi- 
wnie postnępione obrazy wspoomieiL Nagle uderzył si^ 
oburącz po kołanacli. — .Tiens! To jest mmjcAm Ł fairt. 
Przede! to jest świetne jako temat ! ' 

— Kawy jesscae!.. Madę tam cygara... Ognia! 
Dziclnijc. 

. .Rzecz ma w sobie miłą, popularną psydiologijkę, 
po si a d a sama w sobie warunki sceniczne. Zaś piltante- 
r3ra sceny na tle lettrootywu rozpaczy jest wprost sece- 
syonistyczna ! . . A gdyby tak macfainąć? Hm?.. D^r 
Paii Amgtlktis, tim FamiUtmtrmgóSt wm Karl v. Jtlsky. 
Ja, — to jest on ! — czuję to, l>cdzie narysowany świetnie. 
Atmosfera moralna w sztuce nie powinna być zb3rt po- 
ważna: m, so. la-lal Hltmtrktft f . .' 

— Ja pana pamiętam, — huknął mu ktoś basem nad 
uciiem. — Pan z guT^y"^ 

* — Mniej wic- 



ia 



iS6 

\< c przed nim poczerwieniał w jednej chwili 

i zjipt*i f\ I ^m; jak indor. 

— Ludzkie życie więcej warto, niź żydowskie drie- 
wot — parsknął bez bliższych objaśnień. — Ludzi żona* 
tych... Uhc/i i'- od w^^padków powinno być ma* 
gistrackie alł)' , ^iwowe... Ludzi żonatych... O! 

2^krztusił się impetem własnego monologu. Chciał 
widocznie coś jeszcze powiedzieć, ale nagle zawróci! 
i wyszedł, ] trzasnąwszy drzwiami, że aż szyby jękly. 
Z gromady przed bufetem rozległ się |)omruk aprobaty 
i poukiwania. Ten i ów rzucił }nk\eś zdanie w kierun* 
ku JeUky'ego. Niebawem otoczyła go grupa robotni- 
ków; posypały się gradem opowieści o pożarze. W rę- 
kach Jelsky'ego znalazł się wnet notes; pytania i odpo- 
wiedzi poczęły się krzyżować z błyskawiczną szybkosci.i. 
Niedawne wspon / tematem sceny d Jatre 

odsuwały się cor.u .. ^ . j... 

— Zrobi pan co do gazety? 

— Toż robię! 

— A straż na przedmieściach mamy podlą, — beczki 
dziurawe. 

— Widział którj' z panów? 

— Ja widziałem, jak z beczki ciekło. 



»■■ »«.»%w*«i % ^v»v»^^n»» » TrY ^O y " '^'*''**^V^*^'» »»i»«*«**ii^^i^ *0 ^%» ^ 



-"^^^^^i^^ 



Gdy otwierał drzwi do swego pokoju, spłoszył 
z przed biurka Moliera. .Mały* zerwał się jak oparzo- 
ny, rzucił się na łóżko i odwrócił tyłem do ściany. 
.Twórr- " ''"— wnioskował Jelsk>'. Nawiąaało mu 
to w 11^ 1 zerwane prsez unadomości o pożarze. 



iij 

A te Molier do gawędy wdągiiąć sic nie d»wal, fUoio- 
' v.il tam: jul fama obeoM^Ć tcfo cri o wie ka pod- 
...^cAla mu my*l i wprowadiala ją na tory paradoksów. 
Roamyilal ftoteo o kobietach. 

~ Wieat, to jest jeatcae wielki problem: kobi« t\ 
uotdwe, czy beteryzm? Bo pom>*4l tylko : — wy wotkii, 
kroctąc z rękoaia w kiesieiiiach po pokoju.— Kilka go- 
dni rozpaczy i jęków, cale morze ksi, trwoga tamut- 
iio4ci, lęki ilych przeczuć, i — /# mtomnU «//rocl#— obój- 
czyki sterczą ialośnie i prową widza o współczucie; 
zaś smętny zapach wody kolortsldej gotów wprowa^i/ 
młodego marzycieb w nastrój anemicznego kwietyzmu, 
skompromitować go pochwalą .szlachetnej dobroci, ' 
oraz narazić na propozycyę ,bądimy przyjaciółmi.' 

— O czem ty...? — zaniepokoił się nagle Molier. 

— Chcę powiedzieć ogólnie, źe kobiety w mono- 
gamii tracą zb>i łatwo właidwe kr>'teryimi wywierane- 
go wraienia. Jest to los podobny do fatum poety sa- 
motnika. Kobiety w monogamii zapominają, źe na im* 
prrsyę składają się, prócz pełniejsz>'ch kszUłtów, jr. 
Ui-ie i (ale mięctutldego jedwabiu, obłoki koronek, Uk- 
ki i dyskretny bukiet perfum, harmonijna całość w kom- 
poiycyi otoczenia, wrazde umiejętność, umiejętność, 
raz jeszcze nmieiętność,— bodajby nawet w uśmiechu 
i>lko. Zupefaiie zresztą jak w poez>ń... Jednem sło- 
wem, uczciwe kobiety...— Jelsky strzelał niecierpliwir 
z paków, krzywił się, wreszcie machnął ręką i %rytrzą- 
snąl jakby z rękawa: — (Vi «/ "nammat phat 

MoUer uniósł się na łokciach i zapatrzył w niego. 

— Więc tamte?.. Jui tylko umte!.. Jezus Marya, 
Jelsky! 

— Noo ? — przeciągnął niedbale Jebky, gd>-ź w tej 
chwili był jul zajęty czyszczeniem paznokci.— Jesteś 
dziś pokutny? Hm?.. 

is* 



i8S 

— Jeltkyl Jeltkyi.. Dalej zajść jui chyba nie apo* 
sób, dalej jui ani kroku!.. Czy tobie, Jelsky, nie pa- 
chnie chwilami własny dowcip jak lufa rewolweru? 

— Tym czarnym otworkiem, — odparł flegma^* 
cznie Jelaky, — ziewa w skrort nuda, krzyczy rozpacz 
marzyciela. Ja żyję, staram się żyć jak najintensywniej. 
Zaś ty... 

— Co ja? 

— Marzysz, maty, marzysz niepoprawnie; w błotku 
nawet po uszy siedząc, marzysz. Wszelkie zło takich 
najłatwiej się czepia: nie dosięgnie się w życiu, omota 
w myślach... Albowiem popełniłeś nierozwagę, podo- 
bnie jak i my wszyscy, wyl>rawszy profesyę artysty. 
Trzeba było zostać fabrykantem, kupcem, wszechstron- 
nym lekarzem, lub estetycznie usposobionym prawni- 
Idem. — Ci ludzie mają równowagę w życiu! Żółw jest 
w porównaniu z nimi stworzeniem eterycznie chwiej- 
nem. U nich nawet nikczcmność osadza się na dno du- 
szy ciężko, solidnie, jakby dla zrównoważenia tej pesy- 
mistycznej melancholii, jaką ich napawa filozofia Maltu- 
sa i Darwina, nawet głupstwo występuje w szlafmycy 
zdrowego rozsądku lub w rozdartej szacie oburzenia, 
nawet interes stroi się w jubileuszowy frak społecamej 
zasługi Ci ludzie mają równowagę!.. Panowie ci po- 
siadają czasami córki na wydaniu. Jest to jedyne źró- 
dło, z któr^o sztuka może zaczerpnąć równowagi u spo- 
łeczeństwa, oraz kapitalna ucieczka dla tych... 

— Co uprawiają profesyę artvstv» — przerwał mu 
MaUer. 

— Chciałem cię tylko namówić, jak to codzieii 
czynię, abyśmy się pożenili bogato. 

— Jestem codziennem i cierpliwem uchem twoich 
marzeń. 

— Mamy długi, Muiicrku, mamy rzeraziiwe diugil 



/^9 

— Jcliky nodl tic na fotel, wyprężył ramiona i ziewnął 
prterailiwie. — To jest mego kaUcnjamroena iwrocka 
iwykle kodcowa i najsmutniejsza... Aa I — ziewną! po 
raz dnifi — Wofóle, jcitein mntny; dość powiedaeć, 
le dicę pisać dramat... U • uch !.. Jcśten zmordowany. . . 
senny... Gdybym mófl obcować sam na sam z nie- 
skończonością (w intymncm Hit ś 0tt bez dozoru teścio- 
wej ironii): — *jednem siowem, gdyb>'m byt współczes- 
nym poetą, połknąłbym nawet nieskończoność... Świat 
bywa przeraźliwie nudnym tyngicm... Uu! — jakie mnie 
strzyknęło w nodze!.. Aktorzyslta na scenie życiowej 
imanierowały się doszczętnie i przestają jul bawić... 
I t>', MaUerku, bywasz nudny z twem twórczem milcze- 
niem... Co do mnie, lubię gadać pod wieczór, zanim 
zasnę; w przeciwnym razie gada we mnie melancholia... 
Zwal proszę, że i wtedy coś gada, zawsze i ciągle ga- 
<ia . . . Sumienie bywa hałaśliwym młynem. 

— Na małej wodzie, — miuknął MoUer. 

— Trafiasz tem jak w sedno w genezę współczes- 
nej twórczości poetyckiej... Mam dla siebie, prócz sza- 
cunku, i wjTozumiałość : ja wierszy nie piszę! 

— Wiesz, Jelsky..?— Molier roześmiał się nagle 
i ttsiadl na łóiku. — Sądząc z wymowy i dowcipu, mu- 
siałeś dziś popełnić nielada nikczemność. — Jebky po- 
chwycił poduszkę z kanapy i cisnął mu ją z rozmachem 
■a głowę. 

— Psycłiolog! — zaśmiał się w odpowiedzi. 



0^^^^^*^^^^^ 



Wnet potem nachmurzył się, szlifując uważnie pa< 
znokieć środkowego palca u lewej dłoni. 



190 

- Do dyabla, trzeba na jutro rano przygotować 
.iit\Kuł O Yvccie.., Mały, powiedz co o Yvcciel Podo- 
l>.ii.i ci siv Yvetta?.. Ale jakże ta twoja biała rączka 
z loiy ? Ona się dopełniała z Yvetką w kontraście. Słu- 
chaj, Mflller, czy to dałoby się zużyć w sprawozdaniu, 
— (rlielonowo niby? 

— Można, wszystko można. 

— Czy ci Yvetka nie przypominała kruka, a ta jej 
piosnka żerowego Icrakania nad padliną? Zaś ta twoja 
— sęp. 

Muller zerwał się znowu i mówił szybko w nagłem 
gorączko wem podnieceniu : 

— Ta woskowa lala szeleszcząca jedwabi-'" ło?iłe 
ciało na plakaty mydeł toaletowych, trup z pi. m 
ubrany, flakon ekscytujących perfum, beczka do wle- 
wania w nią szampana. To nie mówi wcale, uśmiecha 
się tylko jak automat za każdem dotknięciem. Widzisz: 
sęp - ścierwnik, z j^o potwornym, ociężałj'm chłodem, 
z tą wsUętną sennością sytego ścierwem ptaka. , 

Jelsky jednym susem wyskoczył z fot-in '* pnr/ni 
krążyć rezolutnie po pokoju. 

- Chłop tylko w gorzałce smak znajduje. W ta- 
kim spokoju jest bardzo coś ! . . Na to mrożą szampa- 
na... Ta Galatea pozwala ci być Pigmalionom . . . 
E, Mallerku, jesteś dziecinny! 

— Jelsky, porzućmy ten temacik, bo . . . bo ci la- 
kierki opluję. 

— Za własne grzechy? 

— Jelsky I . . — żachnął się, czy też jęknął MoUer 
1, upadłszy na poduszki, odwrócił się tyłem od niego. 
Ale Jelsky wpadł nagle w doskonały humor : przysiadł 
się na brzeg łóżka, począł łechtać Moliera i kulakować 
go żartobliwie. 

— Dzieciuch!.. serdeczny!.. nai%v"vV liV-#»4 tv 



#9/ 

się. chlopcir, udiowil na tym śmkt MoUerku, 

Maiwliu. nie inictoś ty mmimm^ bo (otowr-s wygnieść 
wmiynkie droldte le twcffo talmtu. 

— Poocdl preci! 

^ Bądi fii oioi fm , poeto, i priyinaj, le bądi co 
bąóź to tą droidie? 
-Co?! Ciegol? 

— Sensncyi, tempenuDentn, a więc i sztuki. Z wla- 
sncfo tyda należy jak i fHoiofii wyctągnąć nii^ubłagane 
konaekwencye. 

Molier usiadł na tólku. 

— Kokoty?! — kne>'knj)l i zatrząsł się suchym 
igrz>tłiwyin imiechem. 

— Uch, jaldś ty trywialny! 1 śmiejesz się hrzyd- 
ko... A oczy d świecą jak u wilka. 

Zachłysnął się tym śmiediem MoUer, pocz.ji K.tslać 
I spłonął w r e szc ie krwią w chustkę. 

— Ucii, jaldś ty — przekonywaj ąc>' ! 

Jeliky sięgnął po butelkę z lekarstwem. — Roztwórs 
dsiób!.. Wj^pijesz trj obrzydliwośd ze dwie l>ecsld 
i l>ędziesz zdrów jak fabrykant margar>*ny. Kunicki m^ 
wi, te miltstura jest ostttniem słowem. Rzecz nawskroś 



— On uk tylko, db suggestyi, — odparł smętnie 
Molier. Roztrząsł go i ot>ezwhidnił ten kaszel. 

— Widzisz go, jaki " uly! 

Zamilkli. JeUky p:^... :. iieton. MoUer leżał na 
wanak i wpijał się wiellderoi, gorączkowemi oczyma 
w zwieszające się gdaieś z pod pułapu spłowiałe sló^- 
dła w>*pchancgo ptaka. 




» » 1^ 1 ' 



łCM 

— Wiesz, — przerwał Jcbky milczenie, — stocuję 
formę do przedmiotu i piszę o Yvecie w stylu tUcadmet* 
2Idartka krótkie, strzeliste, między słowa rzucam garić 
kropek i domyślników, r — ' ry jakby żywcem wywia- 
ne z leksykonu: tu z p.t . roślin, owdzie z minera- 
logii, gdzieniegdzie mała niespodzianka z Maeterlincluu 

Nie wytrzymał Molier i parsknął śnr wraz 

z autorem. JcUky zaś, piszqc szybko, roz|>;.. .....i dalej: 

— Wałęsają mi się po wierszach jakieś remini- 
•cencye chaldejsko-egipskie : zawdzięczam to oczywiście 
atocyacom wywołanym przez sępa... Kr\'tycyzm mój, 
jak widzisz, czuwa ustawicznie: pisząc najmodniejsze 
głupstwo, potrafię zachować zawsze pewne pozory sen- 
nej poprawności starego dobr^o stylu. M' rn tra- 
dycyi narodowo-Uterackich może się nawei ,.. .. , |;umnieć 
drzemiący przed biurkiem redaktor z tabakierą w ręlnu. 
I cóż ty na to, mały? — dopominał się, nie otrzymując 
odpowiedzi. 

— Jeszcze-ś za mnie nie odpowiedział ? — zdziwił 
się Maller. — Jeśli chcesz koniecznie: jesteś dekadent 
umiarkowany, romantyk neo-praktyczny, radykał mło- 
do-konserwalywny, artysta indywidualno-popularny, cy- 
gan cylindrowy; — jesteś, jednem słowem, dziennikarz 
europejski. 

Jelsky żachnął się : - -• -rliwie: — To wszystko ra- 
zem jest gadaniem z B< / kI neurastenika, wieszcze- 
go improduktywa z parafialnego zakątka czystej sztuki. 
Bój się Boga, Molier! wyście się zdążyli n:\ ' /yć 
już rozsądkowi, życie z was się śmieje na cal o^ 
Jak wy możecie samych siebie brać jeszcze u . -■ lyo? 

— Nie bierzemy, Jelsky, nie ; tylko w inny, mniej 
wesoły sposób, niili ty to cz>'nisz. 

— No, — przeciął Jebk>',— jeżeli nas humor tylko 
różni ! . . — Zn karę nie przeczjtam ci artykułu o Yvetcc. 



'91 

— Ciyuc ! — kapr>-słl MoUcr opryskliwie. 

— Jednak jesteś dekiw, co w gasetce b^diie su- 
lo, — h^? Wy wsiyscy jesteście jednacy : Jebky uki, 
JcWcy owaki, Jelsky nie jesteś oodaicń fenlakiy/— a je- 
dnak laden nie wytrzyna, ieby go nie prsecsyuć.— 
Mój kochany, znam ja swój Uumek! Inaczej nie był- 
bym ditrnnikarsen. Ja jestem nerwem waszego ź>'cta. 
Gdyby Jdsk/cfo nie byk\ naleśaloby go stworzyć. 

Molier siał jut przy biurko i zapala! papierosa. 
Ćmił gwałtownie, chmurzył ti^, marszczył: widać było, 
ie sknpiooą uwagą przejedzie jak ostrym noiem przez 
felieton Jelsky*ego. .Można lekceważyć sobie świat, lu- 
dzi, lycie, samego siebie, własny talent, ale trzet>a mieć 
talent, — zastrzegał na początku. — Inaczej, to wszystko 
stoi tylko na cynizmie. A ty mi się zawsze jak węgorz 
przemykasz.* — Słuchał więc i chmurzył się coraz bar- 
dziej. W chwili gdy chciał przerwać Jebky'emu, zaka- 
szlał straaznie; ciało się zatrzęsło, twarz sponsowiała, 
w gardle poczęło mu rzęzić, grać i clurypieć. W miarę 
(ego kaszhi, wzrastał w nim upór i zawziętość, jadowi- 
u złość zbierała w oczach. Przemógł się i w^Tzucił 
odiryplym głosem: 

— Staczaaz się . . . I>eznadziejnie w przepaść banał* 
noicil — Porwał go znów kaszel z brutalna, bezlitosną 
przemocą: zrywał mu piersi, miotał ciałem i rzucił wre- 
szcie o lótlu>. Ciało roztrząsl, duszy wszakże nie zmogi: 
na zmęczonej twarzy zaskrzepł łuirdy upór, a w poczer- 
^"^i^niałych, głęboko zapadł>'ch i jakby mgh| zasnutych 
oczach jakiś zimny bł)*sk nienawiści. 

— Rozurł cię ten mł)!!, — wykrztusił z trudem, — 
na pyl i proch uliczny . . . Nie wierzyć nawet w samego 
mihi^ i nie mieć talentu... To nic można, to już wcale 
nie OMiżna żyć... Słuchaj, Jełskv . . . e^emu rv . . . czemu 
ty w łeb sobie nie strzelisz? 



'94 

Jcbky porwał się na równe nogi. Pohamował się 
jednak w tejże chwili i składajiic papiery, przeciął chło- 
dno: 

— Poczekam, ai ly umr/isz. 

— Niedługo . . . 

Uporawszy się z kaszlem, padł Moller rękoma na 
oparcie łóżka, splótł je i przy legł na nie podbródkiem; 
goriiczkowem spojrzeniem wpijał się w Jełsky'ego, wgry- 
wał mu się w duszę, wlepiał w twarz Izawemi i zaczer* 
wienionemi od kaszlu oczyma. 

— Chcesz?.. — szepnął przeciągle i dokończył 
wzrokiem swe pyunie. — Chcesz razem?., chociażby 
zaraz ? . . ja zawsze gotów . . . 

jeLskv "' ■ : ojął odrazu, zwrócił się jednak . /ujmr 
w stronę .< Zdawało mu się, że o<l okna powia- 

ło w tej chwili chłodem, zwiastuj ąc>'m świt Wstrząsnął 
się calem ciałem. 

— Zaczynasz swoje? — rzekł. — Dawno niebyło!.. 
Już d dyabeł w wilcze ślepie wlazł?.. 

— A wiesz ty? — odbijał Maller cichym szeptem, 
wciskając podbródek w splecione na poręczy ramiona 
— wiesz? — Zgrzybiała kokota zwątpiła któregoś dnia 
o własnych wdziękach i przeraziła się swej brzydoty. 
Zmyła puder, szminkę, karmin, i pod su ' łą 

skórą zarysy swej trupiej czaszki ujrzała.- ..,, .va 

ApoUina! — hę?.. To jest straszna klęska! — wielka 
klęska ! — to się pomyśleć wprost nie da ! . . He, he, 
Jelsky, — kochasz •• -• '^ Powiedz dowcip, j«'lsky, zrób 
kalambur, rzuć j ,xs! — He! — he! — he! — zatrząsł 

się i zabeczał ochryple jak stary kozioł. Na zakończe- 
nie prysnął w kułak sztucznym forsownym, zgrzytliwym 
chichotem. 

Jebky'emu rzuciła się krew do głowy; dopadł go, 
schwycił za ramię i wciskał z całych sił w poduszkę. 



- Zfn>ta, ifnyu« ifriyta gnech w tobie?— 
belkoul gorącikowo. — 2m bary witąl m^ gncch tt 
imirrctą . . . Twe ttunienie nie jett gadatliwe ; ryje jak 
kret po cienmei duax>' . . . Nietyle pned grobem drź)**!, 
ile praed lem, te wert samotny wstąpić musita. Nietyle 
raipacay «c boisa, ile tej nyili, źe w swych denmych 
noeuh sam, aawtae sam jcdea krótować b^diien. 
«Cauj! ciuj, co się we mnie dzieje!* — tak twój strach 
li ociyma krzyc/y. .Pójdź! pójdi! pójdi w tę 
noc moją, gdzie śmierć, dyabol i hetera sabat 
taneczny święcą...' Nie znosisz chłodu na cudzej twa- 
rzy, uśmiechu w cudz>*ch oczach, pewności w mchach 
nawet nie lubisz, nienawidzisz schludności w cudzem 
ubraniu: zgolą wszystkiego, co o jakim ukim ładzie 
wewnętrznj^m mówi . . . Znam ja mowę twej nienawiści ! 
— Lasiaa się wtedy i merdasz jak pies, jak wąź ślizkiem 
pochlebstwem oplatasz, jadowitemi wargami ślinisz i ru- 
chliwym gada jęzorem szukasz, gdziebyś źądlo móf^ł 
aapuścić.. . 

śdmiąl go jeszcze mocni'-j /.t .1, uniust nie- 
co z lAlka i puidl jak piłkę o poci „.. 

— Graj mi demona, — wolał — graj! Wiem przecie: 
z tynglu wracasz, powlokłeś się z jakąś Um . . . Rozpu- 
su ze Iba dymi Znam te ciemne drogi myśli, po któ- 
rych wałęsa się twa dusza bezwładna. 

MaUer zwinął się w kłębek na posłaniu i, zaciska- 
jąc suclie ręce, syczał uparcie: 

— Jak ty życie kochasz! jak ty i\<\' u:...'.u . isz.' 
Bój się, człowieku. Boga, czem ty się b^<Luc:»^ w ^yciu 
oszukiwał? Talencilni nie masz, nie masz, nie masz I 

— Idi szukaj swego po..! — Jebld przeżuwał ja- 
kieś słowo, gr>'zł zda się w zębacłi, rozgniótł i w>'pluł 
wraz ze śliną na środek pokoju. — A jeśli mi jeszcze 



75^ 

choć raz cos z twego czarnego repertuaru lagmsz, %vy- 
rzucę precz. Zcieźnij, gdzie chcesz. 

— Taak?.. 

— Żebyś wiedział. 

Muller powsuł z lóźka, zapiął flegmatycznie tulu* 
rek i sięgnął po swą pelerynę. 

— Wiesz,— mówił, porając się flegmatycznie z roz- 
dartą podszewką zarzulki, — wiesz, co mnie w życiu 
najwięcej upokarza? Oto, zenie umiejąc zarabiać, potra- 
fię się dostawać do egoistycznej kieszeni mych przyja- 
ciół najpospolitszym w)tr>'chem współczucia ... He Ja 
ciebie, Jelskj', kosztuję miesięcznie? 

Jelsky podjął ze stołu niedawno odczytany rękopis 
i rzucił mu go pod nogi. 

— Tyle tylko... Od czasu do czasu. 

— Kochasz mnie, Jelsky? — MoUer ze skupioną 
uwagą odgryzał przytem szmat podszewki. — Wierzyłeś 
we mnie? bardzo wierzyłeś? Pozwoliłeś naswem dzien- 
nikarstwie pasorzytować talentowi? — hę? — aby spła- 
cić ten dług lichwiarski zdradzie marzeń własnych... 
Bo przecież każdy człowiek jakiś mały procencik temu 
lichwiarzowi przez całe życie spłaca. ... I stała się 
rzecz śmieszna: przywiązałeś się, Jelsky, przywiązałeś 
się za tu, że mogłeś przed kimś z siebie i ze świata 
drwić, a jednak w kogoś wierzyć, wierzyć mimo wszyst- 
ko... Ten śmiech twój na gruzach tvszelkiej wiary, 
ten otwarty cynizm w życiu i dziennikarstwie, — wiesz 
Jelsky, — to dziwnie szlachetna w tobie rzecz: to szcze- 
ry głos duchowego bankructwa. Pan jesteś: — otejęl 
von Jetoky ! — szlachcic polski ! . . Widzisz, bo są inni, 
którzy dla tychże przyczyn, dlatego, że wiarę we 
wszystko już stracili, sami siebie z namaszczeniem tra- 



'97 

ktuj;|... A ty jednak... jednak wtenyn W coA. 1 dU- 
cirgo wr mnie?!.. Widau, to nywiąianie jest takie 

'- . 'm w tobie, ale U poaoatalość po- 

1 owiec polskich: w braku kofo 
innefo, pr. ^ do pntakiego wilka... A skąd 

ty wiess, ciy ja luc byłem pottpem na retstkach twego 
talentu? Mole ja d połowę dutsy wyttaleai i we wła- 
snej dopiero uświadomiłem tę twoją połowę?!. A wiess 
ty, ie ludsie wrażliwi, chwiejni, a do życia się garnący, 
modlić się powinni codsicn - '--n nmie, Bole, od samo- 
tnilnSw, od osol>owo4d »> .. eh, bo wiarę w siebie 

utracę i snuimiejc. A tyś mnie przygarnął. He!-hc!- 
Ile!.. Ciemu drź>*ss, Jelsky?.. Imponowałem d? Przy- 
znaj szczerze... Jak ty bledniesz! jak ty okropnie bled- 
niesz! — Imponowały d ludzkie o mnie gawędy i wiel- 
kie pokładane we mnie nadzieje. A może imponowałem 
d tern tylko, te byłem tak odmienny od ciebie. Jeśli 
nie ja, więc taki, — m>*ilałeś. — On jest tym wybraiicem 
losu, pomazaikcem kaprysu natury!* Jak tobie rączki 
<irtą, Jelsky!.. .On, — myilałeśi — dokona tego, czego 
mnie dokonać nie było sądaono. Ja ginę, niechże wiem 
to tylko, że fatum, co mnie żyde zntszcz>'ło, jest warte 
lica, — hę, Jelsk>'? Ss/lM-io, ubądź co bądź 
«..;«...». . jedyna nasza wiara... Jak to w tobie głębo- 
Ieo, głęboko siedziało! 1 jak naiwnie, jak niedołężnie 
W3'powiadało się pod koniec. Przedwczoraj sprawiłeś 
mi parę spodni. He !• he !- he ! —Jelsky ! DU sztuki? co?.. 
Jak twoje rączki cudownie drżą! 1 nóżki, także!.. Siądź, 
Jelsky, na krzesełku, proszę dębie. Siądź i powiedz do- 
wcip... Bo młlcz>'sz już za długo; wprost nieprzy- 
zwoicie jak na dziennikarza. 

Jelsky odepcimął go od siebie brutalnie i osunął 
się na krzesło. Molier otulał się już w swą peler)'nę. 



'9» 

naBtawil kotni<*rz, nncisniti bc-rd i, staniiwtzy tuź nad 
nim jak wielki nietoperz, szepn ■' ""i w ucho: 

— Zrozum -źe raz, ty ni< . coś polskii duszę 

dziecka zgubił, a piersi trocinami europejskiej kultury 
wypchał, jak się w tej europ« i V kulturze robi talent. 
Rzecj prosta, a sekret wielki, i i mocno, tęgo, upar- 

cie na własnym usuńcie stać, trzeba mieć sto oczu, sto 
uszu i sto ssawek chciwych; do każdej duszy, która 
jest coi warta, trzeba jedną bańkę przyłożyć i woLr/.l 
ssać, ssać i ssać! Każdą muchę wyssaną odrzucić pi 
i sięgać dalej^ wyżej, szerzej! Pojąłeś nareszcie?! 1'ak 
się w Europie roói talent ! W Europie wszystko się dziś 
robi... W Niemczech natomiast fabr)'kują przewataie 
etykietki. ||Ggtjaśnij liczko, Jelsky, czerwoną chusteczką 
mignę ci pńnĄ oczyma, na ucho szepnę słówko, kt"r 
rodzi dowcip w największym kretjTiie. Polip utaleiii«»- 
wany zwie się nadczłowiek . . . Zrób dowcip, Jelsky ! Do 
każdego słowa można przyczepić słówko ,nad*. Jesicieś 
nie pomyślał, a już czytelnik się śmieje. He,-he,-h' V 
Milczysz? ...Przykro, żeś stracił kontenans... Po 
szam się tyHco, że jutro napiszesz paszkwiL — Ty pe- 
wno wciąż jeszcze deliberujesz nad tcm, że ja, — jt' 
to mówi Hertenstcin? — że ja .nasz byt usprawiedliwi^,, 
— mój i twój byt... Marzyłeś (ho! ho! — marzyłeś! — 
troiło ci się, powiem inteligentnem słowem dowcip- 
nego dziennikarza), troiło ci się, że w ciemne k* 
naszło życia padną te jasne promienie, co ws/; 
ko rozświetlą, że na naszym śmietniku zakwitnie ten 
mistyczny kwiat, co ślepem zrządzeniem losu raz na lat 
setki z najbrudniejszych bodaj wyrasta kątów. Marz>'- 
łeś o cudownym kwiecie, co nawet ślinę dziennikarską 
bez szkody znieść może, bo za niego ludzie kiedyś 
wszystko przebaczą, wsiystko wyrozumieją i jeszcze 



'99 

Ł biogoaiawiciiitwcm wipomną. Tak<<i marsyt 1 la- 
wiodleś ticl.. Widitet, takie kwiatki na teietnikach 
trudno tic luiają, one x pierti ludzkich w>TasUJą. I nie 
gnojem tic lywią, leat krwią twego twórcy... Zrozu- 
miałeś ? . . Krwi iztuce potrzeba, krwi i bólu ! . . He,-he,- 
he ! — birtiny JeUky, biedny ! 1 głupi ! . . Bądi weaól, 
Jełsk)', i pielęgnuj dowcip. Juieś mi więcej — niepo- 
traeboy !.. 

Jdiky bladł, bladł praerailiwie; dygocące wargi 
nicly wrai ae iliną jedno krótkie tlowo. 

— Łotr! — tpadlo wreszcie z ust. 



elski pozostał sam. Wokół cbza była i pustka* 
dudniało tylko miasto gwarem swym monotonnym 
i szumiało w uszacłi. Gdzieś na wieży wysokiej 
ocknął się zegar prastary, zazgrzytał ciężko i no- 
wą, nikłą godzinę dziejów głucłio wydzwonił. 
Grały zegary w ciszy nocnej, płynę y ecłiem po- 
nad miastem, — wysoko, coraz wyżej, niby żórawich 
lotów podniebne skargi, i wlokły za sobą cały 
czasu płynącego smutek: i nadzieje zawodne, i troslci 
rozpacznc, i żale spóźnione, i wspomnień krótldego 
szczęścia ostatnie przebłyski. A zbierały zewsząd śmierć! 
Jelsk}' czuł, jak dławi go w tej chwili nieobjęty 
wprost ogrom własnej i cudzej niedoli, ta straszna ni^ 
moc ludzkiej rozpaczy, której losy nie użyczyły głosu; 
— czuł, że jego skarga niema pada w otchłart czasu, 
niby te godziny, co się górą poniosły, ciągnie ponad tern 
potwomem mrowiskiem ludzi krwawa i milcząca i wle- 
cze za sobą połamane skrzydła. 



JO/ 

Jam jui dokonany ! * — pomjrilaŁ 

Na ulicy poloctyl lic i lomocem dętki, ładowny 
wól i prtynióał ae tobą głuchą, uarą iri etwo ś ć jawy. 

Próbował nano wag>*atko poprawić idietoo o Yve- 
cte, ale ta praca aama a rąk mu wypadła. Jui aic do 
anu laaMcraał układać, gdy spoalnc^ł na stole kilka ae- 
■lytów poioatawionycłi praei Moliera. Pochwycił je 
chciwie. Na okładce pierwaiefo ranciło mu się w ociy 
fnabemi liUTAini wypisane idanie: 

jYOHKHt^Ut pTtWUUut U$ MMMMM. 

łłoroiy. 

w pierwszej chwili te słowa uderzyły go w pierś, 
nirmal jak głuchy %iryrxut; lecz niebawem otrząał się 
i mruknął : ,Ba . . ! * — Wziął do rąk drugi zeszyt. ,3/o- 

MMMIfMf pftWUUUt' * . 

»HaI lu! Takąś ty, Molierze, pułapkę na samego 
aiebie aasuwił ? . . Dla Horacego ta fomniłka była praw- 
dopodolNiie tylko figowym listkiem n i gatciercj akromno- 
Ad, dla ciebie stała się górą, przed którą stawałeś jako 
wól z iMijki. Daiewięć lat, — iMigatela ! Inne, inne dziś 
czasy ! Diiś nawet Horacy pisaćby musiał kuplety. Wie- 
le naienilo się od czasu Horacego. Oto Kopernik ziemię 
w>'walył, gdzieś w demny kąt wszecłiświau strącił 
i w wir co diirnnf go IŃegu rzucił; a gilowy rewolucyi 
franciiakiei zaśpiewały jej kankanową pioankę: .dziś! 
dziś! dziś!* — inaczej: ,grosz! grosz! groazf* — Co 
bnmi po francttaku: 

Mms mfwUs d* UpairU, 
U jour de ghirt tst arrirff 

Inne czasy ! . . ' 

Rzudl oldem na pierwazą kartę i czytał: 

Trmkm wiiU lotm mogi, ty pmn UU c » tyiitm 

Jtf śojfs^ I M*f pcĘoaiti w ty U, trtłóa tmiść śohrf 



ś^ekrwś, by pmtM lai 9 śwkśość myśli w nkh 
wai» Irwtba daiAo pairatć, by pmn Uu 9 módM tylko 
m uim m ć, irwtóa musi duśo kkctwoMmia dta fydt, eo 
po emdtych śpiekrwaeA ehUba tylko smtkają, wi$k 
mtgmrdy dla snkodnyck sB(»urdw i mysty. co, cudtym 
mtdostatkiem glodm, w aamo srrce sią nieroM wgry- 

Mnit nogi mojt m pośpUchrm w grób nioaą, tm- 
ewystyck dlom Moainoy w dusną mi padały: — wdarł 
mą grayb w śpickrtś mojt: pitśń j$ nisMcąy. rdm po- 
ktra i spofysB wypUmal A wtgarda moja wamiiaą 
sią stała: tycia-m ubył w samotności/ 

Do MMf/ śadat słowo wromimitma, iadaa dłoń 
o^iełty nic trafiła, do męj samotności śtmtck t''^~ 
i ckkkot tłumu dolatywał: mŻyjf.. Usyjl.. 
ckc^! ..* — Pochwy dl mnie rojny i barwny gwar ty- 
c$a, padłtm jak ćma w płomień. Zbyłem dnsay w gwa- 
rsi bidskim / Uieisnąło mnir muisto, potwór pitrsi 
mi adławił 

I oto pier schły m$ myśli rojne jako ptaki prse- 
lotne, bo w dusąy serdecsna nastała posacka. Ros- 
wiały buru mej samotności płodne sasiewy. Na wiel- 
kiej tąsknot pusfyni kracsą dmś tylko kruki nad mego 
dała padHn^- 

Rsnćde mego trupa w kanały miejskie I 




Jelsky urwał, sięgnął nerwowo po cygaro i zasnuł 
się niebawem smugami dymu. 



••i 

— Kawtarni ! — knyknęlo coś w nim nagtan pny* 
pomniciiieiD niedawnej wędrówki pnei ulicę. Z gorąca- 
kowym poś p iccbe a pracraucal kartki chaocjrcśncfo diien- 
nika, aatytnlowaaeco daiwacniie: myiti nieplodiie. Znal 
pocaęści te kapryśne riut>' i skoki wyobraini ; wiedział, 
ie Byil MoBera, a jakidilM|di daiediin dążąc, natrafia 
tawsK na kobklę jako na niir! Ona była aacfsrtem 
i uwtiitiifif kaAdego pojęcia, wneOdcgo rozumowa- 
nia. W tym fantastycznym gmachu myili, dziwnych ja- 
snowidzeil i gorączkowych rojeik mieszkał tylko-— łiarem. 

Jdsky czytał: 

Jako tmait śmUstm ck/o^ tmarwyłłm o królith 
5kig htkutiu mim ti^ mm to tyiko, ky chacie mtyH^ 
dmdktmt tiągmi myśty, wyśtf i jtamcm wyUjf. . A do 
mfimiomi§ tok tm sią motUU: 

^śśiiś sią w eimio Jmś oólskła. Mm^dś km mmii 
iaską obiftmky Twtj. Su termm, homt miś godmtm. 
lVęfr»yi km «Mwr f mtyili mo$ jMnI m mmfUpsaą godm- 
mą śytim mugo, kimfy tią godmit meaeić potrafią mayck 

«Maw f whgoammiimjik 

kóim i moiTodaim, w godaittą dm- 

ckm mttgo M Toóę omlotomtck amśłmkim, v tą godaimą 

rttdwmimą, godoimą pommmumml. . La smerm visiome di 

Tt imtptoro, BMtrict mmi/* 

koudmmki od miu okraf^ 
\ t -— Mtmrwyimm o kakittaek saeauyek i str- 
dKamytk jak daUd, o królnnkick, o boskich; o tych. 
to są rmdoam i siamteams jako kmim iy t ą ko at ś , o tyck, 
90 jmko kUś aą amtitrackoĘaą, o tyck, co jako kiait 
g^timady tytmmiottyck kwitUóat po mocy mugocą t Icgtm 
dą WMfkią; o rókmck śmOmt Itrótetnkkk, co rma mm 

13* 




ao4 



hki €0łf I fM t$o€ jtimą tylko b pąku cUUa pratpy* 
cktm sią rv&ekyłą — i gittąt 

Mmrwyitm o mkk wsaystkiek w samotni kudyi; 
dmś maraą w białym oplocit ratmon Liii, — Liii a ka- 



A jednak iubu Ltli. Ja dusaą w kaadrj k-nhif- 
da lubią J 

L$»kią ta ckwiU, kitdy w jaj oaaack ta tlą s/< 
ta aaaa audumy Jakiaś aiahmaaoa, blada i odUglt pło- 
myki: twara biaUeji i prwyaUuua aią mgłą s k u pian i a . 

Tak w deka. Jasna i łago dni noce. na graąMth 
bagnaak myiakraofą sią ogniki i błądaą sanna po si- 
nyck mokrmdładi, pM iek śmił ma agaai 

Liii Jist bitdnam . amułnam daitfkifttt ftrwffftf 
Gdy ją tami słowy piśsacaą, drty i tuH sią do mnia 
jak daiecko. ,Niś boisa ty sią. Liii. miasta?' — 
uMiasta?" pomtaraa i taką cissą skupienia ma 
w oeaackf.. 

,Patrt, słuchaj, pomyśli — W tej ckwiii wpad- 
ma tu do dabia pijana banda: braąk salda, pijane 
śtniaeky, ocktypłt głosy i śpiawki cynkatta, I race!- 
suck*. białe, o Iśniącyck pasnokdack, adobna sygnała- 
mi, plugaaoe dłonie pospolitych drapiaśnUaćml — waayst- 
kia ona wyaiągąfą sią ku tobia, — A wsaystko wokół 
drga, tąim, wibrufa, Hiuayka gra, — afysaysa, gra 
tam daiwnam tempem, w którem sią cy niam tak suy- 
woim'e wyp ow ia da. Extrablatt! — wołafą... Eztra> 
blatt! — Nt^noaasaa dapesaa!.. — ^Nęjnaaeama po- 
wiaśćł..* ,Ne^mmsaa ar^daiało I , .* ^NafświtisM 
plotka/..' ^Lałwy sposób arobieniamofąiku)..'' ^Po- 
ratdy saltretne ! . .* „Te^anmica rułatkil..* ^Jak aosiać 
ałaiamym?..' ,Jak ąyskać sa c aąś eia u kobiet?..' „Sa- 
mobójstwo bankiera 11 1* ^Skandałicany r o m a ns ksiąś- 
nicski krwił' ^Mordt..' ^Mord i rabmtakł..* 



— Kmpmicul kmpmfcu! kupt^cnt 

m ĘUĘ^ MB9# HBV# 

W km tmiy tahtki $tm/. . 

Uii.whśmmsióif ,UB, mśpumęf.* ,lMi. 
adtfm podmiąaką...* ^ Smmp mt a t., ,khrdt..* 

ŚmtMki krwi /. .* ^Śmutri g ło dom m !..' ^Stkrohg 
potty. * — Kupujcit f hup^eU t kup%ijat /. . * 
A Itftta fy i/iiWJi, Liii: 

Spcjrwyyciś Im! spofrsyicu lam/. . 

Spcfrtyj ty. Liii. «m idk Imarwtt ma U podU, 
głmtko btamyitm i p^ame mkmitcky, ma lo M amraęeś 
mmtęcammś w aatroko olmarlyck, aesakUmyck oeaaek ma 
kiafyck jak kreda Imanaek. — TyU jadomiitgo smul- 
km j4$l m ly iAiW kiądm^, kiafy klask lamp gaao- 

magU śmiaih agOMoą, wda a sią prwta ckmUą, prwm 
jtdmą królką ckmil^ śt pośród Irmpdm iiiidliin . . . 

A lam ma knmkaek mmaMta aamyją jak ramiomy 
połmór — sygmafy fakry€Mmt — — * 

IMi odpycka mmit, pada w glęjk kamapy i myśli, 
c km m rBy jśf, gmtky wsir^ w Boktt praatratmam ^Boisa 
jtt Liii, mmuj sitkit?* Po lakmjt ghwą, prędko, 
raa, drmgi, bram*., ^No. Liii, LMi — 
lyl.. WidaisM, mty okojt, jak prmta tyga- 
mćof kradaiamś dtitfi, ma roafywJkf tłmmm fwhKttt it 
okojś w wiśikitm mtitściś Mklakami . . .* LMi 
sią i pada mm ma sayją. ^My okojtl* — woia 
i misiśsaa sic kdk ma mmmt, jakky mtmit wraa a aoka 



MOÓ 



My óboft. Liii!.. 
I tm SHUtitk wiłikifh miast ro9paeM$ty: 
f i$ smrow€ tt*roia uamkniątych o iwicie kośetołóm; 
i U po roapttścit na rasą marasń roackylamś biaUkU- 

lichy łąsh$oły, mt potays pisatu o świdś; 
i tt tycia m$go ostatnie mitsiąct . . . 

My obojt» IMil 




Jelsky nic wytrzymał: zerw.u si«; z i. aby 

się zakrzątnąć koło czarnej kawy. Zapnlii ^|>ii\iusową 
maszynkę i czytał dalej: 

... vypraw€ulMił maiś tam Jelsky ł Było to pitrw- 
satgo dnia m€j ostałmej wiosny, — Ona ma w sobie 
słoneczną radość łąkowego kwiatu, w pytc^ącym błys- 
ku oczu niegasnącą do śycia ciekawość, pąkową świe- 
śość, co rosą wraśeń ckciwi* ckłot$ie i dusaą namstś 
odradza; ciągłe Mdtumieme, to wiecane i nittnisMCwaint 
daiotiństwo dusąy, co jest opoką, na której bogi grec- 
kie świąiym'4 S9t$tki abudowały. 

Borowskiego po a na łem dawnie'. On sennego aie- 
łńe wspomnieniem pmeirawia; na kaśde jego słowo 
odpowiadają daJekie ecka : ^kiedyś / " IV nim jest coś 
a potąśnyck dębów, b ick głębokim posamnem star^ 
Iege9t4fy. Mimo Me pień Juś tnmfutfe, j'esl w tym dęb- 
eaakn wieie dobr^ krm: jest niestramiona nmmęimta 
moc młodej rasy, cwnć Jędmość i siłę wiełkiek nmnię- 
tnoścL — Lubię Polaków/— Jełskyf Jelsky/ cókei ły 
aaprwepaśdł / . . 



M07 

CQr r«ł kmUmry. Lmjię k kk mmośfy mmmm i mr- 
mm ttj ik m r t j mitrwądmiry Etm^piś mrma a jtj 

mt€M MPWfs^c smoMi^mmf^^f€m MUmmm mm mmmy śmm^Ę' 
roiliiiL MIŚ s dmmmtj i agmiUj mami mrm mś t r yi .^-Lmóią 

m A w i t iU lamp ilśklryttmyck mm mm$mmrm$iiią mtyhą 

skiśpome j wUrymy. Myślą tmęsio o PmmbUm i JMymt 

I Immtą ttm yormimywmtm 

Bmrmmskiij opamitśmmlmm rmm tmką bt^ki: 
Było rmm ^mó€h brmci hiiśmimetycA, co w eumiu 

jśdmtgo dąjkm mmrmtmh. Dąb agmii m borami, bmram 

chód imimim. Mim ę ły Imim, mim ę fy camsy; dmamytk lu- 
dmi dmmmtś wimry tpfy mę fy knmą 4I0 datóck m$óra. Im- 
mi imdmit, imm €mmay. imm wimry I — mwram mmm€t JmM 
immt! spolbmH sią brmdm, spofratk i—am mośś ikmnh 
iHif—Cams, pratairatń, dmóck mwłbicb imck&m potą- 
gm od m nm mm. wyryiy mmąśmy mimu praepmść imk gb^ 
bą, jmk Jadmtgo simiacim wĘyU, i imk arieibą, fmb dceóch 
bog&m miammamść. 

^Tmką bmjbą, pmmt, b^lą wmmt opomfiaśmły kudyi 
skmra pimaimmbi, bmfbą o daróc k brmeimck,* 

Pmiray. pmiray. .. Potm bia Mt ć miś €kca, am prm a cayi 

mii mmm, i daiam At i spoaiśrm admmuomm, »a>ś ty am 

\?* smpcaą ocay, i tadariś mm p y l miy, Jm sią Hkmmć 

I pmirmy.,. Chrysit, jmkiś ocmy!.. I boi 

aią i mmłtay: spofraamitmt bmdm, dmaaą mmmkroi praa- 



M08 



mmrm, Fmjrwata i ofmataa otay. Cęy la łaa, la na 
bnłgack octa poaoslaia łaa — cay ją bajka moja po- 
mahmiła ?. . Cęy maśt wino smulka na Itn kmiai 
odś mtu$ posatdi? Cty mośe rosa nowych wraśtń na 
niągo paiUa?. . A mośr mnf bajki utarfj prwyffh 
mnialy sią piastunki?.. 

I miąday j^ oeayma a spojnemem moftm błą- 
daą dnsat naaat, n$ś* aią la tui awiśwna, nić pa/ęcaa, 
co mnii do jej stóp na wawsat prtykuji, wiąśą sią Iś 
struny ałott, sinmy gądaiibne. do których dłonie nu 
iUpe rwą sią same, onuukiem, jakby » Boga wytsaa- 

strumy duaay kobiscej napiąte, struny me kar' 
fianel .. 

1 roMchylify sią ku temu słońcu mych najglęjb' 
saych tąsknot najbielsae kielichy. Pierś tchnirnirm swe- 
rokiem sią roMsaeraa, jakby moc nowa w nią wsIąpiUt, 
jakby w niej aadrgać chciały najcaysisae, nt^f^ibsaa, 
najsacaarsae ntłty. jakby tbueiaić sią w niej miała ta 
pUśń mi obiecana... 

Pieśń, co była jut w grobu, jut chłodna. 
Krew pocemła, t pod cif w i iw^lada 
^ I jak upiór powstaje. 

Dajcie mi harfą taką / Dajcie mi wielkiego ucaw- 
da tchnienie saerokie. a eaśpiewam wam noeaego ty- 
cia hvmn weatlny! 

. A te mam śmierć tylko przed ocayma, aa 
ąyaa — grobu głuchą samotność, i a kałem tyda dą- 
głe obcowanie, więc chyba krukom MłomiesatMvm goto- 
wać będą krakania mogił nr. 

I pieśń ma legła znów w grobie. 

Więc anowut: my oboje, Liłil 

i len smutek wielkich mieut rozpcuany. 



J09 



mofy: tm potty€ pimm o śmitii, 
I It iytim tmtgo mitkm mmiętt... 

My ohoJ4. UH! - 
A kum, fy — Zochna. 

Amr imt Mtięit pimcM mi » pitrm mydmi i /rs#- 
■Mfimi uimiti^ ... Iwuś ttM śttittt jm^cm 
i Um my€k mit mtfy^ aią mmmH prami 
moją! 



•t H^ ii9^^mśgBKg^KmMmi MW* ^^ ^ ' " ^-^ » " ■ 




Jekky słaniał się jak fakir nad czarnym dymem, 
jul fo ^ine nnugi wst^pimi owiły, pochłoń^ go dunu> 
ra. Cmii cygara bcs koAca, połykał kawę. 
1 cz>'tał: 

Lubią, g4y struck upiorów o półmoemj godmmi$ 
o€9y mi wuokrągla, umąśtm ma imany śdąga i prajh 
ctofa amiysfy wimtĘ ocatmufomuL wvt§ay tmtc mtoicm 
skupimit ridrn wokół jakitś satply, smmery, siąpa- 
mia... Nif sam afysaę, imdtiś Jaś o ttm gawęśaą: 
drwią u mmi* i boją sią mitra w. Ja drwi^ bofą się 
i lubią It mtojt ckwiit: pitncaą się mitmu, bawią aią 

prtyśpwsaa* 

A od taasm gdym ntbit poamai, Itmu ck w i lam ti 
tjdko ęyją. Chcą Mit wywołać, połągą metuć mmitk, 
mtoick prwtmtocą prwtd ocaymta pośśmwć. 
hrk krótkick ekwil pray lobit tkiy »ą 



J/0 



duekm m§g9 mtwtmką, wmftikiś promkmt imay 
m soóit jak w ogmiakm iąeaą i mÓBg mi palą. Zmam 
jmM słodyca mitiu maraań » Tobą. pr»y TobU, Ma 
CiebU : fkodaśeś mi tiait m obca i daUka dmktm, ju- 
Uś moja t Wypiłtm jaś kasaysa wntlkiek a Tobą 
iącMmośei i upojeń, myśli moich waatckwiadtą wiślś 
fusacMoi ci j§tś makaąywaUm. AUm sią prataytU 
marBłń moich ałmdą. 

Zjamu chcą! 

Patrz, — ja nigdy, przenigdy takiego skupiania 
wntyatkiago cmida i myśli nie aaanałem, takiago aUh 
piama aią woli a twą m\śłą, duckam, ciałami Jako 
tygrys do skoku przyległy i zdobyć^ caujny, pray- 
eaaUa aią wola ma. 

}Vola moja waywa ciebie I 

Prayjdś, — jednym p rom i en ie m nadziei pręjffdś, 
a wdwcaas serce mi chyba ptakiem z piersi aoyskocay, 
po tym promuatme do ciebie alaci, do stóp padnie 
i choremi skrzydłami aałopocae. 

Płacaeaa... Dlacugo mi sią zdiye, śe Ty tam 
u siebie w tej chwili płakać musisa? 

Patrz I — jut mi strach upiorów o północmai 
godmme 0C9y aaokrą^, twarz ściąga i ramiotta prf 
śy... stysayaa te samery, saepty i stąpania wokół? 

— Tm?l.. 

Coś e c h e m sią maaie, sonarem cichym sią skrada. 

— Czyś to ty?!.. 

Coś ze stołu spadło i echem wciąt jeszcze pada.,. 

Styszą, jak sią tam mieato adala buray, atysaą 
świst głuchy i łoskot dąśki wakiara^'ącej fali . . . Cąy 
to brząk złota, cąy wiatru o sayby dawonienie?.. 
Twój'śe to saapt piaśdasy, ccr pray tłmmi ona Ił m mt aaa- 
mnmie: ^Daiśl daiśl daiśf..* Tmei-u to sukni sze- 
lest, cay taa Liii chichot pijany /* 



— Kto woU?!.. 

*^9^M9^» 3MBi^P^BVf OTHPflB^P ^^^ ^9 ^^^W •• ^^^^^^r 

V MMf jsteif — myyą pg^m m k am m m i, m biamy po 

gr^ komm pfytą od immtti ośUmtkłm, Ty mą itrm wuj 
mok oprmi m€ tmoMtmt.. Nk widtt mm tfysat tm 
iatęą mkt — Toką kyć €kcą, tmhm i krwią T^fofą 
i ł tt f kmm Tmym, — awli tm^' obfmmmimmt.. 

Ty Po jFfWttkich httgttishtKh tttui śycMi MjpttiitHM, 

S^t^^ ^irtithiticO M^ MsMtM ^ hiudB^t^ hi^^ JHHOMMf 

^^^w^m^um ^w «^«^^^^w^B ^ j^ ^w^^p^^yy ^^^^^V"^^^^^# ^^^^^W O t^^W^WwwwWW ^ 

amf^ m Moim imytk Momi odkmpimm biorą, i^n^tch 
iśpśofdk mmd męomm O ii ti imim prubfyakul 

Jmś mpmek włosom Twoich camją, Juś p uekow ś 
śioSkttiąciś fWMMi twoich w$Arćś dało mm Prtwrihu. 
H^ kodkottio nM#0 mm^ig śmtdśKUśrht9Mtł 

Ptwyfśk wimwm. ^mw tią 



- Ckoodt!.. 

PuirM,—jm wskratsmm w myśU moc widką, 
So wmysMcA grtśch&w moich Jawą i świmUciwo I . . 
IV trw m mc dało mc niebawem Ugnie, a ty tej grobo- 
WMJ akrwyni pokmimcm wick iw n będaifta, jeśli wą nie 
ąfmwsMf Jo oc fcm iftiiumw ^rwdłoitimm do nóg 
mych prtykuji 

— Jaw sn I nart/.. 

/ słysoą—saloch... Twóf, Zochna, piaca roo- 
pacany/.. Caego?.. cnego ty tam płacaesa w tej chwi- 
li?.. Kogo mnhasM?.. W tym blashm hmpy catrwo- 
mym . . . UpadnitSM, upadmwa a lampąt. . Chrysle, 
sią aapakl.. 



J/J 



/ tf fisęy grobem^ ghtcMt dud "' ' '-■ ,,, n^,,- 
iUtH ciotki, ołopfumy Md, fyck §*>■>■ t^eyth. 

€0 sią po kią$e$ pogntbawym krokitm wloką. 

Sfysaą: — padł słrwałł — Stmm skraydti mu nit 
Bm t ióft f w a ł . . . }Vidaą:—09admł sią ptak na gałąm. 
tkwifjt sią, Iłca nie spada. Osunął sią: bije ciałem po 
gałąńacM, liście strąca, skręydlami łopoce, cMcpia sią... 
mtdm sią sUkwo, pada, bije. — wyrtną/ł o 9imt\ią ikrwa- 
wił DysM^... Zm&w sią porywa: łuś, łuś ponad Mie- 
mią jak kuła sunie. CMołga. wabija sią; gndw pada, 
na wanak sią foedi i skręydła Imrcaowo prąty. Dyssy. 
Pławi sią we własnej posoee. 

I widaą ciśnie dwóch rąk, co sią po niego wy^ 
ciągają... Ratuj dussął.. Znów sią porwie: po aiemi 
knłą sunie, k rwawą stmgą barwi... A te cienie rąk 
pełtną po wsttysłkick śeianaek, śUagają sią jak wąie... 
Dłonie, dłonie drapieśceł. , 

Udusaą mi ptaka I. . CkrysU Parnie, ptaka Twe- 
go Bosego ł.. 




Zgasło. Przesiliło dało moc moją. JuM turłeot 
W09ÓW sfysMą na uiicy . . . Opuidfy mtue siły moje. 
Ciało ctują. ból cmtfą. Tu w piersiach dławi, dusi . . . 
/ ten chłód, ten chłód okropny na atole, i to tamro- 
caenie nagłe f.. fVirm. co to nneuty: — citusłkit — 
miski ł — lodu! — Dobrnę, ii łampa agasła: nie cheą 
widnitć tego. Ukryją sią m łem. ślady wałrą. nie chcą, 
by mi Jelsky swą wyśsaość odrowego twitrwąaa 
wspókmuUm okaąywał. NtimmidMę współcautiał 



»i3 



JĘ poittU, JMi AfWMt* 

otmMttm. Pó iknł^mm ńą trwoga, dnki ląk prwtd 

toiMmim ytfMl fciiiff^ wiirwi tytimf jmM, 
tmóf? A Irmoga mm i skrmJ^ i śmi j tdm ju m 
iylwo OKTwytitttm wo§9C tHtmtftĘi 
Pkmt ek€ąłł 

Pimć cktąfr 

...Rommafy w m i ry tmtj sm m o hi oś d plodtu ume- 
my. Na wtyek tętkttoł pustym krmtaą iylko krmki mad 
óai f dmckdm padiimą, Wsaysiko, co UpsM*, głąósae. 
h mahu, n mą f o w gnuy. Ulec J$tś mu miś makra*- 

mśgo śy€Hi kraykm J ar tm mym ? Zmormiaiy tUfhr* om- 
mmy, — MtfdUr więc kęM tn^daiś i śariadcay o ty- 
eia mwgo Ar§ywdait i roapmcay ! Ltgio mu dobro, 
miukajU aio mtojt smój aahat śmiąa oskdmi! — A po- 

A wtę^ aurmf ty mum ptortm, aaaiamu, ty, €o 
pahayM iakśt m mmmimit eatigodmytk i oasimiomycA, 
9 tMtafhftHyfk obmt^attk ht amyś Atość i mtam. 

7V« fałsam śyda Phuacam śariaioUiw9t 

bóim $tia€htimnKh prw t paś tisśa atmdmio, 

pochłoń mmiś t aałrać mmit, bom w oakdmitgo Boga 

toftmmycM pratamacatilk coarma twórcaa rfPo, 
bmam^Ęcycm oogma potĘptomy muo€u. 



ai4 



mmyck wartości niUm im iti M y Iwono, 
Smhmit, bątbt wola Twofat 




Jelsky słaniał się wctąź jak (akir: otumanił go ten 
dymny czad i, zda się, wszystkie wrota zmysłów zam- 
knął, aby jakieś inne drogi trwoźnym czuciom i niepo- 
kojom otworzyć. Oto wsparłszy' głowę na ramionacłi, 
słyszy szept twardy, ostr\% dobitny, jak udrr/fnia mio- 
ta w czaszkę: 

— WsMok hofHte darzi roskładtm ucmuć i ducha roM- 
ttrką! 1VsMak hojmU mama SMtuki sUji?.. Pairz ! — 

jam jest sMtuki wasa^ naboje tą potęgą! 

I w tejże chwili czuje, mimo źe resztlcą władz tę 
myśl z uporem tłumi, czuje, źe poza nim, tui koło drzuń, 
ktoś w tej chwili stoi. Twarz bezradnie w ramiona 
ulcrywa i szepcze cicho: ,Boźe mój. Boże, co to jest?* 
— Lecz w tymże momencie zrywa się błędnie i spozie- 
ra poza siebie. 

— Molier ?! — krzyknął krótko, a usta jakby w ocze- 
kiwaniu odpowiedzi pozostały uchylone. 

Powrócił, znaczy się ! — Ale milczy ! — Peleryną swą 
otula się tylko szczehiie, głowę w kołnierz wciska, po- 
chyloną twarz t>eretem przysłania... Stoi i milczy jak 
dert: w ciemnym kącie czarny, zamarły i dziwnie wyż- 
szy, dziwnie... 

— MoUer, — ty?!.. 

Jelsk>' czuje, jak mu mięśnie krzepną, drętwieją, 
■kuwają się tą przeraźliwą niemocą gorączkowego snu. 



A tamten floi pode driwiiuiii : ctarny, limny, pochyloną 
flowę bcretOD pnytlaiiia . . . Raniona na pienaach 
sknylowal i... 

Spoiraal!.. 

Jeltky'rfo jakby mi^diy octy coś odenylo: nudł 
się w tyl i raBMonaai aiiopotal. W tobie się lebral, 
wtulił i nrartą do wlMnydi dłoni |>rzypadt Ba wie- 
diy i woli, odrndiowyni jedynie instynktem dobrej 
krwi, cfawjrcil kneilo i puścił je z całych sił w tamtym 
kierunku. Roitraaskalo się o drzwi na kawałki. Łoskot 
ten zbudził JelBky'efo i splossyl mu zmorę s praedoczu. 
Zatoczył się do okna, uniósł roletę i szarpnął zawiasy. 
Chłód wtargnął do pokoju, dęźlde dymy poczęły się 
wykłębiać na ulicę. 

Mroine powietrze poranku drgało c zyst e m , diwięcz- 
nem i pośpiesznem dzwonieniem sygnaturki kościelnej : 

Av«'Mmria'grmhas'Pi€mmf 

Na dachach domów sąsiednich kładł się saronem 
biały świt 




o kilku godzinach zbudzono go natarczywem ko- 
łataniem we drzwL Popołudniowe słońce w po- 
koju powitał Jelsky grymasem i zwlókł się ciężko 
z łóźlca. Nie śpieszył się jednak z otworzeniem 
drzwi. .Korekta, — artykuły, — sprawy bieźą- 
dudniało mu w uszacłi natrętnie. — .Dajźe się 
ubrać ! — krzyknął niecierpliwie. — Siądi sobie pode 
drzwiami, zdrzemnij się albo zdecłinij, — co wolisz... 
Możesz również obejść wszystkich czytelników i powie- 
dzieć, że pan Jelsky prosi uprzejmie o pocałowanie 
w uclio... No, co powiesz, przedstawicielu najbierniej- 
sze') na świecie profesyi?.." 

— Jestem posłaniec. 

— Toż widzę, durniu! 

— I starszy człowiek jestem, — wnuków mam u- 
kich... I Polak, panie. 

Jelsky wyrwał mu niecierpliwie Ust z ręki. Roz- 
rywając kopertę, łagodził po niemiecku: .Rodak pali? 
Niecliże rodak weźmie sobie cygaro, — tam z pudełka.* 



pmm, — ciyul. — Hm? Zomi Borów- 
tka... Ociywiśdet.. ,cy t ah mit k^ ety ^ o lmór ...* Mo- 
cnr! ^mkrwnmnm , , * Po co ty się nad tobą tn^casi?.. 
jopU,, * — Rotumie ac ! — ,,,.iłi hi htdm. iU. ik,* — 
TajOc!.. J Mt /mś tm sśah.f Wirrię! 
Jdaky marisczyl »c. 

— Rodak waąl jul cyfaro?.. No, to niechże ro- 
dak idiie tobie preci. 1 niech wstąpi po drodie do re- 
dakcyi npraediić, te jeateai chory i nie przyjdę dziś . . . 
Niech powie również, te jcatem niespokojny o zdro%ne 
i poayifaiość pana redaktora, ponieważ dzbiejszej nocy 
zjawił mi tic w gorączce szatan. — Streszczam się: mam 
ińtzenjammer życiowy w połączeniu z febrą i bólem 
głowy; do redakcyi nie przyjdę. Żegnam. 

Posłaniec śmiał się i dławił swem cygarem. Spoj- 
rzawszy jednak na bladą, zimną, prawie surową twarz 
t'*l«ky*ego, spoważniał natycłuniast i cofnął nir ku 
. \viom. 

— Jeżeli rodak odczuwa potrzek>c ok>ełgania tragi- 
zmem sw>'ch kolei życiow)'ch i w>*łudzenia wsparcia, — 
będę nad wieczorem w kawiarni MtśMsmm, — Niech bę- 
dzie pochwalony ! — rzodł na pożegnanie po pobku. 

— Na wield wieków, — brzmiała odpowkdi. 
Poshmiec, biegnąc po trotuarach z w ykłym truchtem 

łazęgi, kiwał siwą głową i mnictił: .Tego musi coś 
szarpać za one dudy, — za nerwy, — hę? Ten coś knuje. 
Giś... coś... we łbie tym warzy. Z gęby dyal>eł się 
śmieje, a w oczach śmierć się strachem zżyma. Czło- 
wiekowi takiemu nie mów, co pół świata zeszedł, taki 
ma na to oczy, czego i przez polową lunetę nic dojrzy. 
Widziało się i to! Bywają uc>' ludzie, co z nimi kilka 
słów zagadasz, a on ci potem z głowy wyjść nie chce. 
1 będzie d się naprzykrzał pamięci, będzie nękał, b«. 
ci trapił duszę, jakby o Zdrowaś Marya prosił. — Stary 

14 



arS 



ibocs>'ł w poprzecznicę, aby mi«ć przyjemność kornego 
zdjęcia czapki przrd kościołem. 



Jclsky tymctasem chmurzył się dalej nad listem. 

^Doiręy ludni,.,'' Hm!.. Hm!.. 1 tak dalej... 
,U>pk,,.* Da capo!.. ,Świai sią na m$tii tmaUł,' — 
Praesadnel — ,MyśU. śt tam na itritcU słańet Jaś dmś 
wcaU nit nmtsało.,,* To jest kapitalne w naiwnej eks- 
pretyi!.. ,Nmk panu Pan Bóg...* — \ tak dalej... /i 
ho tm mmitm,,. — Ślady łez na papierze!.. .<?//- tta Iuj.m 
Boską t nirch pan mną nie pogardaa . . . 

Jelsk>' uderzył się po kolanach. — Kobieti! — krzy- 
knął. — Kobieta I Sacr^ nom de nom, — kobieta ! 

t,SukietUri juk spakowałam ..." Sukienki są w tern 
Vrszy8tkiem, jak na mój smak, drobiażdikiem ogromnie 
rzewnym — J csekam spełnienia pańskiej obiehncy . . .• Co 
ja jej, do dyabla, obiecać mogłem?!.. ^Piełutrza, gdy 
dawomł m rana.,.' — i tak dalej. — nBo/f 5r< wsąystkte- 
go. — drśf ciągłe...' — , Kanarek w klatce fu* namtł nU 
śpiewa . . .• Śpiewa ? ! — zlituj-źe się, kanarek wrzeszczy, 
nie śpiewa. — ,...nit śpiśwa i ciągle tylko tta mnie pa- 
trwy. A ja jut z tego tyUto ustawicMmi$ płaltai Mwasf...* 
Za dużo wilgoci ! — .i plottk takśś óardto sią óo/ą." Ro- 
zumie się ! . . ^KtucM od zatrzasku prztsytam.* Oczywi- 
ście! — Signum manu propria: podła! podła! podła! — 
Zosia Borowska. — Zosia ! — nawet we własnych myślach 
Zosia! 

— Taak ! . . — Jelsky wypuścił cały zapas tchu 
z piersi. »A wiesz ty, mały puku, te ty byś mogła wziąć 
kaidego, żeby chociaż... choć przed rokiem!..* 



J/9 

,Po94 9€n^tmm.* No jmkźe? — pott •cripcnn być 
prarcir mun. — ^śmii tm aią pęm HiiUr tatą noc Ccv 
mtmł krm0iok? i śt mmmt prukłmai.* 

Tu Jehky pocMrwienial nafle i terwal gwałtownie 
cwUder. .Wi^ i ona go %iridiiaia?!* Pociął wieUdmi 
krokami cbodać po pokoju. Sięgnął na chwila po ręko- 
pis Moliera, lecz odrzudl go niebawem. 

•Do dyabki,~wolal,«w tych .nowych blagach* 
jcft co4 więcej nit roikoain y drenca dlft hiateryczek !* — 

1 inown aianął mu przed oczyma pamiętnik Moliera, to 
niearwamiale, niepokojące wpisanie się jego w jakieś 
w y c zu ci a tego, co lię w tej chwili w drugim końcu mia« 
su działo, wretzde jego własne widzenie potem, — jej 
znowul list i trwoga... ,Czy ja tu czasem nietylko 

2 .MoUerem walczę, nietylko z nią, nietylko z sobą? Czy 
tu czasami nie wkradło się juź coś..?* Równocześnie 
prawie przyniósł kapr>*s myśli: 

Haht diś Satmt miękł mm Kth . . . 

Koimm. folgę mir im das tbmkU Retck Ittnab . . . 

Cliodiił po pokoju twardym krokiem, chmurzył si^;, 
gestykulował do swych myślL .Trzeba poprawić tnteli* 
gcncyę koniakiem*, — zdecydował po chwili. Nieł>awem 
mówił jul do siebie spokojnie, prawie głośno, rozkoazu- 
jąc się jakby swych myśli swolx>dą. 

— Tak, na to wszystko można, a nawet należy 
patrzeć z olimpijską ignorancyą człowieka nauld, alr 
na to trzeba być profesorem fizyologii oraz radcą dwo- 
ru. Ja zaś jestem dziesmikarzem, więc głos powołania 
błaga, prosi, żebrze natrętnie, aby puścić na miasto ja- 
kąś Katie King w posuci arcydzikicj kaczkL Swojsidc 
gęsi podnioaą gwałt, młodzież uniwersytecka się roKoln- 
zyazan^e, Mlsrad ogloazą bankructwo nauki i— pr oieio r 
/ ologii będzie się śmiał ! — Źle mówię : — .on !* się 



tylko ponad brodą uśmiechnie, ale xa to oni: d mnirUi 
malutcy i wcale niewidoczni roześmieją się po i^ 
srrbrn;! fHAtną, nietyle nad mojq kaczką, ile nad głupotą 
'•"''• Vtór>'m nie wystarcza katedra uniwersytecka wraz 
\ stkiem, co się na niej mieici. Im gluchszy za- 
kątek, tem głębszym basem rozcśmieje się aptekarz, tern 
większy tryumf będzie święciła nauka! I 

1 tak 'Oto, — filozofował dalej, — dusza współczesna 
skacze jak piłka między twardem kowadłem nauki a lek- 
kim młoteczkiem dziennikarza. 1 cóż dziwnego, źc w ta- 
kich czasacłi tryumfuje duch kobiety? One są lekkie 
i elastyczne. 

Jelsky tonął w fotelu i ćmił gwałtownie cygaro. 
Nagle, nie podnosząc głowy: 

— Ty I — słuchaj, co ja myślę I 

Rzucił okiem na łóżko Moliera i znów poczerwie- 
niał w jednej chwili. — Niema szelmy! — uciekł łotr! — 
1 przed kim ja będę teraz gadał? przed Idm myślał?.. 

Teraz mogę Iść i zagrać w domino z sąsiadem ka- 
mienicznildem . . . Tak, — domino jest głęł)oką filozofią 
dla ludzi maji^cych senne sumienia wołów . . . Moja Zo- 
siu, widzisz, rzecz jest taka, źe ja się coś nie coś boję, 
tylko nie kanarka, lecz dyabełka, żeby mnie znowuź nie 
odwiedził. Nie ciebie mi, Zosiu, potrzeba, ale jakiegoś 
gmaszyska wiedzy i nauld, abym mógł w cieniu tej pi- 
ramidy odpocząć choć na chwilę. Potrzeba mi olimpij- 
skiej brody królewskiego profesora i radcy dworu, abym 
mógł wyśmiać razem z nim tę .nową blagę* i zmiaż- 
dżony wiedzą podręczników zasnąć snem filologicznie 
prawidłowym... Nie trzeba mi, Zosiu, klucza od twego 
zatrzasku, lecz klucza do mych myśli swobodnych, trze- 
ba mi filozofującego opryszka, aby mi skrzydeł uż>'cz>'ł 
swoich i pomógł przńkoczyć przez... twego kanarka, 
Zosiu, co już nie śpiewa. 



MMł 

PrtmkoeayUśmy w tyau t>*le pr wti l rt d w tt^'>l-' 
chatę MttytftytMUtm^ le nic połkniemy taę cfaylMi o t' 
■entyroeiicik polski... (Mam go iretitą w Mocnem p<>- 
de}r<miu o nifiincinf tfmmm^neyt powieiciowe ! >. 

Hopp!.. — Oj niet — Jeliky pręiyl ramiona. 

Priyjactdu! — MoUene! ^ Pająku! 

1 Mgie priypowiiaio mu ńc: ,Lm mum vmom M 
h umpioro, Bmirkt mimł* 

Gwałtowny wybuch ttakmego iniediu pchnął go 
na (oceL Rzucał, tnąai i miotał nim ten imiedi, po- 
dobnie jak imierteiay kanel diorem dakn jego przy- 
jaciela. 



> <vv > /ij-^i.<'^^\- i 1 • ii '-'^' > * > f i r -— ^^ — -^ i ~*- -T i r 



Wyszedł i najwyrainiejsz)^ zamiarem pójścia do 
Borowskie), po niespełna pół godziny znalazł się nie* 
spod zianie na ot>cych schodach obskurnej kamienicy. 
Na drzwiach znalazł bilet wizyto%iry: Jan Kunkki, cmtid, 
tmid. — ,1 po co J9 tu..?!* — Jelsky'emu chłód po ciele 
przeł>iegL .Po co ja tu..?! — Czyżby mną jui co in- 
nego rządziło niili wola moja?.. Komm. folgę tmir im 
4ss dtmkU Rtkk... A niech się dzieje, co chce!* — 
Zadzwonił gwałtownie. 

U Kunickiego zastał wielki nieład: stosy ksiązrk 
i papierów porozrzucane na ziemi, kufry na środku po- 
koju, naokół pełno ciarko w od cygar i niedopałków 
po papierosach. Kunicki leżał na otomanie. Podał mu 
Tckc inilcfąc i wskazał niedbale na kneslo. Ja do 
pana właśnie iś^ chciałem*, — rzekł spokojnie, prawie 
sennie. 



JM 

— Pan? — Jelsky musiał się powstrzymać, aby nie 
wzruszyć ramionami. .Skądże? — myślał, — po co? i co 
za konfidencya nagła?" — Nie zdejmując palta, «adl 
konno na krześle i wsparł głowę na poręczy. Przypa- 
trywał się Kunickiemu uważnie, badawczo, uparcie. 

— Panie Kunicki, właściwie, co się z panem 
dzieje ? ! 

— Wyjeżdżam, — mruknął. 

— Widzę. Lecz czy nie należałoby wprzódy cho- 
ciażby spróbować. Jak można pozwalać się tak maltre- 
tować życiu? 

— Nie rozumiem. Czego ja mam próbować? Nie 
mam nic do zyskania, mogę tylko wszystko stracić. 

— Ah, tak! 

— Poczęści juzem stracił. — Mówię szczerze, po- 
nieważ nie znajdowałem nigdy rozkoszy w obełgiwaniu 
siebie lub ludzi. — Widzisz pan, dla człowieka pracy 
i lądu niema nic straszniejszego w życiu nad te... nie 
wiem jak powiedzieć... — teatralne w życiu efekt>'. Za- 
prowadź pan kiedy młodego rzemieślnika, który nigdzie 
poza swą ulicę nie wychodził, na jakąś czarodziejską 
feer>'ę; pokaż mu pan rusałki, najady, waligórów, wy- 
rwidębów; — przez tydzień będzie chodził jak struty. 
Własne życie wyda mu się nagle szare, nudne, brudne. 

— No tak, — potakiwał Jelsky. — A co gorsza, wła- 
sne łydłd tak rozpaczliwie, tak l>eznadziejnie i żałośnie 
chude, że młody pracownik szydła i dratwy gotów je 
sobie nadsztukować w spodniach. 

— Takie rzeczy robią tylko literaci, — prostował 
Kunicki spokojnie. — Idzie o to życie nasze mizerne, 
o te zbyt silne blaski w bezświetlne godziny codzienno- 
ści. Każde niespodziane silne i wielkie uczucie jest tym 
ogniem bengalskim, w któr}*m wszystko nowe i ol>ce 



wydaje nam tic ftwiatem i csaroducjtjacj bajki, a my 
tami lak ogromnie nikciemni i pospolici. 

— Tak, — potakiwał Jelik>' niedbale. — Ale w panu 
lanoai się coś na dhiźssą prelekcyc. Ciy (J^^ <VU* 
dał się po polcoju) ciy w fospodarstwie niema przy- 
padlDero konialni? (Spostrsefł na olcnie butelkę wrai 
z kielisskiem i sięgnął po nią), i^mieniają się coś oby- 
csaje ; — byłeś pan, o ile wiem, anty-alkoliolikiem . . . Ko- 
nialt, — mówił prselykając pierwszy kieliszek,— jest na- 
pojem mistycznym: nalewką na sumieniach samobójców. 

Kunicki spojrzał na niego wzgardliwie i zwiesił 
wargę. 

— Albo la palkska wymowa, ten usuwiczny fer- 
ment i musowanie wina w głowie. 1 to mi kiedyś stra* 
sznie imponowało. Pamiętasz pan : — rozl>eczałem się' 
wtedy w kawiarm. Dziś słucłiam ze współczuciem : panu 
coś bardzo dolegać musi. 

— Najk>ardziej pańska niedos<^ treściwa wymowa. 
Czuję, ie będę panu musiał opowiedzieć coś... coś 
mniej wesołego i że bodaj na to tylko tuuj zabłądziłem. 
Krzepię więc ductia i — słucluun, — tymczasem słucham. 

Ale Kunicki tkwił widocznie uparcie w pierwszej 
swej myśli. 

— Pawie Jelsky, — rzekł, — wyście mi wszyscy wte- 
dy, nawet w kawiarni i w tynglu, strasznie zaimpono- 
wali. Artyści ! . . Oto jest życie ... To jest śunat ! — Mia- 
łem, widzisz pan, w duszy ten c^^n sztuczny, kttiry 
was wszystkich oświecał . . . Dawniej, — mówił po krót- 
loem milczeniu, — miałem na wszystlco jasny, spokojny 
i trscśwy sąd ; dziś tu, w głoWie, pozasuwały mi się ja- 
kieś pstre kulisy, pozapalały się jaldeś sztuczne efekto- 
wne blaski Wyobraźnia (ja dawniej r lem wyo- 

oraini!) stała się rekwizytornią boh.itrrs «>styumów 

dla l>łaznów i komedyantów. 



\ 



2M^ 

— O! — txarpnął się JcUky t skoczył z miejsca. 
Kunicki sięgnął znowui po papierosa (na podłodze 

lelał}' już całe stosy niedopałków), przez dłuższą cłiwilc 
inilczatf nagle uniósł się na łokciu i, patrząc niespokojnie 
ha Jelsky*ego, zagadnął : 

— Co porabia Zosta Borowska? 

Jelsky odwrócił się od tego spojrzenia. .Nie wiem, — 
mruknął. — Czeka prawdopodobnie na kostyum z pań- 
skiej rekwizytorni." — I począł spacerować wielkimi 
krokami po pokoju, manewrując ostrożnie wśród V%\;\- 
żek porozrzucanych na ziemi. 

Kunicki uniósł się jeszcze wyzej nu otomanie: ni* • 
co przegięty tułów wspierał w ten sposób na wyprężo- 
nych w tył ramionach. .Przecież to jest męczennik, — 
pomyślał Jelsky, spojrzawszy na jego bladą twarz i ten 
ruch bezwładny. — Hiob na kupie gnoju ! * 

— Ją zostaw pan na uboczu, — prosił tymczasem 
Kunicki. — Jej nie dotykajmy naszymi językami. Mowa 
nasza jest nieczysta : plami nam wszystkie uczucia, bry- 
tpi kałem na wszystkich ludzi, i czem mi ona zawiniła? 
co winien kwiat słoneczny, że się niejeden motyl jego 
nektarem struje? co winien płomieii, że niejedna ćm.i 
w nim się spali? co winno słońce, że człowiek czasem 
tak bardzo cierpi? 

— Bardzo efektowne choć staromodne kost>iimy 
posiadasz pan w swojej rekwizytorni! 

— Jabym ją po nogach całował i przepraszał, — 
mówił Kunicki już niemal obłędnie zapatrzony gdzieś 
w kąt sufitu, — po stopach całował i przepraszał za te 
uczucia, jalde we nmie wzbudziła. 

— Jakież to uczucia? 

Kunicki zdał się namyślać przez chwilę. 

— Namiętność, — rzekł wreszcie z dziwnym spoko- 
jem. Dla Jelsk\''ego ten gntiśny, pełny umęczenia spokój 



miał w tobie coś x ohydy; widryfnąl tlę: T-k chyba 
Alimak w kahily roxiii>'śU nad milościii.* 

— Pan jeMeś ncirry, — rzeki. 

— Chc9 9 po§rwtć aa to wnyttko jasno, tnetwo^ 
aź do obraydiwoici, al do wtiręcii. 1 dlalofo csynic 
•obie tą knywdę, te mówię fioino pned cynikiem. To 
pnmaga nieraz bardzo. Jestem panu iscserse wdzięczny 
M» wis>'tę. Sam się do niego wybierałem... Co pan 
o mnie myśli, o to nie dbam... Widzisz pan, bywają 
rzemieilnic>', z tych słabowitych, mamłejsz>'cłi, rozma> 
rzonych . . . ; taki, raz zobac zy w szy scenę, zamarzy o ku- 
lisach i przepadnie wśród bandv cvi^nów jako nafmi- 
zemiejsze popychadlo. 

— Et! — szarpnął się niecierpliwie JeUky. — Zjedz 
pan obiadek w towarzystwie Liii i przejdzie. Niema 
z czefo robić wełtsdimerzu. Za kulisy pan nie pójdziesz 
i u wstrzemięźliwość przyjdzie panu nawet łatwo. 

— Dyabla tam ! — krzyknął Kunicki i zarzucił dło- 
nie na czoło. — Dyal>ła tam t Pójść moie i nie pójdę, — 
ale ja chcę być takim jak dawniej ! Pamiętasz pan tę 
naszą rozmowę w kawiarni: ,Gor>'cz, obrzydzenie, 
wstręt!* — oj tak. Ta droga mego żyda wydaje mi się 
teraz taką szarą, pustą i uk nieskończenie zb>teczną. 

Borowski, — mówił po dłuiszej przerwie, zapatrzo- 
ny gdzieś błędnie, — Borowski opowiadał mi raz swoje 
dzieje. A potem, pamiętam jak dziś: długie i smutne 
kominy patrzały martwo w dal pustą i niemą. — On na- 
rzucił się wtedy na mnie. .Widzisz, — wołał, — dawniej 
ludzkie namiętności były żyda i pracy ramieniem i mło- 
tem, dawniej bogowie nie wstydzili się sw>*ch namiętno- 
ści. Dzisiaj są one od biurka i maszyny precz wyklęte 
i gd zie ś glębolto, głęboko pod ziemią zaryte, aby tyciu 
nie prwiiiiliily. Ty d^siaj o nidi nic nie wiesz. ~ 
Dzisiaj, — mówił Borowski, — bogów niema ; ale i bo- 



gów namictnoś<^ sućby się musiała w potrpimiu gnuśną, 
jadowitii, trawiącj). 

— Dzii mamy rozsj|dek, — powiedziałem mu. — 
Macie rozsądek ! — krzyczał. A jednak słyszysz : oto 
maszyny do snu legły, a gdzieś w pomrokacli kamień* 
nycli, w ciszy umęczonycli dusz i ciał rozlega się nagle 
straszny, t>eznadziojny krzyki Otwarły się podziemia 
wasze i cuctiną. Zrozumiałeś, kto je otworzył ? kto jest 
l>óltt waszego krzykiem po nocy? Zrozumiałeś, za co 
mu ludzie dają łzy swoje? święte i czyste łzy tęskno- 
ty?* — Wtedy powiedziałem: .komedyant", dziś wJ. m 
kto jest tym krzykiem po nocy. 

Jelsky przysłuchiwał się temu z uwagą. 

— No? — pytał niecierpliwie. 

— Artysta ! — odparł Kunicki z naciskiem. — Wy, 
wy jedynie potraficie dziś i kochać i cierpieć. Wy je- 
steście naszego bólu krzykiem po nocy... My dziś 
możemy dać tylko — łzy naszej tęsknoty. 

Kunicki tonął spojrzeniem gdzieś w dali: widać 
było, że obrazy i słowa wspomnień więżą mu myśl ; — 
przeżywał je po raz drugi z głuchym, zawziętym 
uporem : 

— Oto w pomrokach kamiennych w ciszy umęczo- 
nych dusz rozlega się nagle straszny krzyk po nocy. — 
Budzi się namiętność, bucha płomień duszy! 1 gaśnie. 
Pozostanie — jeden, dwa trupy, i otwiera się nagle prze- 
paść bólu i cierpień. 

— Co to znaczy?! — krzyknął nagle Jelsky i pi wy- 
staną! tuż nad nim. 

— Borowski tak mówił. 

— Aha, tak!.. Więc tak Borowski mówił?.. 
Kunicki tymczasem snuł, dalej swe nici pajęcze. 

— Ale za dnia przepaść ta już głucha, już zimna, 
ziejąca t>iko dusznym czadem zgnił>'ch wyziewów ! . . 



**7 

Bo my jcttcimy dniem. A wrai xe świton odiyly juź 
nukMiyny i lanurti Uidfie. My, ludiae dnia, wsdryfamy 
się nu le wane nocne, podiiemnr eprawy. Naaie nn- 
tń^mośd tą pnc^iet f lęboko, głęboko pod lienuą n- 
rytC!, aby i>'ciu nic pnra ilradiały. — Zjk dnia tnują lic 
jut tylko mde, ciężkie klębiika d)inów : rospacz po zie- 
mi cbodzL Dhifie i tmutne kominy fabryczne patną 
martwo w dal pastą i ninną. 

W dal pustą i niemą, — po\%tórzyl raz jeszcze. — 
Nas nie stać na salę uczucia. Ono nam odbiera tę moc 
i pewnoić w tychi, jalde daje automatyzm, to oparcie 
w niedoli i smutku, jakiego łaskawie udziela maszyna 
i biurko. 

Jelsky zwiesił głowę. 

— Tiens ! — cmolmął. — To jest stimmung kapitalny ! 
Czy pan nie pisujesz przypadkiem wierszy? 

Na Kuniddcgo uderzył pons. Jebky sięgnął macłii- 
nalnie po jaldś zesz>t na stole, lecz nie długo trzymał 
go w rękach. Kunicki wydarł mu go z przed oom 
i rzudwsz>* się znowu! na otomanę, ciałem prz)'słaniał 
ten zeszyt. 

Jelsky śmiał się saeroko: .Doctor medicinae et dii- 
rurgi« ! Dobrze dzieje się na świecie I — Zosiu, Zosiu 
poczciwa, coleś ty zamętu wokół narobiła ! * 

Kunickiemu drżały wargi. 

— Czyś pan myślał Idedy, — mówił szybko, aby 
zagadać niemiłe dlai^ zajście i odwrócić myśl Jebky 'ego 
w drngą stronę, — czyś pan się nie zastanawiał nad tem, 
do jakiego almrda doprowadzi nas kiedyś praca. Ha ! 
Iia! .praca rozkoszą!* .praca obowiązkiem!' .praca 
świętością !' - a jej sakramentem podział T-^ podział pra- 
cy w nieskofkczoność ! 

— Panie, czym nie myśbł ! — Jelsky zakrząuł się 
nagle wesoło i saderal ręce. — Gotuję zbiorek kaligra- 



ficzno • umoralniających wzorków dla młodzieży. 21iuij- 
dzietz tam pan między inncmi następujące sentcncye: 
•Podział pracy ogłupia uszlaclietniająco, miłość ojczyzny 
to sumienność w swym dziale pracy. — Czas to pieniądz, 
moralność zmienia się wraz z czasem. — Jedno marzenie 
więcej, jeden grosik mniej. — Ora et labora, przyjdzie 
patr}'ota, co z tego skorzysta. — Cierpliwość i praca jed- 
nych uszlachetnia, a drugich wzbogaca..." Mam i drugi 
zbiorek, tak zwany .filantropijny", dla popraw)' cha- 
raktrru zgrzybiałych bankierów; posiadam i trzeci, ,sa- 
voir t'itrr'owy", dla młodych artystów, poszukujących 
mecenasów. Panie Kunicki, czego ja nie mam w tece?.. 
Tymczasem w tej tece to wszystko spoczywa I — Jelsky 
plusnął dłonią w czoło. 

A potem obejmując Kunickiego wpół: 

— Jak Boga kocham, panie Kunicki, przy panu 
myśli się niwnie dobrze, jak przy Mullerze. — Mni<* aby 
tylko ruch myśli pod czyjąś czaszką odczuć! Jestem jak 
ten kort wyścigowy: póki w stajni, poty drzemie; niech 
ptaka zobaczy, — juź ścigać się gotów. Dlat^o też pa- 
syami lubię kobiety! 

Kunicki próbował się uśmiechnąć, ale niebawem 
machnął ręką. Chmurzył się poty, póki myśli swojej nie 
znalazł, poczem rozjaśniła mu się nieco twarz. 

— Widzisz pan, ten podział pracy tak człowieka 
stoma łańcuchami do miejsca i czasu kiedyś przykuje, 
źe gdziekolwiek się ruszy, natrafi na zimny metal ma- 
szyny, kaide jego spojrzenie w dal przysłonią kłębiska 
djmów. Tylko długie i smutne kominy fabryczne ł>cdą 
patrzały martwo w dal, — w dal pustą i niemą. 

— I czy 'pan o tern pisze poezye ? To mole być 
wprost kapitalne. 

— I będą te kominy widziały w dali jakieś zło- 
wróżbne znaki. Bożego gniewu ciche ostrzeżenia, jakieś 



óymnt Mimu TtM Fmrta lawiile ponad światem. Afe 
kominy nikooiit tej ujemnicy nie tdradsą: lodzie mali, 
nikli, gdzieś tam wśród trybów maazyn na dole zafu- 
hieni nic o tern wiedzieć nie b^dą... Sztuka? Wtedy 
lem namiętniej Indzie do tztuld w)'ciagać b^ą ramiona, 
bo tyda juś wcale wówczaa nie będzie! A wy, co ją 
i w Maj fck , wy śjrdem głodni i na jałowej puatyni za 
tyciem zrozpaczeni, wy z krzyków nocy amkę riM 
będziecie chcieli. Ale waaza aztuka na waa samych tię 
zemści, zaszczepi wam ten obłęd, któr>-m się jui dziś 
bawicie, — zaszczepi wam — Furor Apkrodimmta! ,. 

Jelsk>' zerwał z siebie palto, cisnął je gdzieś w kąt 
i priysiadl się do Kunickiego. 

— Pan masz talent! — krz>'knąi. — jaic Boga ko- 
cham! Rękopis proszę. Przetłómaczy się. W gazecie się 
umieści. Reklamę się zrobi Z gór>' wiem, źe tam jest 
talent. 1 niech się pan nie rumieni. To się zdarza w naj- 
lepsz)'ch rodzinach. — (Zosiu, 2U>siu poczciwa, coieś ty 
zamętu w świecie twórczości narobiła ! ) — Paóskie rze- 
«-xy, czuję to, muszą byC wprost wizyjne. Tam było 
coś: .pozostanie jeden, dwa trupy i otworzy się prze> 
paśC bóha i derpieii.* Panie, to jest wróżba wprost, ja- 
snowidzenie !. . Trans w sztuce sprowadzi się kiedyś 
wprost do somnambulizmu ; gadania niema ! . . Ale ! — 
ja pierwszy raz spojrzałem właściwie na paAską twarz. 
Pan maaz kapitalnie mocno nar>'sowan.-) głowę. Spro- 
wadzi się tu malarza. Niech prosi, aby mógł portret 
zrobić . . . Panie Kunicki, pójdziemy się upić dzisiaj, — 
co? Wiesz pan co? — pójdziemy do tynghi, — Tvetta 
daje drugi koncert. (Jelsky potrząsał prawicą Kunickie- 
go). My się zaprzyjaźnimy, panie Kunicki! MedycjTię 
pan, oczywiście, rzucasz, bo to jest przecie do cliolay! 
Sztuka to jest wielka rzecz. Niema, niema nic innego 
na świecie! v 



MJO 

Kunicki patriyl na niego z podełba niedbale, otwie- 
ra! szeroko oczy i ćmił papierosa. W oczach Jebky'egD 
rozdarł zeszyt na dwoje i tui z pod jego rąk cisnął 
kajet w kominek, gdzie tliły się jeszcze jakieś listy i pa- 
pierosy. — Jelsky zdążył go pocłiwycić za poły, przycią- 
gnąć do siebie i powalić na otomanę. Sam zai przy* 
padł na kolanach do kominka. W tejże chwili buchnął 
płomień tak silni»v ;*•• ł-lsky rzucił głowę w t^'\ i zerwał 
się z kolan. 

— Idyota i szubrawiec! — krzyknął w pasy i. 

I narzucając na ramiona^ palto, szarpał je i wołał 
gorączkowo : 

— Można filistrów orzynać co się da, długów nie 
płacić, dziewczyny gwałcić, przyjaciół oszukiwać, żony 
cudze uwodzić, — ale takiego chamstwa, jak Boga ko- 
cham, nie popełniłem nigdy. Na to trzeba być chamem 
z urodzenia i karyerowiczem z odziedziczonych skłon- 
ności! Trzeba być łykiem z krwi i szpiku, niedołęg.*), 
który zamiast brać, cz^o nie dają, filozofuje o miłości 
i boi się jej ! 

Kunicki podniósł się ciężko i niechętnie. 

— Przedewszystkiem, pan wzbudzasz tylko współ- 
czucie tem doszukiwaniem się genialności — w innycłi. 
Mnie tego ćwieka losy oszczędziły; wiem, że tamto jest 
w każdym razie mniej warte od pańskich nadziei... 
A co się tyczy pańskich grubiaństw, — to nie chcę iść 
za kulisy życia! Nie chcę dać się omamić teatralnym 
efektem! Ja muszę się zmódz i zostać tem, czem być 
zamierzałem: człowiekiem pożyteczn>'m ! 21rozumiano? 

.E, to jest idyou !• — zdecydował Jebky w myślach 
i nie raczył nawet odpowiedzieć. 

1 nagle przypomniały mu się te głuche, nieświa- 
dome zamiary, ten ponury nakaz, co go tu na ślepo 



93' 

pm-wióai. RjHd tedy bet tedRjrcb wH^pów, roiko- 
tiu).)< M^ jul tylko bólem, jaki sprawi mu .idyocir*: 

— Borowski uciekł i sotUwil looc n* bruku. 

Na Kunickiego podiiałalo to nccty wiście mocno: 
ocworsyl usta jakby do okrsyku, raniona mu iwisly, 
w prieatrawone jakby ocsy party lxy. 

— Prawdę mówiss?! — wymoiolil x siebie. 
Jelsky wyjął Oefmatycsnie s pufilaresu Ust poio- 

suwiooy prses Borowskiego i wcisną! mu go do drżą- 
cej dłoni. Kunicki przebiegł ocz>'ma Xą kartlcę, cofnął się 
do kanapy i iwijał się, wtulał tam w kącie: ściągał się 
jak ślimak w skorupę. Nie słyszał nawet konceptów, 
jakie mu Jelsk>' gradem na głowę cisnął. 
Ten szarpnął go wreszcie za ramiona. 

— No, — panie Kunicki ?! 

Podniósł na niego jakieś uparte, ponure wejrzenie, 
to patrzał uważnie, to gubił go jakby z przed oczu 
i spozierał obłędnie. Wreszcie zaprzeczył powoli głową 
i oddal mu kartkę. 

— Panie Kunicld, — nie? 
^ Nie, panie Jdrity. Nitt 

— Bój się, ciiowielni. Boga, — dlaczego? 

— Tłóouiczylem długo, — myślałem, żeś pojął . . . 
Ja boję się jej poprostu jak ognia I.. Ja już się zaczą- 
łem wykolejać w żydu ... Te uczucia dla kobiet, choćby 
na jszb chętniej pojęte, niszczą nas teraz i gubią bezli- 
tośnie. Ja to nie z siebie : patrzę w świat i widzę, co się 
wokół dzieje. Alkx> zczeznę, albo ucz>*nię się takim, jak 
wy... Ja nie chcę być takim, jak w)*! Ja mam obo- 
wiązki rodzinne, i do społecznych obowiązków się po- 
czuwam. (Szarpał się i krzątał kolo kieizeni tuźurka, 
i faey wystąpiły mu do oczu). Oto co matka moja pi- 
sze... P r i ec ayta m, co matloi moja pisae: .Na miłość 
Boską, miej ty litość nad samym sobą i uciekaj od tej 



kobiety, jeśli iapoiniue<i o niej nie moie9x. Uciekaj icm 
prędiej, im bnrdziej byłaby ci skłonną...* 

— Rozplacz-źe się pan teraz nad ffobą ! 

— A ja pana odszukać chciałem i o pomoc jalc 
przyjaciela prosić. Chciałem, żebyś pan, jak wówczas 
w kiiwiarni, wytruł i wypalił to ze mnie bodlaj cynizmem. 
O! bo ja ciągle dniem i nocą o niej tylko myślę, go- 
rączką wyobraźni tylko żyję i tworami tej chorej wyo- 
braini odpoczywam, — tam w tych spalonych zeszytach. 
1 wiem, że to jest zło, i rozumiem je przecie. Jak po 
nici doszedłem wyobraźnią aź na ten kraniec przepaści, 
gdzie życie w kłębach dymu i tyranii pracy ginie; gdzie 
szał głodnej wyobraźni się zaczyna. Rozumiesz przecie! 
A mimo to, gdym dziś tam przed oknem stanął, ta myśl 
zbiegła do głowy : jeden ruch, jeden skok : — dom %iry- 
soki, bruld twarde... Skoroś zrozumiał, źe życie twoje 
tak mało będzie warte... 

— I nie poszedłeś pan do niej?! — krzyknął mu 
nad uchem Jelsky. 

— Nie... Ja pana szukać zamierzałem i prosić 
bf>daj o taką rozmowę jak wówczas, bodajby o... 

— Cynizm?.. 

Jel8ky'emu opadły z przed oczu 1- 
cił je w powietrzu i począł czyścić ma i. . z 

pozbawiona cwildera postarzała się jakby w jednej 
chwili i powiędła, potworzyły się na niej zmarszczki, 
wystąpiły rysy; krótkowzroczne oczy mrużyć się po- 
częły pod światło. W wyrazie cał>*m wystąpiło gnuśne 
piętno zużycia. 

— Chcesz, młody entuzyasio, wieazieć coś o wdzię- 
kach 7joa\ Borowskiej. Intymniejszych. Hę ? Wie się coś 
nie coś... Widzisz pan, ja tu do niego trafiam wcale 
nie najszlachetniejszą drogą. I czemu pan dęba stajesz? 



Cictnu mi pan do ocitt ikactess ? Wmk ja to i lyotli- 
wości dU patekkj karycry. 

1 Jdsk>' prytaąl mu teiecfacm w twan. Kolnieri 
palu nattawii, cyfiiider na tyl głowy tartucil; wtlo- 
nywny do Ideaseni ręce i gałką laski, wpatrywał ńc 
w nicfo wyiywająco. 

— Satytlakcyi odmawiam, pooiewal mówię na żą- 
danie... A ja nyilakin, te to u nas tylko wtsystko 
gnije. Polcazuje się, ie i na praedwnym biegunie rosną 
Udne kwiatki. — A, cłiwalc sobie widowislco! — nadzwy- 

ny ! wspaniały egzemplars solidnego cslowieka. Więc 
ini.iirm rac>*c: cor ranmtt 

Kunicld zerwał się na nogi, jakby z zamiarem spo- 
bcakowania Jełsky'ego. Ten zasłonił się szybko krzesłem 
i energicznym nicliem sięgnął do tylnej kieszeni. Postał 
krótką chwilę. Na korytarzu zatrzymał się wszalcie raz 
jeaacse. W tcjic chwili usłyszał za drzwiami jaldei osu- 
nięcie się czy upadek i nagle zerwanie się spazmatycz- 
nego płaczu, jaldś rozpacmy szloch bezradnego dziecka. 

— Ei€« vhrl — pomyślał Jelsky. 



■ *i>^i 




Biai.iw«, w brudnym pyle nurzająca się mgła wy- 
siąkla jakby z szar>'ch muruw i zawaliła ulicę. Sylwetki 
przediodniów, koni i powozów otaczały się białym opa- 
rem, czeniMly i krzepły, zda się, w sennej odęialoAd. 
Bruki zionęły zatęchłym, zgniłym oddechem. Wlokła się 
mokra gnoiność pnez ulice, dziwnie jakoś wydfaiźoiie 
w tej mrocznej perspektywie. 

■S 



^J4 

Jeltky zgubił jakby w tej mgle twe chęci i zamia- 
ry: nie wiedział, doki|d i po co idzie. Gdziei tyllco na 
dnie każdej myśli nieokreślony lęk czy też niepokój 
przed tem, co się niechybnie zbliża. Jui chciał wstąpić 
do najbliższej kawiarni, gdy go ktoś pod ramię schwy- 
cił i do siebie przytulał. 

— Chodzę ja, panie Jelsky, po mieście jak ten piet 
fautęga, co pod murkiem przystanie, powącha, \^'idzi, że 
nie tu, i idzie dalej, sam nie wie dokąd. Nie siedzi mi 
się tu coś u was. Nocą w gorączce t>'lko by malował 
i malował: — hej jalde obrazy! Wstaniesz do stalug: 
pędzle z rąk same precz wyłaią. Swoje jakby zgubił, 
cudzego jakby nie wiedział, gdzie szukać... Chodzę 
i patrzę (coś na kobiety bardzo patrzę!) a od tego pa- 
trzenia t^iko wary na mnie biją. Tfu! — Z nudów za- 
szedł i do Borowsldej. Trzy razy był. Wreszcie sami 
otworzyli. Powiedzieli, że nie przyjmują, i saHop! drzwi 
przed nosem. Ależ ładna! oj ładna!.. A smutek taki 
i łagodność od niej idzie, jak od zorzy na wieczór. Uch, 
ładna, t>o ładnaź ona ! — krzyczał i wymachiwał rękoma. 

Jelsky był zły: 

— I czego się pan rzucasz jak d3'ał>eł w - 

— Taką naturę Bóg już dał, — odparł ,p;.w. ...^, . 
Pan zawsze spokojny jak chińczyk... Ot, pana to ja 
nie lubię, — ulżył natychmiast swemu sercu. — Zawsze 
elegancki, jakby z po^ ' ' ił. Dmuchać mam ja 
ochotę na pana... W ^ ^ ^ i»y — niech Bóg ucho- 
wa ! — między nami co wyszło, — jabym bił. Jak Boga 
kocham. 1 za nic: ot za cwilder, za cylinder, za bródkę 
w klinek, za oczy... A oczki to u pana za szkiełkami 
chytre! chytre! chytre!.. No, nie! nie!— łagodził i śmiał 
tię serdecznie, głaszcząc go po ramieniu. — Ja przede 
nie myślę bić. Tak ot głupstwa gadam, dutzę 
Bo ja na wsz>*stko u was zły. Co usłyszę. 




n^, w»i>ttko ni kMlecd^ w gardle tuje. Bilb>iii, — 
Ol co! Ómć potem w iiyidu ch profesorów i chirurgów 
wolmj. Jakie my tu ciłowieka naprawie mamy, Idedy 
tu u nicgu nie wnyitkie koateciki im Iko. Widać, źe tu 
ktoa w talu terdecanym je powytraąaaK* 

— Nie radac, panie Pawluk, nie rada^ tuuj tak 
doaay lecayć. Myimy jul o 300 lat od tego oddaleni. 
(W>jąl a bcaaeni rewolwer i podsunął mu go pod ocz>'). 
Nie. nie! — imial się i naśbdowal jego glaakanie po ra- 
mieniu. Ja nic slego pnecie, — wąchać tylko daję. Ro- 
sumu ucsę. 

— Widaiss jald! 1 sa to nie cierpię. Wszystkich 
ja nienawidzę. (Chmurzył się, szarpał, wreszcie znów 
się go za ramię uc2<»piłk P.ini<> |<rlak\% po co pan uki? 

— Jaki? 

— Ja sam nie wiem ! . . Zdawałoby się, le człowiek 
dobry, sierdieczny, — a w oczach coś siedzi takiego . . . 
Źle, panie J<4^k>'. źle ! . . Ja czuję, źe panu bardzo ile 
na awiedr 

— Odczepie się pan! 

— Pan się nhrał, ieby w>'glądać jak ten Niemiec, 
jak dmgi Niemiec, jak trzeci Niemiec . . . Ubierz się, jak 
chcesz, — wszystko jedno, skóry nie zmienisz. A ^órę 
to ja u pana inną czuję. 

JeMty poklepał go po ramieniu. 

— No, dobrze, dobrze. 

— Ja mądrzefssy od pana, klepaC niema za co. 

— Mądrzejszy, — rzekł Jelsky poważnie. 

— Wisz! 

Jcbk)' patrzył t>'nicsasem lu niego uwainie, jakby 
coa w myili układał. — .Ale zosUw mi pan adres, przy- 
da mi się niebawem.* 

— Do akademii pisz, kiedy chcesz, choć ja tam 
rzadko, — rzadko! 

«5* 



Podał mu nirdhalr "-^^r w orry zaś p«lrxyl 
uwalnic. 

— Ah, panic Jeisky, ja się boję, źcby micdiy na- 
mi co nic wyszło. 

Jeltky iimiał się nerwowo. 

— No idi pan juź, idi, gdzie trzeba. 

~ Tai idę, chodi nigdzie nie trzeba. Smutno coś 
u mnie, panic JcUky, — aj smutno! 

1, kiwając wciąż głową, zanurzył się we mgle. 

— Tald przecie i zabić potrafi — pomyślał Jelsk)*. 



'r a ■ •%<vV >» tA.^««'^ 3 ^' ' ' ' 1 1 "^ ' I * * ■«■««■« . -Ł J^ 



Ta dotykalna prawie mgła jest obrzydliwie ślitka 
i depła, ma się wrażenie piwnicznej pralni ; czuć niemal 
wstrętny zapach mokrych ścierek. Ludzie podnoszą kol* 
nierze, krzywią się, charczą i spluwają co krok. Gumo- 
we czarne płaszcze nawijają się co chwila, lśnią jak 
szkło i prz>'noszą ze sobą smród kauczuku. Na brukach 
śUzko. Odbicie własnych nóg pod wilgotnym trotuarem 
odbiera pewność ruchów i sprowadza niecierpliwą w nich 
ostrożność. Ludzie burczą na siebie, spoglądają chmur- 
nie, odpowiadają oprysldiwie. Tu i owdzie zapala aę 
przedwczesna laUmia, zblizka rdzawo żółta, zdaleka 
jakby czarna plama, otoczona jasną mętną obwódk.-i ; 
wokół latarni strzelają we mgle dziwne tęczowe aure- 
ole. Cisza robi się na ulicach; dzwonki i sygnały du- 
dnią głucho. 

Gdy Jelsky wchodził na ulicę, przy ktorcj mieszka- 
ła Borowska, otarł się niemal ramię w ramię o Kunic- 
kiego. Skrzywił się i splunął. Potem zdawało mu się. 



V7 

te tposirwfi opodal Pftwbaka, jak wytkakujr / tram- 
waju. Wrwrir gdiiei idak lamajaciyfai mu dziwna 
•ylwctka niby ptaka wldkiego. .MoUer w pekrynie*, — 
pomyilaL 

Mgła MMiła Mc teraz przez tilic^, b^kala ń^ po za* 
aBcach. Cmć bjrlo Idmieiiie wiatru, deple, oiywczr. 

Gdaieś w głębi dał ńc ilytze^ kródd, ostry pomruk ; 
poieai drugi i traect, luby sygnały tajemne. JeWty'entt 
prMiiunło «c cod caamego pod nogami Niebawem 
nałymł oatry, ocłirypł>' i przeraiiliwy tyk; darcie si^ 
gardłowe, ocliryple, roipaczne. — Koty krz>'czał>' po 
muracii. 

A mgła snuła się coraz prędzej, kłębiła się jak 
dym, odr^iiirała się od ziemi jak białe całuny na opa- 
rsebrimch o świcie. 

Jelriry spojrzał w górę. Jasno jui było w oknie 
Borowskiej. Wielka świetlana aureola strzelała tęczo- 
wymi promieniami we mgle. — Zatrzymał się w bramie 
i spojrzał przed siełne. 

1 zdawało nua się, śe widzi po dnigiej stronie, 
w pe%mej od siełiie odległości, trzy czarne, znierucłio- 
mionr, jald^ w jeden punkt wpaCraoiie sylwetki. 

1 znów ten syk obmierzły I 

Szedł wiatr święty i miękld, niosący mołtrą wotl 
święto zoranej ziemi. 

— A no, — wiosna ! — mruknął Jelsky. Skrzywił się, 
splunął i wstąpił na scliody, wiodące do Borow sk iej. 



-^^2^* ■•■■ ^ \/Vw^* 



Bawił niedługo. W nies(>ełna pol godzmy uchyliły 
się drzwi wdiodowe. Jebky wysunął się na schody 



i tiepul coś niecierpliwie do wnętrza. .Trudno, ja nie 
mogę mieć zawsze jednakich myiii ! . . 21ajccia są ! Męż- 
czyzna jest nieco odmienny od was kobiet... Trzeba 
się prsemódz ... I czego ty się właściwie boisz ? . . Przy- 
ślę tu kogo... 1 w tem ubraniu!.. Białą koszulę widać 
po ciemku. Okno jest > riw... 21aziębić się łatwo.* 

Zatrzasnął drzwi i ....ii tcni czyjś płacz. Zaledwo 
krok postąpił, potknął się o coś na slomiance. Podniósł 
jakiś pęk z ziemi i zniósł o pół piętra niżej, do światła. 
W ręku trzymał zdeptaną i obłoconą przed chwilą garś^ 
biał>'ch lilii... Iw tejże chwili zdało mu się, że tam 
wyżej, pod tero oknem, na które zwracał jej uwagę^ 
ktoś jęknął i osunął się głucho na schody. Jelsky rzucił 
kwiaty jak oparzony i wyskocz)'! na ulicę... 

, Katuj ty siebie! — krzyknęło coś w nim. — Rób 
co2»! opanuj się wolą!.. Już ciebie ze wszystkich stron 
opadają upiór)'." 

A myślom przypomniało się natrętnie: 

Komm, folgę mir m dta dtmkU Reich Minab/ 




I 



udu, jak najwięcej ludzi!* — wolało coś 
w Jełsk>'in, — ruchu, źycta, fwaru ulics- 
ncgo. Ten iiił>'n miejskiego żyda potra- 
fi! prtedei aaghitzać najdokucsKwize myśli, najwickaie 
bóle. Nienu zdawało się Jelsky'emu w takich chwilach, 
te hidzie naokół udają tylko jakąś pibią krzątaninę, wy- 
twarzają umyślnie jakiś chaotyczny i bezsensowny wir, 
na to tylko, aby módz nie myśleć o sobie.— Jakoż, idąc 
teraz przez ulicę, miał wrażenie, ie m nymk o nmolcół 
wpadło w jaldś dziwaczny i szalony taniec Rozsnuła 
się mgła i tłumy wysypały się jak mrówki po deszczu. 
Snuł)' się, płynęł}*, przeplatały w korowodacłi, wygar- 
niał>' w boczne ulice, sypały się jakby w popłochu 
1 zaułków, wbijał)' się klinem w inne lale i rozsnuwały 
pod murami w nieskończone czarne i ruchliwe witęgi 
Zaś na placach, — u m, gdzie powozy zbijał>* się w nie- 
rozwikłane węzły, gdzir tramwatr i omnibusy, kłócąc 



tic Be tobą ciiwunkami, twonyly jaloei sawały nir do 
priebycU, ~ uun zlewający tic lewtiąd thun porywało 
coś jakby w nagle, pośpieszne i gwałtowne ruchy 
Wśród dzwonków, krzyków, gwizdu i łoskotu, wszyst- 
ko, co iylo, wpadało, zda się, nagle w jakiś szał i wir 
kankana. 

Jclsky lubił i ten tyngiel Ale dziś po raz pierw- 
szy uczul się tylko widzem: on jeden nie brał w dzi- 
siejszym spektaklu żadnego udziału. 

— Zły znak, — rzekł do siebie. — To jest bardzo 
zły znak! 

»A więc do kawiarni,* — kontrolował swe zamiary 
dosyć potno, bo wtedy dopiero, gdy zasiadł przy stoli- 
ku. Wraz z butelk.1 wina prz^^niesiono mu i pocztę. 
(Jrlsky wsz3rstkie swoje sprawy załatwiał w kawiarni). 
Listów wszakże nie przeglądał, korekt>' robić mu się nie 
didało. Siedział w cylindrze na głowie, dłubał w zębach 
wykałaczką, popijał winem i rozmyślał: 

.Kryształowy, niezmącony sentymentem szczyt cy- 
nizmu jest rzeczą niedościgłą dla nas. Brakuje nam głę- 
t>okiej filozoGi pieniądza, bez której z falą popłynąć nie- 
podobna. To też prędzej czy później na piasek wyrzu- 
cić nas ona musi... Jakże to Hertenstein mówił? — 
.A ja poprzez męt>' uczuć waszycli, biedni, sentyment 
widzę. — Przepadniemy..." 1 on także. — Co tM na- 
pnykład między nami ten blady sceptyk nielitośdw>' 
jak sumienie? ten znudzony Jeremiasz z kruczą wróżbą 
zagłady? ten między tyngle zabłąkany germai\ski ro- 
inant}'k z koturnowym sentymentem swej muzyki, nie- 
moazącym profanacyi tłimiu?.. 1 ten drugi napół dziki 
aktor ze swoją tragedyą instynktów? serdeczny mę- 
cirnnik najwyźtsego idi popędu, z którego wtaeOn 
sztuka się rodzi: instynktu do udawania i aktorstwa?.. 



1 oni w łiy i cy wrmi le twoją boleścią?! — Ciyźby to 
byl tytko do kupy naspęduny ler dU polipów?..* 

1 coś jakby tilą odwródk> mu głowę w stronę u> 
go ttohi, pny którsm lifrfffjtt wdoraj wras s całą gro- 
madą. Nawml wspomnieli rzucił mu się do głowy. Aby 
je tthmać, pociął coś rysować na auumurowym siole. 
Od niecbcenta, bezwiednie wylitografował na nim go- 
tyckie: lVtm^ lfVil umd Cfmmg, pocsem zmył to palcem 
i wśród modnych zalff^tasów oraz płynnych linii napi- 
sał: 1V4Atk pr^tfytmikM I iMMŚr^'.— Ale oczy mimo wszyst- 
ko odrjrwaly ^ co chwila i wracały w tamtą stronę. 
Bo gdy nie patrzał, miał wrażenie, le z tamtego kąu 
wlepiają się w niego oczy polipów, wypukłe, iryzujące, 
potworne ślepia mątw, i ie oto wyciągają się ku niemu 
olbrzymie mięsiste ramiona, pełne obrzmiałych, śluzo- 
watych i chciwie otwartych ssawek . . . 

•Ssać, ssać i ssać! A wyssaną muchę odrzudć 
prrcz! 1 sięgać dalej, szerzej, wyiej!..* 

1 wydało mu się w tej chwUi, źe tuź ot>ok niego 
siedzi Borowski, a po drugKJ stronie Hertenstein, i Ze 
siniwa ich coś do siebie, obezwładnia razem ... źe sto 
nici pajęcz>'ch oplata ich powoli. Szarpnął się i rzudl 
jak szcmpak. — Zadzwonił niecierpliwie i gunUtownie. 

— Pióra! papieru ! — wołał. 

Za chwilę pisał gorączkowo, gwałtownie, goniąc 
myśli piórem. Jul kilka kartek na bok odrzucił, gdy 
usłyszał nad soIn| nosowy glos, akcentuj ąc>' niedt>alr 
nonazalancyę i lekceważenie. .A co !~ pomyślał —jest 
jul jeden z nicłu* 

— Co się pisze? — pytano go. — Paszkwilek? 

— Hm! — mruknął potakująco i dodał niecierpli- 
wie:— Poszedł precz! 

— Tytulik? 

Jdsky odczyul t>'m razem z zadowoleniem: .^m- 



*4^ 

ror t^roSsióca. Z kaifcktMmu i praktyki tydcmej nad- 

iudu.' 

— llu*ho«l)<'' /.tsnnal się ktoś s/i-ioko nad j^u 
głową. — Bój Mjf; l'..a;.i. Jclsky, tyś jui dowcip stracił, 
kiedy molesz i.ikit i/.iciy pisać na trzeźwo. Pcłit)* się 
pogr>*zly, a ty z armatą na olbrzymów ciągniesz. Kto 
tu cierpi nn furor? — Tu wszystko n.i r .hL 

Jaki czytelnik weimie się dziś na ,n<'uli ^ ko 

naprzykrzyło się jui nawet przedmieściom. Pisz: «ina- 
sonów/ to zawsze jeszcze najbardziej popłaca. 

Jelsky rzucił pióro o stóŁ W pierwszej chwili szu* 
kał kogoś oczyma naokoło siebie. Ale nic znalazłszy 
w całej kawiarni nikogo prócz kelnerów, nie zdziwił się 
nawet bardzo. .1 do tego dojść można!" — rzeki do sie- 
bie. — Podarł kartki na drobne kawałki i rzucił je w kąt. 
.Te wszystkie polipy dla mnie już nawet ciałem egz}'* 
stować nie potrzebują. Ja mam je wszystide — tu, 
w głowie ! ! • 

Dłońmi oczy przysłonił i wciskał je sobie w ciało. 
Ale rozbudzona myśl jui mu spokoju nie dała. „Wszak- 
że i ty byłeś dla nich Beatryczą, — podsunęła mu na- 
trętnie. — Tylko że tobie nie ponuigał zdradny tlros, 
lecz poczciwy, nigdy niezawodzący Merkury. ^La łua 
rechma imploro — o Jilsky potentf!* — tak się większość 
was z głębi duszy modliła. Uu geniuszów napłodziliśmy 
z tobą, poczciwy Merkury ! Ilu ich rozpycha się teraz 
w źydu i drzemie w przedsionkach Parnasu, lub w lo- 
ży portyera. — Zwłaszcza tam! Bo czyż może być bar- 
dziej wymarzone stanowisko społeczne dla tych, co 
przelicz>'li się wprawdzie w swym talencie, znają wszak- 
że natomiast stosunki, normy i wymagania: wiedzą, 
przed kim można hardo łeb zadrzeć, a przed Idm nale- 
ży kark nizko pochylić? Niebyłe jakie to obowiązki 
i nielada odpowiedzialność przed społeczeństwem ! Niech 



Un wewnątn trudią lic, myAlą. iiKC^ •ulrją, kocha- 
ją i fiiią;*-'P<Mtyer musi witt sawtie objcktywną 
i cłdcodnie poważną fisyofBomic kolumny. PortMi 
repreicntujc pneciet godność gmachu; wynananym 
tuiurkicm paiukirfo ditada lub paitoką liberyą imponu- 
je ulicznym tłumom tak dalece, tt gaii dociczętnir 
H-ajcciką ciekawość tego, co się wewnątn dzieje. A dzie- 
je się zawsze ^: — nie tak to za starszych pahstwa 
bywało! 1 ludzie wierzą, ie źle się dzieje. Któż bo le> 
piej od portyera znać moie paAslde plotld? 

Serdeczni moi, — zwróci! się Jelsk>' do tego stohi 
w kącie, co mu wdąi oczy drażnił i przyciągał wzrok, 
— scrdedk moi, jam was wszystkich oa pegaza powsa- 
dzaL Siedźcież faiodajby okrakiem, ale trzymajcie się 
mocno za grzywę i jedbtde powoli a ostrożnie wygod- 
nym go4c ii kem naśladownictwa lub obcbodną ścieżką 
wsgiędów i w z gię dz ików. Poczciwy kort zaprowadzi 
was prędzej czy później do żłobu. Cierpliwości t>'lko! 

Wam przystoi być bardziej uświadomionymi od 
starszego pokolenia; to też w zwycięskich fanlaracłi, 
wsród uroczystych peanów na cześć Erosa, pokloikdeż 
się choć po cichu Merkuremu. Inneau tlowy, oddając 
hokly każdy swej Beatr>*czy, wsponnijd«- cht^ lrir«1v 
nielbedy dobrem słowem — Jelsky'ego. 

Bo te dożynki wasze, polipy moje, to chyba życia 
jedyny plon będzie!..* 



->--•■ 




•Osmęuuaiem cos?*— JcUky podrzucił hardo gło- 
^C — -Trzeba zjeść kolacyę '— pomyślał i sięgnął po ja- 



dlospis. Lec< karU wypadła' mu niebawem i rąk. .Oto 
są skutki ambicyil — podsiepnął mu w nagłym zwrocie 
bies kapryśnej myśli. — Pomyślałem na chwilę tylko 
o pośmirrtnej sławie i straciłem natychmiast apetyt... 
A gdyby tak do kolacyi zaprosić LiU?.. Albo — tU9%sf 
— Zosię Borowską! Towarzystwo naiwnej kobiety robi 
nadswyczajny apetyt ! . . Nie motoa, niepodobna 1 — łsami 
prsetoUiaby mi wnet wszystkie potrawy.* 

Począł coś kreślić ołówkiem po stole. Z bezładnie 
poplątanych linii wyjrzały nagle kontury ptaka. 

.Chrześcijoiiski ptaszek Feniks? — zgłębiał Jelsky 
własny rysunek, — czy tei... czy •'** kana^?.. Oj 
ile ! ■ — JeUky przygryzł wargi. 

Wychylił czemprędzej kieliszek wina i starał się 
ten nieznośny zgrzyt dokuczliwych wspomniert zagadać 
csem|M'cdzej, zasypać nowemi myślami, pogrzebać w ironii. 

.A no, — mówił do siebie, ocierając wąsy po wi* 
nie, — drc^ otwarta! — Mieszkanko czyściutkie, rondle 
są w kuchni, po poprzedniku pozostał}' pantofle, z któ- 
rych szczęśliwie wyskoczył... Recepta żywcem wyjęta 
z epilogu angielskiej powieści: — Stojący nad przepaścią 
artysta odżył, odrodził się w miłości. Muza jego w cie- 
płem objęciu ubóstwianej żony pozbyła się dziwactw 
młodości i poczęła się udzielać często, tanio i z całym 
wdziękiem popularności. Muza, nie żona ! Zapewnia mu 
to na długo ciepło domow^o ognislca, poszanowanie 
u ludzi, jakie daje dobrobyt, oraz zasłużoną dumę, jaką 
darzy nas popularność.* 

Jelsky parsknął śmiechem. .Nie udają mi się uto- 
pie,* — zdecydował. 

Ale zaledwie się ten śmiech rozwiał, wyjrzało 
z poza niego nieubłagane oblicze rzeczywistości z dzi- 
wnym, złośliwym uśmiechem: .Nie miniesz, nie oszu- 



• 
kaai ! * — Jebky laowu t^gnąl po wino i prieplociyl le 
myili irottią. 

,Co tic w tej flowie MoUcra w tej chwili dziać 

mutt? Ha?.. Bemtrice piUcila tic!.. Musisz sobie 

prssrzaać, te doświsdcsMs drenem nawskroś nowefo!* 

śmiech Jeiafcy'efo roilef I się fioiną gamą po ka- 
wianu. 

.Hm, — mrulauil, gbsxciąc wąsy, — jeżeli to lywe 
laiBlercaowaaie «c tpukcnilalwa ntaką b^dsie i nadal 
wiiąkalo %Muątti m \ i t we w aiyUhi e pory inu d ieni a i bes- 
nyilności, we wszystkie próżnie i pychy iyda, należy 
wą spodaiprać, że z kodcem wieku każdy szanujący się 
bankier bfdzie wymagał od swej metresy, aby dawafai 
ffive-o'ck>ck*i artystyczne j w chwilach wolnych od za- 
jęć była platoniczną L4iurą lub Beatryczą dla jakiegoś 
młodego, pełnego nadziei geninaia. Pod koniec wieku, 
bankierów suć będzie na przyjadóiki z uniwersytec- 
kiem nawet wykształceniem ; zaś artyści, w swem ży-- 
ciowem moU tm im^mt, oraz w glęboldej nienawiści 
do spraw społecznego smętku, potrafią pogodzić i taki 
stan rzeczy z błęldtncm marzeniem o abacrfucic* 

Jclsk>' zatarł ręce. ,Ta utopijka udała mi się wca- 
le niei&e. 

Jednem słowem fuszerką milośd, małżellstwa, l>ea- 
tryczowych natchniert źródłem my się leczyć nie bę- 
dziemy. 

A gdyby uk spróbować kuracyi w dyetetyczncm 
sanatorjnmi oby wateitkości ? Smętna to wprawdzie 
rzecz współpracownictwo w jakimś etyczno-spolecmo- 
zagranicziio-ta lysty c zn ym i jedynie nieomylnN^n orga* 
nie tygod nto w ej opinii, jednakże— Boże wielki, czego 
rozbitek życiowy nie robi! A środek, — bywalc>- to wie- 
dzą ! —/rsJinmM śsi. .Umiesz pan pisać?* .Umiem.* 
.Damy panu dział krytyki artystycznej i naukowej.* 




,0 co właściwie bęcLtic chodiiJo?" .O obywatebkoić.* 
^Boftf — Ciy może być rzewniejsza i prostsza droga 
cnoty nad tę, jaką wskazuje społeczeństwo obywatelom 
umiej j)cym pisać.' 

Ze wszystkich k;)tów kawiarni przynosiło mu ecłio 
raz po raz własny śiniecłi niby złośliwe pohukiwanie 
gnomów w górskiem uroczysku. Przymrużone oczy Jel- 
9ky*ego zapatrzyły się w dal bezświetlną i ponur:). 



■ V ^ó^ 



Nagle, tam za wielkiemi szybami kawiarni coś 
szarpnęło jakby miejskim pogwarem; zadrgało w po- 
wietrzu, zadudnialo po brukach miarowo i mocno. Z łos- 
kotem trąb i bębnów grzmotem wpadł}' w turkot ulicz- 
ny tęgie, twarde rytmy wojskowego marsza. Już tam 
za oknami poplątał się tłum, już się sypnęła ruchliwa 
awangarda uliczników. 

.Oto idą panowie, którzy wyrażają opinię naro- 
dów, — myślał Jelsky, patrząc na tych łobuzów. — Oto 
idą narożni przyjaciele trotuarow^Th samotnic, ich wro- 
gowie z obowiązku, kamloci oraz inni próżniac}*. ^Ecra- 
siM finfamt!* — ^Conspuez Zolatt* — ^Strike England, 
strikt tmśTcUtss!* — ^A Btriin / Krwr Baukmgtr f* — ,M>- 
dir mii dśmSIaoenłt* — JV5tyxy Nwmcy są łotrami/' — 
^Prmssen, Fmtssm Hbtr aiUs. iibtr aiUs in tUr lV$itt* 

Marsz porywał wszystko, co żyło, na ulicy w swój 
rytm dziarski, butny, zuchwały. Ulica grzmiała potęgą. 
1 tą brutalną mocą mosiężnego łoskotu uderzył marsz 
w szyby kawiarni, zamieniając i tu ludzi w konie: uszy 
strzygty bezwiednie, same prężyły się golenie. 



»47 

Jelricy'emu fl^bold oddech pieni poduMil i rocsie- 
rsyl; lect priekoma nyil w it)1» chwili odwródti i ten 
nastroi, bo priynioabi grymu luui tern, ie mam tak 
wiHki, marti tak pot ^to y flnny dni tylko cichy plaa 
diieci Ciytby na to tneha byk> ai takie łoskoty po 
ttoKcach Otynia ?. . .Zresstą chwalę metodę : — i ja mam 
w sobie orkiestrę, która (aii(arą paradoksów grzmi wte- 
dy najfloSniej, im ctstc) tkarty się oniemiała dusza.' 

A mole ten marsz święd dawne boje i dawnr- 
chwaly, czas uki jeszcze niedaleki, kiedy te surmy za- 
Klussyly inną weselną piosnkę bojową: 

Lmtmomr amtrd d* Im pmirit . . . 



Z hukiem bębnów i trąb łoskotem szła nowa, nie- 
ubłagana brutalnej mocy potęga. 

ł^muaml Pttunwmł mbtr miiśs, 
thmr mOa im da^ WtUI 



^^t ^ ^ m C ^ r ^ 



Przewalił się marsz łomem burzy i jak dęlka 
dunura g romem dalej się potoczyt Mijał, ddił... Jul 
go łoskot uliczny gtiiszy. Jeszcze drży w podnieceniu 
lodzi, jeszcze l>ębni słal>o po szybach kawiarni. 

Jelsky'enni opadła pieri, zwiotczało napięcie w mię- 
śniach. Przymrużone za szkłami oczy zapatrzyły się — 
w prótnię. 

I jul myśleć nawet nie mógł ; ~ siedział długo 



w beiwladnem otunumieniu. Wreszcie szarpnął się 
i latriepotal jak zbudzony puk. Aby skupić rozpro- 
taooe w lęku myśli, rysował coś znowu na stole. Z wi- 
ru linii wychylać się poczęły najwyraźniej kształt>' re- 
wolweru. Wylot lufy ozdabiała twarz ludzka, skrzy- 
wiona w jakimś okropnym okrzyku. 

S*e«S3iomsrtvohtr, — podpisał Jelsky pod tym 
swoim rysunkiem i sięgnął machinalnie do kieszeni. 
W zamszowym futerale hK'sncła l.<niacn i połyskliwa 
brort. 

.Więc ja po to się tu przywlokłem? — pomyślał 
teraz dopiero. 1 w pierwszej chwili lęk za gardło go 
chwycił. Chłód przeraźliwy przebici go po potylicy, 
grzbietem, ai po stopy same. — .Więc to wszystko 
było jui obmyślone? juź postanowione nieodwołalnie?.. 
Kiedy?!.. Więc ta gwałtowna chęć zaprzyjaiinienia 
się z Kunickim, ten artykuł na nicli, to bicie się z my- 
ślami w poszukiwaniu ratunku dla duszy, to pogrze- 
bywanie śmiechem i ironią wszystkich jej bankructw, — 
więc to wszystko było tylko niedołężną próbą obejścia 
postanowienia. 

Kiedym ja je powziął? Kiedy się to wszystko sta- 
ło?— Kiedy?!..- 

Komm, /ołg9 mir im das dunkle Reich hinab I 

— Pan kazał przynieść kopertę, — usłyszał ponad 
sobą. 

— Kazałem? Mówisz?!.. Daj I 1 czekaj, czeloj- 
ie! — Wyrwał z pugilaresu list pozostawiony przez 
Borowskiego, włożył go do koperty, dołączył klucz od 
satrzasku i zaadresował do Pawluka. Kazał odnieść na- 
tychmiast 



^49 

— Akadonfai ntuk piękaydi I — Ledwo chłopak 
ac odwródł, Jeldcy aknątal nc nerwowo kolo «ebie 
i tapiąl wairinif Miarek. Zapatraone gdzieś ociy uti^ 
Bcly po rai dragi w prAtnL Wtparl czoło na dlonfairh 
i praóiedzial tak chwiOc w otumanieniu. Nagie aięgnął 
po hineit^, aapil tic dwniffocnie raz po raz; odMawil 
potem kie lMek i takim impe t em , ze szkło ńc rozprysło 
o marmur. 



1 wyjął znów z IdesMai zamaaowy futerai .Hu, — 
jalóct to zimne I — jak błyszczy, — jak zęby szczerzy... 
P i ie cie l w tern jeel Ę ^fcjM u i mjfśl czasu, te w epoce 
demolffatyczDego mbrojcnin Imidy ddiy filisterek noń 
w kitsieni talu| szeidostrzałową armatkę, z tem smęt- 
nea przeczuciem, źe jeśli jej kiedyś użyje, to chyba 
tylko p i i e d w samemu sobie.* 

Pochwycił jalcąś kartJcę i jął coś pisać, ale znie- 
chcdl się wnet ,2e tet ja nawet w taloej uiociyste j 
chwili nie mogę się zdobyć na krztynę talentu! — (Za- 
śmiał się trochę za giośoo^ i zły na sieliie, przygr>'zł 
wargi). — DoIntś, — teraz w piersiach jut zaczyna skro- 
bać^ — z samej tylko emocyi.* 

Gdy onióał giowę, ujrzał ponad sobą jakieś siwe 
sarninie wąsy i wielkie oczy pod krzacsastemi brwiamL 

— Panie Jelsky . . . 

— Czego? 

— Panic Jelsky . . . 

Jelsky nie or>'entował się, o co idzie ; mrużył oczy, 
głową zaprzeczał. Wreszcie: 

— Prawda, prawda — posłaniec. Przyszedłeś obel- 
gać?!.. No, mów, mów! Biłeś się, gdzie nie było po- 
incbn, i teraz nie masz co jeść. 



J/0 

— Ja dU pana tu jestem. Cały dńeń mi pan z gło- 
wy wyjść nie chce. .Pójdę, — myślę, — i powiem mu, 
co mam na myśli. Stary ja człowiek, rodak, — m / 
mnie i posłucha. Pójdę i powiem mu : Grzech, grzircli, 
panie jćlsk}', takie myśli ! * 

— Jakie myśli?.. Więc tyś zrana już odgadł?! 

— Ktoby nie widział! 

Jebky patrzał na niego pochmurnie. 

— Wytłómacz-źe mi, czemum ja własnych myśli 
nie widział? 

— Są rzeczy, które sercem tylko się widzu 

Jeteky opędzał się jakimś myślom dłonią. ^ Głupiś!* 
— rsucił mu krótko w odpowiedzL 

— A teraz słyszałem przecie wyraźnie, jak pan 
jęczał. 

— Co..? — (Jelsky teraz dopiero zauważył stoją- 
cych nad nim kelnerów). 

— Jęczałem ? . . E, to jest złudzenie waszego sen- 
tymentu. Albo macie nieczyste sumienia : daliście mi po- 
dłego wina z grubą marką. A że ja za nie gotówką 
przecie nie płacę, więc mi nie wypada się skarżyć; — 
jęczę sobie po cichu — ot co . . . Panie rodak, paneś 
widział pewno dużo tchórzów w życiu? 

— Czego, jak czego!.. 

— No, to mnie się pan nie przestraszysz... Od- 
prowadź mnie pan tam w kąt na sofę... 2iresztą, jeśli 
chcecie koniecznie) jestem niezdrów... Mam od wczoraj 
silną gorączkę. Szatany spacerują po moim pokoju jak 
w klubie parlamentarnym... O tak, tu polezę — i na- 
biorę może trochę odwagi . . . Pan jesteś dobr)% zacny 
człowiek, panie 21ałilkelner, pan ze świadomą melancho- 
lią udzielasz mi kredytu. Ta melancholia świadczy 



równiri fii>br<c o pMtekiej pr/mikliwrj inirlif^mryi . . . 
Dokti»r.i' U. oie hibic! To %ą aajtmuuurjtir katmty- 
ny, CU nawet w samydi siebie wiertą... Panio rksprrs. 
siącU pan lu prsy mnie, chcesi mi pan rękę na ciolo 
poloty^? Dobric. Panie Zahlkelner, niech aic pan nie 
martwi, proatc. To prsejdaie. Powiedide mi pano«irie, 
esy ja Riialem ulenC?.. Dawniej? w początkach?.. 
I ja uk myilc!.. Nie chcess, irbym mówił?.. Chcesz 
mnie poaUować, panie ekapres?.. Owszem, wyświadcz 
mi tę imjgiinoii*. Pocą..! 



. ^m^ * I <» > » I • 



Jehky opadł ze śmiechem na sofę. Kazał tobie po> 
dać papierosa ; leiąc na wznak ćmił go powoli i strzdal 
dymem w sufit. Nadimurzony kehier począł się wałęsać 
między stolikami. Ujrzał zbity kieliszek i skierował się 
w tę stronę. 

Na kanapie ot>ok znalazł rewolwer i schował go 
natycłuniast do kieszem. .Chwała Bogu, te stchórzył !* 
— pomyśUł. Zgarniając szczerby szkła, zauwaiył coś 
białego na brzegacłi, podniósł do oczu — i w jednej 
chwili rzucił się w stronę Jelsky'ego . . . 

Nie dobiegł jeszcze do niego, gdy z krzykiem oof« 
nął się w drugi koniec kawiarni. 

Zadudniał telefon. 

Nas>'pało się narodu do kawiamL Ludzie prości 
biegli prźŃlewszystłdem tam w kąt, aby ratować kogo 
naleiy; ludzie lepiej odziani rzucili się czemprędzej do 
stolila^ aby odczytać pozostawioną kartkę. Wyrywano 
ją sobie dictwie z rąk do rąk: 



Jedyną bronią przeciw fatum naszego tycia jest 
dobra gra : ta nawpól jui tylko świadoma tdoUność 
oszukiwania ludzi i siebie aź do ostatniego tchni' 
Was, bracia artyści, uczyć tego nie potrzeba ; w i< m 
situka nigdy nie zawodzi: odbiera duszę, daje .rolę.* 
A więc, kanalie: twtva tarłtf* 



CZĘŚĆ TRZECIA 




roczysu dna panowała tu na wzgó- 
nm w ckoBcach wiBi von Hertowleina. 
Miaalo na podolacfa, zobloctoiie dy- 
mem, przysłonięte rdzawą łuną, rzucało 
w tę stronę głucłie, zrywane i ponure 
zfiefld. Zresztą panował tn spokój prawie uroczysty. 
Życie okrywało się poza ogrodami, wewnątrz murów 
ciciiydi, prawie sennych, źyde odosołmaone, dumne, 
trwoAlwie naikające wsaelkiffo natręctwa. Surowe 
sztadiety odgradzały je od bruków zadrzemanej i nu- 
dnej ulicy. Czasami potoczył się leicko powóz, par- 
sknęły konie, poniosło eclio długie wołanie. Zatrza- 
snęły się po diwili wrota, i znów niezmącona uroczysta 
cisza, dna samotności, domy i wzgardy. 

Mflller przycłiodził powoli do sielńe u Hertensteina. 
Łagodny spokój pieidł go ctssą, darzył dobrem, kobie- 
cen prawie wyTozunwenirm Hertenstein leiał opodal 
na di^gin i nizkim focdo, kołysał się na jego biegunach 
i rzncal od czasu do czasu krótkie, fatadawcse spojrzenia. 



,j6 

Milcieli obaj. Molier, wtulony w ki|t otomany, pobrz^ki- 
wal na strunach jakiejś mandoliny, czasami sięgał po 
wino na stole, to snów uderzał w struny, grał, brzdąkał. 
Po pokoju wałęsał się ogromnie wysmukły, soplami dłu- 
gicłi białych włosów okryty chart. Co chwila podchodził 
do MoUera, kładł mu na kolana długi pysk i wpatrywał 
się w niego smutnemi oczyma kobiety. Gdy McUler grać 
pnestał, pies na bok odchodził, \ kładł się u nóg swego 
pana, wyciągał łapy sztywno przed siebie, mniiył dęźko 
oczy i drzemał, wstrząsając się od czasu do czasu jakby 
pod zmorą snu przykrego, lub rojrm dokuczliu'\'r!i 
wspomniert. 

— Jaki on wrailiwy ! . . 

— Suka, — bąknął Hertenstein, nie przestając się 
kołysać. 

Molier odrzucił instrument w drugi kąt otomany, 
głuchy pobrzęk strun obudził psa: uniósł łeb, obejrzał 
się i jui oczy zamykał, zanim głowę do snu ułożył. Po 
chwili znowu łeb uniósł i spojrzał bystro na swego pa- 
na. -Mówcie cośkolwiek", — zdawał się niepokoić. 

Hertenstein podniósł się powoli i nalał win&. 

— Pij I — Uśmiechnęli się ku sobie, jak ludzie bar- 
dzo zmęczeni, i sięgnęli po kubki. 

— Niebrzydka, — mówił Molier, obracając czarkę 
w dłoni. — J wnet potem bez żadnego przejścia : — Pra- 
wdopodobnie przyjdzie i na ciebie kolej niebawem. — 
(Roześmiał się sucho). Przecież to z Jelsky'm niedługo 
potrwa. A ktoś zająć się nią musi. 

— Szukaj brutalniej szych, — odparł mu spokojnie 
i ocunął się na fotel, — albo bardziej egzaltowanych. Ja 
w gąskach nie umiem odkrywać skarbów poezyi. ,Wy- 
swolaiia* szukać już dawno przestałem u kobiet 

Molier rzucił się tylko na otomanie, ale nic nie od- 
powiedział. 



»/7 

— Gdaete* ty tpal woormj? 

— Na pkk% m/wi, 

HcrteoflictB w irmiy l nuntonami. Po chwili laś, 
nudwtfy iiaA okieni: 

-PSjI 

1 mowuź milcieli cUiago, iiparoe. Piet zadrżał rai 
po raa we inae, czaaami leb aadakrał, pręlyl twe dhi- 
fie denlde nofi i tiyję j^^y ^ ^^ ^^^ ^ł odrsucal. 
Nagle aerwal tic i praegicty * w tobie, jakby garbaty, 
dreptał cidio po djr^ńuiie, tnnł tic jak deń po kątach. 

— Ciaza tu u wat... Smutek, ale jakiś nietpo- 
kojny. Za daleko od żyda. 

— Pnywyklein. Potrzebuję. 
Nagłe, wttrzymując bieguny: 

— Z Jebky'in jett goncf, znacznie gorzej ! 

— Niźli z kim? 

— Z nami chodaiby. — Roztargnionym ruchem 
zgarnął wloty z czoła i rozkoł>*sał gwałtownie bieguny. 



* ^Łii^i^^ 




IfOler zerwał lic nagle, wychylił dutikiem kubek 
wina i nadtnął beret na głowę. 

— Pójdc — krzyknął. 

— Dokąd? 

Wzrutzył raaśottun : — Gdziebądi, w jakiś naj- 
cifmnifjtz y kąt, zdała od kadzi. Wklziu, i tu nawet nie 
nogę. Człowiełc, tl w o r ze nie, tprzęt kaidy ma dla mnie 
jakiś grymat niepewności i lęku, trwogi czy złej wrdtby. 
Niepokoi mnie wtzyttko, na co tpojrzę, i w>'daje mi tic, 
ie waiytlkiemu, na co pop a tr z ę, ten niepokój ndfiehić 



■ic mum. Kunicki powiada, źe to od picia. — Ja przeny* 
cam wprost atmosferę tein przcnerwieniem, w krótkim 
ctMie potrafię zatruć niem kaide miejsce, gdziekolwiek 
apokoju szukam. Poprostu wierzę, że to się nawet mar* 
twym pntedmiotom udziela. Gdy sam w pokoju jestem, 
gotówem Iprzysiądz, źe tak jest. Chociaż Kunicld po- 
wiada... 

— Głupi jest ten twój Kunicki, — wtrącił chmurnie 
Hertenstein. — Mówi 

— Widzisz, to przychodzi w chwilach duszono 
oniemienia i bezwładu, kiedy myśl nawet staje, a in- 
stynkt krzyczy: .ludzi! ludzi!* — ciepła ludzkiej dłoni, 
depla ludzkiego oddechu... Borowski to rozumiał, sam 
miewał; powiadał, źe to ona jest: zmora życia. Ja my- 
ilę, źe to jest jeszcze nieuświadomiony paniczny lęk 
samego ciafai przed pustką w sercu, w dusz}*: — co wo- 
Bsz. Horror racui. — wiesz? Na Borowskiego nieraz to 
przychodziło. Wówczas zrywał się, biegł do niej, tulił 
się, krył się twarzą w jej piersiach i krzyczał, źe się 
śmierci boi. 

— A ona przfplaszała nawet widmo śmierci? 

— Tak, — odparł Muller z jakąś ponurą powagą. 

— Bagatela ! — skrzywił się Hertenstein. Czego te 
cudot wór czynie nie potrafią! I cz^o my od nich nie 
wymagamy I A one tak mało mają do rozdania od sie- 
bie, a tak wiele ze skarbca naszej wyobraźni. Wyo- 
braźni ! — powtórzył z nadakiem, patrząc Molierowi 
twardo w oczy. — Bo nie chcesz chyba stać się śmiesz- 
n)rm i mówić poważnie o uczuciu. Podniecenie wyo- 
braźni, jej pęd niepowstrzymany i szał wreszcie. W tern 
mieści się klucz do zagadki, dlaczego gęś suć się może 
przeznaczeniem dla takiego jak ty człowieka... .Prze- 
znaczenie ! * — .wyzwolenie 1 * — za dużo się tego dziś 
sł]rsay. Afrodytę z nas się śmiejr. 



— MówiMM jak jHsky, — tachnąl lit MoUer. 1 wo- 
idjąc dionią po cjole, i trudeoi jakby oBanając tic do 
mówienia : — Zbyt mato obchodią mnie daii twe poró- 
wnania, ale jeśli choeat koniecanie, to próci Afrodyty 
jest jcnMie Aatane. 

HarleMlain, i^tmacaąc dhigi leb paa tpociywający 
na tffo kohnalph, oiówil apokojnie: 

- Zlituj «c, lo była bogini tych na wpół foł>'cfa 
bcaiyi o platkirh hibietnych twaraach, o hebanow>'ch 
w kwadrat dętych brodach, w których ton^ oata i po- 
hcaid, beatyi o poaągowych goleniach i czarnych kudU- 
tych pierainch, potworów strojnych w szkarUt i złote 
obręcze. Przedataw ich aołue tylko i przejrzyj się w lu- 
strze: — nie wakrzeaiazl Przede! w tych czarnych, sy« 
tych, rozlenłwiooych w tropikalnem słortcu panterach 
fermentowato jak w podzwrotnikowych trzęsawiskach? 
Praedet w oMlych caaatkach t)'ch bronzowych kudła- 
tych djrabłów lęgła się tylko potworna, ddka, cfaao- 
tycnui wyoł>rainia? Przecież te ogniste ślepia, zmrużone 
pod wiechami brwi, nie dorosły pono jeszcze do błę- 
kitn? Baal miał n wielką paazczę, aby mógł mieć wy- 
ttarcaający dla boga mózg, Astarte i* mało ducha jak 
na awe milionowe chucie. W walce bogów, zgubiła ich 
gmmśmość niiazej rasy, zwydęlył inłfhkt... Poszukaj 
sobie innych k>ogów, mój drogi. 

Molier słucłiał w roztargnieniu. Podniósł się dęlko, 
i, ukrywszy się w okiennej niszy za firanką, kreślił coś 
palcem na szybie. 

— Bardzo barwnie, nader uczenie mówisz o bo> 
gach... Mój drogi, ty jcateś taki mądry^ ~ powiedz... 
powiedz, tak t>'lko ! — co będile po śmierd ? 

Hertenstein pokołysal się na biegunacłi, napił się 
wian i mówił: 

— Pytała raz Maitrd męia, co będzie z nami po 



m60 

śmierci. Za wiele tądasi, ~ odpowiedział jej ~ o tern 
i bogowie nie wiedzą. 

— Kim była Maitreś? 

— Wielką kobietą, — jedyną w dziejach świala, 
której duch rwał się w absolutne głębie. Ustami Mai- 
trei przemawiają nieraz święte księgi wschodu. Proro- 
kini. Jedyna! 

— Cekawc rzeczy opowiadasz. Kaź przyrządzić 
nargile. 

— Życzysz sobie? 

— Poproszę. A tymczasem... mój drogi... (Ja cią- 
gle czegoś się t>oję ; — teraz tam za oknem I . . ) Mój dro- 
gi... O czemie ja? Aha! — Co będzie po śmierci? — 
powtórzył Icar-"^"' •" "' --''m upartego dziecka. 

Glos H< \ sał się wraz z nim i falował 

nieznacznie. 

— Wraz z tobą zginie treść i sens zagadki. ^Gdy 
umrę, skona wraz ze mną nawet Bóg mój,* — powiada 
Anioł Szlązak. Wobec tego nicość jest wszechświatem. 

Molier milczał przez długi czas. 

— Przyjemnie tu u ciebie, — rzekł wreszcie, — pa- 
chnie miło, wino masz przednie, mówisz interesująco 
o l>ogach i o śmierci. — Ale ja . . . 

— Co, — ty? 

— Jestem złym towarzyszom dzisi.ij ... Ja mam 
umrzeć za Idlka miesięcy. 

Hertenstein zatrzymał bieguny i zerwał się sprę- 
tyiót^ ale w tejże chwili stanął w zakłopoUniu, nic 
wiedząc, czy zbliżać się do niego i jak to uczynić. Wy- 
przedził go pies : poskoczył do Moliera, rzucił \m\i się 
łapami na piersi i wyciągał pysk. 

— Jaka ta suka jest dobra, wralli . . . 

Zadrgało coś, złamało się w jego głosie; w jednej 
chwili poczerwieniał jak rak. 



MÓt 

— Bój tic Bofa« wyrtuć tego pu, bo ja nc roi- 
bccicl.. 

Hertcnsidii udortyl pn r^ką. 

— Posila I— knyknął gniewnie. — To jul ple^ ma 
to do siebie, — ten l e n t y mc n t, — mówił w lakiopouniu 
i wkhrsyl wloty. — Ale! — krsyknąl nagie i nndft ńc 
do biurka. — Mam dla ciebie nadswycsajne cygaro!..— 
tPrzy biurku latriymal tic jednak tnowu w zakłopota* 
niu). — Nie chcesi mote?.. A gdyby tak rzeczywiście 
nargile, — co? 

— Widiiaz, Henryk, ty moie nieahtasnie... moie 
ja do tycb jej dłoni o dar dobrod, spokoju... Tak, 
o spokój, o lc Indską możność śmierci I . . Potem w wy- 
obraźni wyssio co innego . . . Ale my o tych pierwssycli, 
najszczerszych drgnieniach nigdy nic nie wiemy, my 
zwłaszcza. 

Hertenstetn potakiwał gwałtownie i pośpiesznie, 
potakiwał wtedy jeszcze, gdy Molier przotal mówić 
i wydągal z zanadrza garść białych, pomiętych kwiatów. 

— Co to? -^ ośmielił się zapytać. 

— Brud, kał, tyde! — bąkał MoUer. 

1 w nagłej, niepami^ej pasyi począł te kwiaty 
wdskać, wcierać sobie w twarz. A potem odrzucił je 
precz ze wstrętem. 

— Pyf I — krzyknął na psa. 

Hertenstetn energicznym ruchem powtórzył psu ten 
nakaz i otarł sobie pot z csola. 

Chart skoczył, pośliznął się po podłodze, dopadł 
zębami do kwiatów i w jednej chwili roztargał* je na 
strzępy. 



j4» 

Zdawało mu się, le lely w cierwonej grocie: to 
płonące la purpurowym abażurem światło przeniluło 
wiłędsie cichym, uroczystym spokojem ł>ajki. Wfrok 
jego, oduriony tym równym zalewem czerwonego świa- 
tła, t>łąkał się sennie, szukał jakby oparcia i wytclinie- 
nia dla myśli. Natrafił na głowę kobiety na portrecie: 
twarz biał;), chmurną, o wysokiem, jasnem czole w dem- 
n\nn mahoniu włosów. 

— Aha ! — pomyślał i przeniósł oczy na Hertcn* 
Steina. J^o spokojne, zgaszone prawie wejrzenie, mlecz- 
na, prześwietlona bladością twarz, zastanowiły go na 
chwilę. Kilkakrotnie przenosił wzrok na portret i jui 
chciał go o coś zapytać, gdy Hertenstein powstał gwał- 
to^%'nie i odwrócił się tyłem do niego. 

Po chwili wydało mu się, że styszy, jak woda 
gdzieś cicho pluszcze; widzi, jak się przelewa zwolna 
i mąci na kamieniach lekką białą pianą. Jakieś dwa po- 
tężne granitowe złomy, ocielcie wodą, białe od śniegu, 
jakieś przytulone do siebie czarne cyprysy, jakieś małe, 
czarne wyłomy w masywie skał>': oczy smutku spozie- 
rające tajną głębią grobów 

.Obraz', — oprzytamnial siebie w tym pół - śnie . . . 

O, już tylko módz umrzeć, cicho, spokojnie, bez 
żalu i skargi, jak płomień, co zamiera... Zapomnieć, co 
było. Wziąć rozgrzeszenie z rąk najlepszego z bogów: 
niepamięci. 1 zgaśnie to wszystko wokół, jak lampa, co 
się wytliła. Raz i drugi świadomością wielkiego żalu 
błyśnie i... Zamknie się grota. A ta skała potworna 
zwali się głucho na piersi . . . 

Rzucił się na kanapie i otworzył oczy. ' 

— Henryk, co to? I.. 

— Koncert E-moL To larghetto, — wieai ?.. 

— Doayć, — nie to 1 . . Nie mogę dziś. 



urwał, po chwili jednak midi kilka 
ukmw, tłiikał mekKiyi. 

— Pamictati ? 

— A?!.. Podobno aoatra twoja śpiewała na kun- 
crruch? Z twoją nelodyą poleciał ten mój ,Labcdi* 
w daieltie strony... Ue to jul lat?.. 

1 Hertenstdn grał inowii. Rzucił kilka akordów, 
spróbował niek>dyc, znów ją pasatem zmącił i urwał. 
Pocsen odcfarząlmąl, z krzesłem btiiej się przysunął, 
dlortań Uawine musnął i zaczął. W dźwięki fortepianu 
wplótł się niebawem głcl>oką nutą umyślnie tłumiony 
śpiew: 

06ło€a$9ą górą ciągm* pktk 

W U tg m Uwim ą ctsaą fnynfytk kmu, 

Pw m ur ą gnmą k rwmmjch mótm, 

W daUki, c kmuwmy wmątpiiń SMiak. 

f JŚfrfsiii tmóf, B iętkmofy tmón 
Pohttm tmym daj koty tmak. 
Ty. kmfyek m mrwtń kiśmy fkdt, 

Mi, daię mufą wróśf 

H^f mach »i iśd iyht cud 

1 smuj4 ^iikmo rojtm tmctr! 

Ł nhfdBJu WMJ 8 madom stnm. 
Ty ęy€im wkidy miśrim skom 
/ prwHhmugiimj ^kśmi aarf 

Herteostcm urwał. .Taki ty byłeś dawniej-, — mó- 
wił, zamjfkąiąc powoli fortepian. MoUer leiał z twarzą 
zwróconą w czerwony blask lampy. Wspominał jalcby. 
A z pod prz>nnknictych powiek trysnęły nagle Izy. Stał 
nad nim duirt i przypatrywał się podejrzliwie, niedo- 



wirnająco. Wreszcie uniepokoil lic, a obejrzawtsy ń% 
(bremnie na awego pana, poatanowil widocznie sam 
zaradzić. Przystąpił bliżej, powąchał i liznął MoUera 
po twarzy. 

-Ty!.. 

Pies szczeknął radośnie, skoczył i przedniemi łapa- 
mi wraz z głową przypadł, przytulił mu się do piersi. 




Hertenstfin zerwał się gwałtownie z przed forte« 
pianu i sięgnąwszy po dzban wina, zapatrzył się cłunur- 
nie na Moliera. 

— Czego ty właidwie żałujesz? 

— Hm?.. 

— W życiu co żal ci za sobą zostawiać? czego 
nie diccsz opuszczać? 

— Tego, co i ciebie trzyma, — brzmiała opryskliwa 
odpowiedź. Oczy Moliera zwróciły się leniwie w stronę 
portretu. 

— To bardzo niewiele. — Hertenstein wychylił kie- 
liszek do dna. 

— Ty powinieneś szukać innych teraz przyjacióL 
Ja nie umiem być humanitarnym znachorem. A wresz- 
cie, — szarpnął się nagle, — wszystko to razem wzięte 
jest tylko tchórzostwem: wypowiedzieliśmy każdy osta- 
tnie słowo życia, a nie stać nas na mężne dokończenie: 
,Amen*. Gcelcamy, aż się z nami załatwi natura. A ona 
skrzętnie luniata drogę żyda rozmaitym struggU-H/t- 
ram . . . .Schodźcie z drogi, ciemięgi, bo karyera bardzo 



I 



się ^*>^ ^cituy, prseio lię gniewa i oburta BtUchetnie 
na waa*. Z temi alowy knąu tic po go4cthcu życia 
tahukana cnota. A wiesi, jak tic u cnou nas)'wa ? Po- 
i>(rk. ,Bądicie potytecmi*. to snaczy: źyjde dla na- 
Mych loiiidkuw, i dla tych ciał, jakie naaaa gnniność 
obiicie — plodii Doprawdy, gdyby źyde ten sens tylko 
mnlo» iMtenby a dobro dutn ica ladekawieniem przy- 
glądać iic wyidgom sprytnych opryaaków, umiejących 
pod hasłem patryotyzmu, interesów narodowych czy 
mieiskich, wpnęgać do swego rydwanu sturamirnny 
egoizm thunu i puszczać .męczenników idei* przodem 
jako swych lauht^w. Widowisko jest tem ciekawsze, ie 
za karyerą wlecze się zawsze żebraczym krokiem maU 
cząstka ogólnego pożytku, splatając wieikce zasługi na 
przyszły pogrzeb działacza. Jest to jeden z najpos|)o- 
ktszych paradoksów żyda, że kar>'era jest matką spo- 
łecznej energii, gdy tymczasem za oderwanemi od żyda: 
myślą i marzeniem, następuje najczęśdej . . . 
Hertenstetn zapalał powoli c>'garo. 

— No? ~ nalegał Molier. 

— Nieurodzaj na kartofle, — - zaśmiał się z cygarem 
w oMadi. A pochyliwszy się na fotelu, sięgnął po kieli- 
szek. — Pij, proszę, i to zdrowie:... 

— Było już raz, — przerwał mu Molier, zanim toast 
zdążył wypowiedzieć. — Było wczoraj w kawiarni. Że 
leż ty zawsze do jednego wracasz ? . . Ma się niemal 
wrażenie, że w tych ogóbiikach opowiadasz coś ze swe- 
go żyda. 

Chwilowe podniecenie Hertenstetna oddziałało i na 
niego. 

— W czyje ręce zresztą? — pytał dalej. — Turkuła 
niema. — Ty, — zwrócił się do cliarta, — chcesz żyć ? 

PSes szcielmął, wyskoczył z za fortepianu i już się 
hMił, jitt merdał ogonem. 

«7 



— Ona .potwierdtt bytu chęć* — wygłosił Molier 
piiUMein lc»iąikow>»in. — Niech źyjc VenU ! 

Trącili się kubkami. MoUcr wypił duszkiem i w tcj- 
ir chwili lamachnąl się z pasyą, aby rzucić mbtr^n^ 
czarkę z całych sił o ziemię. W porę schwytano go 
za rękę. 

— Jest i cham! — Hertenstein odstawił kubek ostro- 
inie. — Rzeczy wykwintu są jak piękne kobiety : nie 
znoszą desperatów. 

— Przypominasz w tej chwili Jelsky'ego, — skrzy- 
wił się Molier. — Ale ty bodaj że jesteś niebezpieezniri- 
szy od niego. 

— Jelsky . . . Jelsky ... — Hertenstein wyrzucał kręgi 
dymu pod sufit — Jebk>' jest problemem (bo on lubi 
problemy): odmówiła natura narkozy sztuki, morfinizuje 
się cynizmem, jakby w przeczuciu, źe skutek będzie 
ten sam. 

— Mianowicie? 

— Pustka. 

Molier aź się naprzód pochylił, zapatrzony podej- 
rzliwie w Hertensteina. 

— Dokąd ty zmierzasz? 

— Ja już oddawna nigdzie nie zmiersam.— Machi- 
nalnie, niemal automatycznie wodził dłonią w powie- 
trzu, głaskał wciąż jeszcze nieol>ecnego juź psa. (Chart 
w kłębek zwinięty drzemał juź pod fortepianem). 

— Czy ty przywiązałeś się w życiu tylko do psa ? 

— I do sztuki, — zaśmiał się krótko w okłębie dymu, 
a ręka hcf. przestanku głaskała delikatnie powietrze. 

— Henryk? 

Milczał. Ramię wysunięte poza poręcz kołysało 
nę uparcie, miarowo jak wahadło. 

— Henryk?! — nie w>trzymał Molier i targnął go 
alnie za ramię. 



«*7 

Podaióal na niefo ociy i próbował ńc iiimicchiiąć. 
A ie iiimfech nie ilotyl tic, więc, nfryilaiy wmrgi, le- 
rwał nę na nofi i tchwycil sa InibdL Wina w nim nie 
anlaił, lai e ci cr p iwa fo i ten drobiasf nawet. Sięgnął 
gMCwne po diban. 

— Sludiaj, — mówiJ twardo, niedeq>liwie, — jeldi 
to w uyitko jcat twoją prawdą wew a ę tiin ą, jeżeli ty 
nie cboen kortyttać i tego głupiego urlopu kilku mir- 
«Qcy, jnlMfo ci udiiela natura . . . ~ Koniec kortcOw, je- 
idi doautecsnie pnenytfnlei te necfy, przyjdź do mnir : 
puij f U ii y nad tem raaem. Moie «c snajdi^ lekarstwo 
db nas obu. 

Napił się wina, otarł starannie wąsy i wyjął z ki<-- 
szeni od kamiwlki małą taUnną rurkę zatopioną z obu 
koAców. 

— Co to? 

— Nie krzycz... Upma Amtjm'. 

— Prędko? 

~ Nie o to idzie. Działa powoli, łagodnie, ale pe- 
. Strzały tem zatruwano. 

Molier ukr>'ł twarz w dłoniach; gdy ją uniósł, był 
bardzo blady, wargi mu zmiękły, a oczy mrużyły się, 
jakby pod światło. 

— Dol>rse, że się tak stało, żeśmy się zmówilL Są 
myśli, alowa nawet, które traeba koniecznie głośno w>'- 
p owie dz ieć. abv nas straszyć przestal>'. Przy twojrj 
woK... 

— Ja nigdy mc miaiem woli, — przerwał mu Her- 
tenstetn opryskliwie i niecbętnie. 

— Więc przy — rezjrgnac)'! . . . Rozumiem ... — pr^t- 
rwal sobie nagle własne myślL — Na ogół ja miałem «k«>- 
lę, — ale wola jett narzędaem żyda, jego chędą właśnie... 
Potraeba rai twoiej wi ęknicj mądrośd. Może znajdę tę 
moc wewnętrzną, co da ma ipokój nawet w takiej ch%nli. 

«7* 



— Więc jui nie chcesi jej aiukać u kobiety, — 
BkriywU iiic Hertenstetn, — nawet u Zoni Borowildej? 

— Ah 1 — Molier machnął ręką. Wnet potem chciał 
coś powiedzieć: jui mu się zaislcrzyły oczy, zadrgała ru- 
chliwa twarz, nerwowe ręce gotowały się do gestów; — 
gdy wtem błyskawica wspomnień skłóciła widocznie za- 
miary: opadł w sobie, głowę na piersi zwiesił. 

W pokoju zapanowała ta przyczajona cisza godzin 
wyrocznych, chwil trwoźnego oczekiwania, tajonego lęku, 
cisza, rzekłbyś, nierówna, jak owo, w podobnych godzi- 
nach, od czasu do czasu jawne, cho<i w rytmie skłócone 
cykanie kieszonkowego zegarka. Nocny ptak wpadł, zda 
się, do pokoju i w błyskawicznym, bezszelestnym locie 
rzuca się krzyżowo w przestrzeni, nie dotykając ścian 
i sprzętów: odbija się bezgłośny o warstwy powietrza. 

Hertenstein oglądał, wąchał i ćmił swe cygaro; 
oglądał, obracał w dłoni i podziwiał po t>'siączny raz 
misterny kubek do wina ; wreszcie zagłębił się nad słu- 
pem popiołu zawisłym u cygara: badał z początku pil- 
nie i ciekawie, potem uparcie ; wreszcie z oczyma, chmur- 
nie utkwionemi w ten słup popiołu na cygarze, zastygł 
jakby i znieruchomiał. Pies, zwinięty pod fortepianem 
w biał)' futrzany kłębek, głowy wprawdzie nie unosił, 
ale miękkie uszy od czasu do czasu prężył, wyrzucał 
w górę, strzygł niemi i pomrukiwał coś zcicha. W tym 
pół-śnie zadumy swojej \vz(l\chał kiedy niekiedy irłę- 
boko i ciężko. 

— Widzisz . . . przekonaj się . . . — zaczął Molier 
zgnębionym głosem prośby <^y też skargi i podni''>^} 
twarz żółtą w tej chwili i lśniącą jak wosk, z n 
głymi sznurkami sinych żył na skroniach. — Widzisz . . . 
ta drobna, wątła, w dotknięciu tak przedziwnie poczci- 
wa, cłiłodna jej ręka, — jak wonny płat kwu-tnego kieli- 
cha na rozpaloną skroń... Samo to przyszło, niewołane. 



1 prtei cml>' tm cna o ma tfko myUieć^ to tylko ctuii 
i widxieć motialeai ... A to pocmde, winifjiir od wtpo- 
maieoń, aoattlo mi do lej chwili wonui, miękkością, 
chkMieni na lewej skroni... Od moich i twoich myil 
uk mnie, poctctwa, uratować chdahi. Beiradiie są jej 
myik wobec naaaych... 

— Tak ? — ocknął się Hertenstein krótkiem sapy- 
Uniem i strącił popiotowy ship i c>'gara. — Ha! — ode- 
twal się odraiu aerwanym i iuesicser>in śmiechem. 
Wrcsscie sapali! ifiili cygaro i podniósł głowę. Spoj- 
rsawssy owalnie, smarsscsył brwi i serwsł się i la'ie- 
ała. Rsuctl niespokojne wejrsenie posa siebie; po chwili 
jednak rsekł dcho s tward>'m naciskiem: 

— dlad i^^t na tkrnni ! 

— Co!? 

MaUera jakby prąd prsebiegl: rsuctl się jak sscsn- 
pak w fotelu. W splecione dłonie prsypadł csołem, a war- 
gi sadrgaly mu nagle kurcsowo. 

— Tuuj?.. teras?.. Widsiss: była ! — prsyssła ! . . 
Hertenstein ujął go mocno za bar>'. 

— Zerwij nić tę ! slyssysz, — lerwij ! W pokoju 
nirnu nikogo. — Riuć myśl gdzieindziej. 

Molier zaprzeczał tylko poruszeniem głowy, zaprze- 
czai długo ze smutnym uporem chorego ^^Tritrkri. 

,ByU... Prsynła, dcha, swą lepszą, niesniszc/alna 
nąsfką, i tą boską mocą łagodności bezmiernej...' 






27# 

Zmuszony, napU si^ wretide wina i zapalił papie- 
rosa. PrzcRiagal się: zbierał i skupiał myśli, wymyka- 
jące się śladami uczuć z ogniska świadomości. Wresz- 
cie zaczął napozór spokojnie: 

— Widzisz, łienrykf takie czucie to straszny krzyż 
w życiu. Ono największą moc duclia w końcu przetra- 
wi... We wszystkiem tak ! — wszędzie i zawsze. 1 z ludź- 
mi!.. Pomyśl tylko, czy może żyć z ludźmi tald, co 
z pod słów, spojrzeń, ruchów i milczenia wyławia — nie 
cudze myśli (te zawsze dla nas giną), ale to, co się 
przez skórę jedynie wyczuwać daje: te płomykowe, na- 
wpół świadome, przelotne, błędne, dla większości zwy- 
kle nikłe odruchy prawdziwych wewnętrznych mocyi, 
co kłócą się nietylko ze słowem i czynem, ale wprost 
z uczuciem. Obcować z ludźmi na to, aby zawsze, wszę- 
dzie i nieubłaganie słyszeć ten przechodzący poprzez 
wszystkie ludzkie sprawy ostry zgrz}^ rozpacznego ego- 
izmu, co się sam sobą dławi. Gdy naokół wre i kipi 
życie, wsłuchiwać się w dziwnem naprężeniu w ociera- 
nie się węży: widzieć, czuć i słyszeć, jak każde .ja* 
zżyma się wewnątrz, kurczy i jeży wobec każdego 
.nie ja*, a na zewnątrz garnie się rozpacznie do kobie- 
ty, do ludzi, do gromady, do tłumu. Być skazanym na 
to, aby w najserdeczniejszych ludzkich porywach: w mi- 
łości, w przyjaźni, w ofierze nawet, widzieć tylko stu- 
lone czujne pazury i odgadywać ten dziwnie im prze- 
czący krzyk szczerego bólu: 

.Pozwól się wżyć, wtopić, wświetlić w tuoj.j iudz- 
ką duszę, abym wielki ciężar własnego egoizmu mógł 
choć na chwilę zrzucić i o mojej duszy, mojej odrębno- 
ści zapomnieć. Chciałbym mieć jeden oddech, jedno 
pulsu bicie, jedną krew i jedno pragnienie z Tobą! 
z wami ! ze światem całym ! Chciałbym być tylko cząst- 
ką nikłą twoją ! waszą I ziemi ! słońca ! Chciałbym spły- 



•7' 

m^ w ciebiel w was! w skMkoe! we w iiech it tiM ciMC je> 
dno! i jcdao aerai bicie!* 

Tak ńc modlą rodętkakme oay, tak lic pnycaa- 
iły na diwifcc |>aiur>' łOKcaoiiej aobą — bcatyi. Takm 
jest len aą|fi^beiy, lawtie roibobly nerw wnelkie) 
Biilo4cti 

1 tak oto widxaeć muasę, źe wneikie uctude ludz- 
kie jest nfeipactnym ifnytein beinadrirjncfo falmi, jest 
ktaMiną pokorą i pokutą drapieicy, oo prafiiie łw^nflnir 
podikMiiąć w otdiłaik be ibncl Bego cgoinMi i dębie 1 
i was! i świat cały! 

Dbitego modli się nawet 

— Wiesz ! — krzyknął na^le, i cala twarz rózgo- 
rzala mu nagle jakimś fanatycznym ogniem, — wiesz, 
gdy było jul ile, bardzo źle, gdy u krew z ust chlu- 
stała, a serce stawało w przerażeniu, — wówczas pomy- 
ślałem sobie nagle, le... le to przez nią, dla niej!.. 
I ogarnęło mnie nagle jakieś upojenie dziwne, ssczjrt 
roskotsy niewypowiedzialnci . . . Wraz z tą krwią... 
Myślalón, te to śmierć. 

Ziymnął się Hertenstetn. 

— 1 twój egoizm wymarzył soł>ie ostatnią rozpu- 
stę, — rozkosz całopalnej ofiary. Nie, nie! — tyś bezna- 
dziejny. Wszystkie twe naucta i myśli stoją w nieświa- 
doaeai moie, ale smutnrm pokrewieństwie. 

■^ Z caem? 

Wzruszył ramionami. — Poprostu boję się powie- 
dzieć, nie odwalam się nawet pomyśleć... Mówiłeś coś 
o Astarte. Czy to wszystko nie jest nasami z jej mrocz- 
nego państwa? 

Wsparł czoło na dłoniach i zamyślił się chmurnie. 

— Kto wie, — rzekł wreszcie, — moie to jest cały 
oenuiy świat ucmć, w którym ponure dusze ludzkie 
w koła lioleśei dobrowolnie się wpisują?., dziwny 



twiat, gdzie ślepe pożądanie rozkoszy zapomnienia o mh 
mym sobie (rozkoszy z jakichkolwiek źródeł zaczerpnie 
tejt) rodzi na szczycie ekstazy niepamiętną iądzę po- 
święcenia i ofiar)'. To mogą być lo-ainy ducha, gdae 
chucie dostępu nawet nie mają, a jednak... Albo te 
wszystkie mroczne tajniki duszy szatan poprostu w je- 
den węzeł nam zsupłał, — ukazując nam wyłącznie 
i uparcie tylko najpospolitsze jego objawy : szały i eks- 
tazy miłosne. 

I są ludzie, — krzywił się Hertenstein niedbale, — 
co, zapatrzywszy się w te wybuchy chuci, sądzą, źe 
stanęli przed tajnem ogniskiem* życia. Przywdziewają 
tedy co prędzej szaty kapłańskie. A to są, kto wie, czy 
nie krótkie i marne wybłysld widldego morza podziem- 
nych płomieni, światowego Agni. w którym wszelka 
chuć tak tonie, jak tonie każdy brud życia w szeroldem 
sercu ... I ty byłeś mi jednym z takich . . . 

— Jakich ? 

— Wspomniałeś pierwszy o Astarte... Takich oto 
bronzowych kudłatych dyabłów z płaskiemi twarzami 
czarnych panter, co na szczycie ekstazy cielesnej dni- 
zgotaii swe ciała pod tr)'umfalnym wozem Astarty. 

A po chwilowej zadumie: 

— Tyś powinien był unikać kobiet, życia, łudzi, 
widkich miast, bo tylko w rojnych tłumach przejawia 
się druzgocząca potęga tych ponur}'ch bogów. 

— Nie mogłem, Henryk, nie mogłem inaczej!.. Ta 
trwoga, ten niepokój (wiesz? mówiłem!), ten paiiiczny 
lęk przed zmorą życia, rzucał mnie między ludzi jak 
między willd. 

I teraz'; nawet, gdy pomyślę, .czuję, że nie mogę. 
Bóg widzi, nie mogę!.. 

1 MoUer przysunął się nagle, dcho i potulnie jak 
durt^ i najniespodzianiej dU Hertensteina pocałował go 



*7i 

\^ raini^. I wn^ potna wiparl ct^tką głowę lu ttmte 
ranueniu. 

— Nie mogę. Henryk!.. Cc4 łka, irywm się jękiem 
w dony. Ludai mi pocneba! 2ycxbwo4ci, dobra, depia 
mi pocrwoa I 

HertriMtein skrzywi! tię w p iefw ia e j chwili. Po 
kiUu raxy otwierał usu, aby coś powiędnę^, pnenil- 
cial jednak za kaidym razem.— Wrencie nie wytrzymał. 

— Czy i mnie masz za wilka? Mów szczerze! 

— Tak, Henryk... 

— Szukasz fałszu i klamu w mych słowach? brudu 
w mych myAłach? 

— Nie, Henryk, — dziś nie. Jutro będę. Jutro po- 
myślę: Ten Henryk z wysokich koturnów na ziemię 
spaść musiał; sceptycyzm taldch ludzi rodzi się tylko 
z n iedoł ęs twa, cynizm przerasu ich siły. Zda się, biały, 
czyity ; — przyjrzeć mu się bliirj : trupia biel do góry 
grzbietem przewróconego gadu. Jutro, jutro! — powta- 
rzał bezradnie ; już nm gloa drgać pocz>'nał na dobre. 

1 nagle, jakby pofalowawszy swych słów i myśli, 
pocałował go dwukrotnie, raz po raz, w ramię. 

Herten»tein zerwał się i, walczi|c z uczuciami współ- 
czucia i niesmaku, odsunął go niedięlnie od siebie. 

On zaś nadmąl smętnie imłęłrfiał ą jakby w su- 
wach i niemocną ręką. Począł ocierać pot, co thistemi 
kroplami rozsypał się po bladej i umęczonej twarzy. 

— Widzkz, — takie źyde moje ! . . Szukałb>'m po 
świecie na klęcdach miłości, przyjaini, przywiązania, a 
znajduję... Wracam za każdym razem od ludzi pełen 
goryczy i nienawiści: w całe ciało setld demi mi powbi- 
jano. A ja kaśdy denk prz>'pomnieniem wyciągam, rozją- 
trzam i rozkrwawiam rany. Setki, setki demi!.. 1 cały 
rasbolały, krwawiący, tarzam się w bółn i wyć cłicę, 
wv^ iak zwierzę, które z gromady wjfgrysiono precz! 



'74 

Wetldmąl ciciko i, »płóUa<y ramiona na 
ukrył w nich twarz. 

— Henryk, zlituj hic! — pomoi ini /.ik<>no/yc lo 
wszystko. Po co mi te kilka miesięcy?! Widzisz przecie, 
le ja nie mam w sobie tej mocy wewnętrznej nawet 
na jeden dzień życia. 

1 zerwały się w nim ostatnie pęta: zapłakał jak 
dziecko, cicłio, bezradnie i obrzydliwie miękko. 

Pies podniósł łeb i mruknął, ale tym razem juź nie 
podbiał. Patrzał raczej z pewnem zniecierpliwieniem 
w stronę swojego pana. 

Hertenstein powstał powoli i wyprostował się szty- 
wno. Poczem, jakby szukając cz^oś wokół, zagarnął 
wzrokiem |k> ścianach. Oczy zatrzymały się na portre- 
cie i przylgły dort długo, uparcie. Oderwał je siłą i« 
spostrzegłszy psa pod fortepianem, strzelił nart z paków. 

— 1 cóź ty na to, Venta?.. No, chodź, chodi!.. 
1 czego ty drżysz? — no, głupia? Przedelikacone, prze- 
nerwione, nadwrażliwe psisko! — Histeryczka I . . Patrz, 
śmieję się przecie... Oh, jak to skacze! jak to się 
prz^na ! jak kokoszy się radośnie I — Już rada ? — Uj- 
mujące stworzenie! Teraz łasisz się do mnie, nie do 
niego? — oczjrwiście! — Ty szelmo niewierna!.. Nie 
lizać, — poszła precz ! . . No, no, — skomlij • że teraz, 
skomlij z radosn^o w^-czulf^nia Oli ty wdzięku 
niewieści ! . . 



» 




■-{'(. cneosiem pnerwai lobie nm samym 
71 1/ wH^pie. Ptowttal ciężko i, wydobywny 
^^9 jakąś szkatułkę z biurka, począł ro*> 
C fnewać dwa meuk>we cybuszki nad 
spirytusowym płomieniem. 
— Ty się nie dziw, — mówił flefmatycznie. — Przy- 
zwyczaiłem się, — potrzebuję... Myśl mi suje, słowa 
więdną b c iUu w n e na usucłi... Te pół -sny dncfaa na 
jawie to najfonze chwile żyda... Nie mogę! 1 tobie 
przygotuję. Dodam zresztą %irięcej t>tuniu. To cię prę* 
dzej uspoluŃ,* zwróci wyolMUinię w kierunku konkre- 
tności, i ani się spostrzeźeas, jak w barwnych obra- 
zach roztopi się twój lęk... Potrzeba mi twych zmy- 
słów wszystkidi, wyobraini i uwagi całej: chcę, byś 
ras jttMat przemyślał to iycie dziwne, jakie sotMC ście- 
lemy... O sztuce będzie mowa, — o tym grzechu na- 
szym pierworodnym, za którym idzie kobieta, utracenie 
raju rzeczywistości, wreszcie zło wszeUde i gorycz ży- 
cia al po grobu próg... Grób na nas poczelta. Wspo- 
mnienie chce pożegnania, żyde prosi o wspomnienie. 



<7tf 

Duch widryga się pried tern, te iiia zakończyć na przy- 
padku dnia, — on chce objąć wszystko, co było, obto- 
czyć iycie ostatecznie i rzec wtedy dopiero: niech się 
kończy... Masz fajkę. Ta ci postawi wnet barwne ku- 
lisy i zapali światła. Ja dam myślom swoim bieg swo- 
bodny. A ty pal . . . Na czem ja stanąłem ? 

— Przyjechałeś na zamek zapóźno, — podchwycił 
czemprędzej Molier, zatulając się gorączkowo, febryczni^ 
w miękki kąt kanapy. 

— Taak... Pal, proszę!.. No, — i nasuiy zwykłe 
formalności, dotyczące pozostałego majątku, grubo zre- 
sztą nadwerężonego. Przy dłuiszem życiu ojca pocliło- 
nęlyby prawdopodobnie całą fortunę te walące się 
w gruzy ruiny zamku, które upór fanatyka sprzęgał 
w żelazne obręcze, niemal że wraz ze skałą, na której 
stały; bo i skała kurczyła się i pękała. W papierach 
na biurku znalazłem list jego wprost do mnie adreso- 
wany. Zachowałem dotychczas, — mogę ci go prze- 
czytać: 

.Skończyłem, — pisał, — ze 3obs\, dala mi smutne 
rozgrzeszenie rezygnacya: wszystko, co było, stać się 
musiało. Nie wyzbyłem się tylko żalu, że wielkich pra- 
gnień moc w>'tliła się we mnie bez tego śladu nawet, 
jaki pozostawiają wspomnienia. Skończ>'łem ze sobą: 
już bólu ciała nawet nie czuję. Myślę o Tobie, Tobą 
już jestem. 

Uch^fc^yć za ster życia zamlodu : — kochaj ! — to je- 
dyne, co moc czynu dać jeszcze potrafi. Nie ludzi, — 
zawiodą, nie kobietę, — oszuka, nie pracę, — ogłupia: — 
ukochaj dzieło i czyn swój, ukochaj je w pracy i w spo- 
czynku, w radości i w smutku, w rozkoszy i w znie- 
chęceniu. 

Żyda się nie bój: miecz do boku przypasz i roz- 



Tl 

twdri ranMNUL Niech priyjdiie wrms wt twem xlnn 
i dobrem, a wtoą i cnotą, k łfarodnią i poknią. Kladi 
ńc w lote wypoctynln i roii co M y x uidiietticą konia 
wokół dkmi i x miecscai u wesfiowia. Tak pnodkowie 
aaM na marcłui cssmili. 

Zycie jest daiś ihuBcai rojne. Ty tt^ na ciolo nie 
tloo : nie naasej to godności rola i nie nasiej dumy necs. 
Ty stan na ubociti, lecs stój twardo : kto w promień woli 
twej wejdsie, od tego ulegiości bold i danina pracy w«L 

Żyj! csyHl dsialaj! walet I 

Drtyj tylko prxed sfatartskiem swierdadlem łyda, 
co, w t>arwacli wapomnieik, w blaskach marzeń, na wy- 
żynach pragnień, w głębiach tcsknot>', mirai bytu uka- 
zywać d będzie: — Sb^ei się sztuldl 

Bądź panem rsecsywistośd. W obłocznych pała- 
cach loilą d lioldować lirowym dziadom, co tłumu po- 
ddebstwcm żyją; kaią d być cudzych czynów cchrm, 
cudzej wielkośd cieniem, własnych marzeń iywą ironią. 
Wigardsooe tyde zemśd się grzechem, i staniesz się 
dla sasMgo siebie krwawym wyrzutem. 

Tych królów iebracz>'ch z obłocznych ziunków 
miej za swego smutku igraszkę: niech d pobudkę do 
żyda grają, niech twoim czynom laur plotą, niech d 
kwiaty w wewtoe loie rzucają. Bądi cudzej woli, cu- 
dsej myśli, cudzych natdmień panem 1 

Synu, ja chcę, byś w promieniu woli twojej kró- 
lem był! 

Pos ł uc tu ij, co jałowa ziemia dziś ssepcse : ona, jako 
jurna kolŃeta, pana i władcy czeka: rodzić cłice. Za- 
płodnij ziemię w promieniu woli twojej. 

Źyjl czyń! działaj! walcz! 

Olriełinaj serca swego porywy, bezgranicznej woli 
sercu nie dawaj. Bacz czujnie na serce swoje i strzet 
je od ol>ojętnośd. A więc sztuki się bój! 



1» 

Taką jest bnum ciytea, pod którą duch mdj S4 
lycM jui prtesjedŁ W>in<>dl mnir suintąd cxynem ty- 
cia twego. 

U progu zamku, cieit starca, co życie w manenia 
strawił, ciert ojca twego komy hołd mlodoici twej 
składa: 

Avt vUaI morituri It stUutmiif 

Drugi ra2 ciyuć listu nie potrzebowałem, słowa 
jego wryły się w pamięć: słowa jak walenie miecza po 
hełmach r>'cerskich. Tak mógł pisać człowiek, co — jcśśli 
marzył — marzył potężnie o potężnem życiu. Patrzałem 
na tę żółtą głowę na białycli poduszkach, na tę widką 
siwą brodę na czarnym tuiurku. W kamienne formy 
dumnej i twardej siły zastygła po śmierci twarz marzy- 
ciela. I prz)rszła mi dziwna myśl do głowy: .A może 
on rzeczywiście gdzieś, w świecie jakimś tajemnym, 
przepadał: tam boje staczał, walczył, burzył, zdobywał 
i, pełen cichej tajemnicy, powracał między nas?* 

Musiałem walczyć prawie ze sobą, aby nie rozpiąć 
mu tużurka, nie rozerwać kamizelki i nie szukać blizn 
na jego piersiach. 

Więc tak cię szatan zwiódł, — myślałem. W zwier- 
ciedle swem ukazał ci całą potęgę i urok przeszłości, 
a nie dał mocy ducłu^ aby potęgę tę wskrzesić w sło- 
wie i w jej imię rozgrzeszyć świat z rzeczywistości. 

W drugim liście, pisanym widocznie przed samą 
śmiercią, Uście chaotycznym, pełnym miękkości i zaldęć 
serdecznych, wzywał mnie, abym porzucił służt>ę woj- 
skową i wstąpił do szkoły inżenierów. Oiaotyczność 
tego listu, jego miękkie prośby i załdęcia . . ! — necz 
była jasna, — ojciec zmuszał się do czegoś wbrew 
wszystidm swoim instynktom, odczuwając ostatecsnie 
potrzel>ę dodania do mocnego testamentu swej woli coś 



K9 

Ł koAkrcinota, cot, coby go nciyiiiAo radji, pouczenimi : 
wikaialo ma r wtofm iś m jakąś droffc tycia... 

.DawnirJ, — pital, — o \ą skalę tamkową rosbijaly 
Mc waiyatkie wrofie (ale iMtfbanytetwa, co pnei nast 
wąw6i kawml kraju laUć pragnęły. Diiś wróg tCokro^ 
gonuy I gór scheda: rieką głaiów, lwim i kamieni, 
ic wszystkicli żlebów się sypie, koryten rzeki wali, aby 
cilą dolinę kupą groaów pnyiypać. PaUatwu, co nas 
pr»d wiekani wchloiięloi nie opłacamy się juź dzisiaj. 
Na uboczu, w kącie świata zapomnieni, pozostawieni 
jesteśmy własnemu kisowi Powinnością naszą odeprze<^ 
ir-rm i lego wroga." 

Z rodziny pozostała przy źydu tylko starsza o lat 
kflka siostra. Wychowany zdała od domu, pamiętam ją 
tylko z najwcieś ai e jai cgo dziectikttwa. Wiedziałem da- 
lej, te ile lyli z ojcem. Potem nastąpiła jedna z tych 
glachych tragedyi w donn, o których nic pewnego do- 
wied i ie< się potem nie motna. Miała wtedy Ul 18. 
Pr/)'mtiBzono ją w następstwie do m a lleilat w a z kimś 
kupion>*m za posag. Dalej, przypomniatem sobie wiado- 
mość o jej nagiej ucieczce. Zatarto w zamku wszelkie 
ślady po niej, z sali portretowej znikł jej obraz. Nie 
wspominano o niej nigdy. Zapomniałbym mole, gdyby 
nie gazety: została śpiewaczką, zdobyła imię i rozgłos 
po stolicach świata. 

Nie pamiętam, cz>' ciekawość to była, czy te wspo- 
mnienia rodzinne, co odżyły tak nagle, czy tei poprostu 
to, śe na sę<lziego cnót pospolitych ja się nie rodzi- 
łem: — posłałem depeszę, dowiedziawszy się z gazet, 
gdzie przebywa. 

Sam zaś spędzałem smntne dm o cz e ki w a nia na 
pogrzeb. W tych zapachem grzyba przesiąkniętych i po- 
nurych ruinach, w towarzystwie trupa i niemych, damo 



»8c 

odiianych sług, ja wiły mi si^ w wyobraźni barwna 
obrazy rojn^o przepychu w jaskrawych falach swiatia, 
kryizulach i purpurze. Widziałem tysiączne Uumy, co, 
przed chwilą uk pstre i gwarne, tonęły nagle w ciszy, 
kamieniały w milczeniu. Sł)'szałem śpiew. I widzia- 
łem ją. 

1 jakieś inne — żywe tchnienie władzy, siły, potęgi 
przychodziło wraz z tymi obrazami. 




Na olbrzymiej perzynie muru %v t się zw-^- 

jąca z najwyższ^o piętra zamku n.i.^><.i..v.i kamień u. . 
Małe jej okienko w głębokiej nyży rzucało wzrok wprost 
na biel lodowca, wkrysztaloną jakby w rozwarty błękit 
nieba. Tu w narożnicy mieściła się biblioteka. 1 nic zf 
świata, nic z życia myślom tu nie przes z kadza ł o, i te, 
co z ksiąg oźyty, i te, co się rodziły w skupieniu, strze- 
lał}' wprost w błękit nieba jjisny, na biel najczystszą, 
na szczyty najwyższe. 

Oło tiskmot moich owoc boski, oto grób tajemnic 
witlkich, oto płomień i tar gnuhu mego, oto stos 
mój kacerskił .. 

Te słowa dziwne wyryła czyjaś ręka w na|>6ł 
zmur8zał>nn czarnym pulcie pod olcnem. 

W ciasnej izbie, ponad półkami starych ksiąg, tui 
pod sklq>ieniem szedł wkrąg czerwony napis gotycki* 
Skupione, na siebie nalaźące jego litery tworzyły jakby 
jednego słowa wstęgę. Odczytałem ją kiedyś z trudem ^ 



^ / 



I 



Potta! r99K rosą fmrfHftn na sfręgmomą mm- 

Ten mapi tapAch turych ktiąg, te lupiiy dawne, 
te Iśniąee w tlotteu, jedwabiste uczyty w dali i to mo- 
nę biaJe, latopione w błękit niby wrota olbrzymie!.. 

1 przypooiniatem aobic nagle : .Albowiem taką jest 
bnuna ciytca, pod którą duch mój za życia juź prze- 
szedł.* 

IV/vkuwalo mi bez końca wzrok to biaie czyste 
pok jakby marzeik niebo wytęsknione. .Oto ź>'cia mego 
ni^iirnrtr i oiin4<'. oto grób ujemnie wielkich I* — odczy- 
tywały uporczywie oczy na czam>'m nawpół zmursza- 
fym pulde. 

1 oto przez to małe okno w narożnicy kamiennej 
ajrzałem trz>' drogi dudia: na szczyty hiałt drogę ma- 
rzeń bezpłodnych, wydeptany gościniec w dolinę sMortj 
nędzy i daremnej, syzyfowej walld z kamieniami, oraz 
ideikę krętą, co wierzchołkami gór i padołem pnepaid 
wiedzie w cMurm pałace, gdzie lirowe dziady królują 
i tłiunu pochletwtwem żyją... 

A tam — za oltnem, wśród zadumanej kamiennej 
głusz>' gadały tylko stnmiienie szeptem i pluskiem, z po- 
czątku jakby skłócon>'m i dziwnie niespoirojnym, — po- 
tem, gdy ucho do tych głosów przywykło, szmerem 
dziwnie smutnym i monotonnym jak melancholia. Ukr>'- 
le gdzieś źródła, potoczywszy nagle lżejszy żwir, ozwa- 
ł>' się nieldedy glośniejsz>'m czystym podżwięldem i ci- 
chły wnet w gniewnym pomniku strumient Pod sto- 
pami nieogarnionych olbrzymów, w zakamienialej grozie 
pustki, w granitowym chłodzie spiętrzonego pod chmury 
świata — wymrukiwał>' potoki swą nieskończoną opo- 
wieść o twardym pochodzie czasów. 

Wzrok błąkał się niespokojnie po tym głuchym 

it 



świecie, śUtgal lic po tych lśniących garbach, lawital 
na stromych przełęczach, zapadał jak kula w przepaście 
i jak orzeł wzbijał nic na lśniące tzczytów iglice. 
Wreszcie męczy się i zawisa jak ten zbłąkany strzęp 
chmury na pierwszym lepszym szczycie, czepia się na 
nim — senny i znuźenin • ' "i. 

Jakieś pogranicze i. grób ż>'cia pragnieniom, 

grób woli i wszelkim pory%vom. 

1 oto gasły blade zorze na szczytach, sine karlłuhy 
skal Unią w pomroku jak metal. Po dniu, zndrzcnianc 
gdzieś na dnie przepaści, urwisk i kniej, wyłażą teraz 
leniwie białe okłęby chmur. 1 noc wali się w dolinę. 

Nagle gdzieś w głębi zagrała trąbka pocztowa. Po- 
niosło echem. W odpowiedzi zawtórował jej skąddś 
róg; jeszcze ten nie skończył, jui zagrał inny. Z czar- 
nych uroczysk, po upłazach, ze skalnych gardzi' ^i. 
z głębi wąwozów, czeluści i jarów zahuczały rogi, z.;- 
grzmiał>' surmy. Szło granie pośpieszne i g>%'ałtowne, 
biło echem, budziło wśród skał łoskot)', jakiś tętent da- 

leki, jakieś łomy ciężkie, jakieś surmy nagłe, zr -'- 

ciszą, powtórzone jęldem, rozełkane w płaczu ża> 
A w ślad za tym jękiem, płaczem i lamentem pędzi zem- 
sta w cwał: huczą wrjiże głosy, toczy się grzmot po 
szczotach, huka pomstj' okrzyk wojenny. 

Grała ziemia, grały góry, grał mi świat ten cał}* ! . . 

Ocknął się przecie po nocy: zbudził drzemiące po 
przepaściach hufy, skowane na szczytach namiętności 
rozpętał i — puścił na dzikie łowy ! 

Stoczył się głaz i runął w żleb z grzechotem... 
1 raz w raz padał>' w ciemnej głębi suche roztrzasld 
strzałów. Pogonił znów tętent, zno\%niż ^var i lom, i gon 
i bitwy żar, i konania jęk. 

A ponad tem wszystkiem gra trąbka: zrywa i znów 
rzuca, pęta i znów budzi; a kiedy wsz>'stkie te odgłosy 



skupi, natciy i w wytold ton lamkntr, to we wszystkie 
knieje udeńa jakby sieroki iniiecfa swawoli, potrm 
buntu wołanie dunwe, w i c aid e fardtowy jaldś krzyk 
pojadania, co najwyissego szcz>'tu sięgnął, um się 
ecben raabil, w wofamia rozpiyanął, na dno pmpaid 
padł i tam wdąź jeascsc wabi, jcocie szuka, jeaicae 
nęci, wciął jeizcse ipiewa... 

Grała ziemia, grały góry, grał mi iwiat ten cały I 

Zmartwydiwatał ! — tył I 

Po chwilowej dssy obiecanego cudu uderzyły f^hi- 
cłio kopyta po moście zamkow3'm . . 

jadą ! . . Samo aiei ć jadą ! . . 

i serce mi w praeraieniu staje, i radość piersi za- 
l>iera . . . Brzęk laAcndiów ? . . — słyszę ! Gęiki skrzyp 
wrót?.. — nie łudzę*! się przecie! — Pędem zbiegam na 
dół, pod łamane, dęźko zwiałe gotyckie airirpimia dłu- 
giego korytarza. 

Przez jedną krótką chwilę w)'daje mi się, źe tam — 
w jasny wykH tego lochu, gd^ tli się mętnie caerwona 
latarka, wstąpił rycerz od stóp do głowy w lśniącą sul 
zakuty. Przyłbicową maakę liełmu odchylił, żelazną rę- 
kawicę na krzyżackim oparł mieczu, długą siwą brodę 
w żelaznym kułaku targa i wprost na mnie idzie. 

— .Patrz, jak duch mój pokutować nmai... Synu, 
strzeż się srstartskiego zwierciadła ż>'cia : — drzyj przed 
sztuką!* 

Ocknęły mnie parskania koni tam na podwórcu, 
skrzyp pojazdu na żwirze, brzęk uprzęży, gloay sług. 

Naprzeciw mnie szła jak deil cicha i lekka wśród 
tych poiętnycli, nizkich mturów, smukła i giętka — cie- 
mna sjrKretka kolŃety, przeświecona mętnym cietwmym 
bbskiem latarki, niesionej tuż za nią. Podbiegła szybko, 
ciemny szal z głowy na szyję odrzuciła ... — ujrzałem 
twarz poważną, białą, świeży l>łysk ciemnych oczu, jasae 



»*4 

Otwarte cioło w Uniąccj ramie ciemnych mahoniowych 
wloiów. 

- Henryk . . ? — usłytsalem. 

— Hilda, — ty..?! 

I poszliśmy wązkim kor>tarzem w głąb* na ka- 
mienne schody, wązkie przejście, długi krużganek... 
Szliśmy milcząc, wśród głuchego echa naszych kroków 
na kamiennych płytach; za nami kołysała się latarka, 
przed nami dwa długie cienie w czerwonej otoczv. Po- 
lem w głąb' przez salę, — do jego pokoju. 

Uchyliłem drzwi i wskazałem 4ia katafalk. 

Uklękła tam w ciemnej zieleni, w gromnicznym 
iółtym blasku, i długo tak pozostała w zadumie cięż- 
kiej. Mnie, stojącemu zdała, pode drzwiami, zdawało się, 
le ta zieleń ciemna, te gnłt>e liście w złotawych poły- 
skach gromnic, w ramę jej głowę ujmują, że laur\' nad 
jej głową szumi.) . . . 

A to zdała, po nocy, w dolinie ciemnej szemrały 
strumienie swą nieskończoną legendę o czasie. 

Gdyśmy potem wracali, pytałem ją oczyma: .Zna- 
lazłaś szczęście, tam, gdzie zwyciężałaś rojny przepych 
tłumów?* Uśmiechnęła się blado, jakby łasloiwie i wy- 
rozumiale. Podała mi rękę z męska, twardym, roztar- 
gnionym ruchem, i uścisnęła krótko. Było coś z nakazu 
milczenia, wiele dumy w t^m pien%'szym ruchu. 

Cofała się już ku drzwiom przeznaczonego dla niej 
pokoju, gdy nagle: 

— Papiery jego w bibliotece? 

— Spalił wszystkie. 

— A ! ? . . — Spocłmiumiala twarz, zmarszczyło się 
czoło: wpodłuż, międz>' czam>^ połyskami oczu. 

— On miał bardzo smutne ż>'cie, — rzekła. 

Ja miałem łzy w oczach, może nie od tej chwili 
dopiero, ale teraz zaledwie poczułem je na rzęsach. 



I ona tpostrwfla : śdągnęly li^ jej brwŁ Zwródła ńc 
bokiem i podila mi r^ po nu dragi ; tym raaem, oio^ą- 
glym, miękkim, kobiecym racfaem. Pochyliłem tic beł> 
więdnie do tej dłoni 

— 1 t>' — uki . . . ~ rsekla, mnsnąwtiy diooią po 
mych wlotach. 

Uj^ la klamkę. 

— Poiwól!.. Jakiż to ja jestem? 

— Słaby, dobry: — co woliai. 

Krew nuciła mi się do fłowy pod tem surowem, 
badawciem wejrzeniem. Wyprostowałem się odruchowo 
i tymtt odruchowym (tak świetnym w danej chwili) 
gcstcn uderzyłem się dłonią w bok po rękojeści szabli 

— A mnie się zdawało, — wycedziłem, sih|c się na 
otchło4ć, — mnie się zdawało, że to ja ciebie powinie- 
nem praede%rszystkiem zrozumieć, aby . . . aby módz nie- 
jedno — zapomnieć. 

Ani jeden rys nie drgnął na jej białej twarzy. 

— Kai diować jutro, — rzeitła siepcem.— 1 jeszcze 
jedno: nie podiowasz go chyba tak, jak um leży: 
w tuiurku? Niech naik wdzieją mundur dziada... Niech 
przyspoaołńą sure instrumenty : — z tMUZty Icaiesz otrą- 
IŃć pogrzeb. Niech ludzie dziś jeszcze wyruszą na naj- 
biiińe szczyty: jutro z zacłiodem niech rozniecą Um 
ognie. Pochowamy go na podwieczerz. 

Slcłoniłem giowę. 
Rozkazała i poszła. 



Złożyliśmy ciało do podinunkowych grobów. Ci, 
co priybyli, roijrchali się, zanim noc zapadła. Pozotta- 
Uimy sami na tarasie zamku pod basztą, zapatrzeni 
w dogasające na szczytach ognie, zasłuchani w szmery 
wody po dolinie. 

W miarę jak maUiły purpurowe plamy ogni na 
ciemnych s/ ' . nasywy skał spływały wraz z pod- 
górzem w j' , . ^^H masę, stając się jako czarne 
podniebne mury. Granat sklepienia unosił się ponad 
iym kamiennym grobem coraz wyżej, wpuklał się, 
gwiazdami tkał, złocił, mienił, dyszał... 

Z padołów buchało wonią łąk, od skał wiało chło- 
(l<-rn, od zamkowych murów szedł zapach mchu i pleśni. 
Woda zagadała głośniej, zaskrzypiały milionowe chóry 
świerszcz)'. 

W tę gwarną noc wspomnień kładzie się spokój 
zasłuchania na duszę: oczy po gwiazdach błądzą, jak- 
by bojąc się spojrzeć na to białe morze w ciemnych 
niebiosach, — na lodowca pole, tak dziwnie o tę porę 
świetlane i jasne, źe gwiazdy ponad niem bladły, żółkły, 
— :*-'v się i gasły. — I ciągn^ą wspomnień obrazy przed 
i duszy jako blade, smutne, zadumane cienie : 
błądzą wśród oparów w dolinie, sięgają gwiazd ponow- 
nie i pod świerszczy gwar nieustanna' rozi 
i toną w dali granatu: — głębiej, dalej, i jei*....^ v....vj, 
tam, gdzie gwiazd świetlane chóry roz^[rały się cichą 
harmonią sfer . . . 

Wody to szept? czy też świerszczy gwar nirustan- 
ny? Źródeł to szklane pobrzęki? czy też gwiazd tak 
dziwna muz)'ka? — Smutek, niemoc i bezwola kołyszą 
myśl tajemną melodyą nocy... 

Grało niebo! grała ziemia! grał mi świat ten cał}'! 

Uczułem na ramieniu jej dłoń. Nie uniosłem nawet 



głowy, laalucluny w fwmr wody, w jej oddedi ftęboki 
i wlame wettchniciiic. PoIob dopiero, gdy rękę cofnę- 
ła, njąlein ją i uśduiątefli krótko. 

— Henryk, — ttepnęb t próbowała nę uśmi e ch " 
nąć,— jak jej na imi^ 

— Nie ma jeaicse imimu Mole kaiułty L<>t>i' ce 
nadaje }v} tylko uboga myil moja. 

Zagadn<:ła o moje samiary, o prsyialość. 

— Co ma być, stanie się. — odparłem. — Idzie oto, 
aby tych lyciowjr*^ * g mu» wypowiedział się jak 
najiihiiej, jak najg . , 

— Nawet w nieszczęściu? — p>tala zdziwiona. 

— Niema doli i niedoli dla tego, kto nie żyje przy- 
padkiem. NiewCTęście jest nieraz źród}**'!! najgłębszej 
świadomości. 

lliksała. W półmroku widziałem tylko, jlik te jej 
ociy czarne, o dziwnie świeżym, głętx>kim i mocnym 
hfanku, rozszerzały się w zdumieniu coraz bardziej. 
Nagie, splatając odruchowo dłonie: 

— Jalde ty mary gonisz po świecie?.. 
Zaszumiały czarne lasy na podgórzach: to urwane 

tcłmienie nocnego powiewu przeszło przez wąwóz 

Przypomniała sokńe nagle ojca i poczęła o nim 
mówić tym szep tem stłumionjrm, jaki nakazywała groza 
gór, wód szumiących kołysania i niedawnej śmierci 
wdąl jeszcze jawne brMmię. Bieg mokh niewypowie- 
dzianych myśli i milnmia mego mowa musiały jej wi- 
docznie narzucać ncancia, w których się czuła obco, 
nieśmiało i chwiejnie. 

— Gdzie on jest teraz ? — pytała sama siełŃe.— 
Nie bierz tego za banalność: jego myśH, ducha, woli 
było tak pełno tu wszędzie, gdzie się zwrócić... To 
wszyitko dało się niemal dotykać jak bryfa^ jak ciało: 



mocny on uki był wr wtzystldein, co mówił, czy mi!.. 
To wtiystko przecie tu stać powinno jak ta góra... 
Jakie mo#na, żeby się to wszystko tak nagie obróciło 
w nicość?.. Nie rozumiesz mnie pewno?.. A w tem 
jest ból wielki ... To nie jest zagadka śmierci, o czem 
myślę, — to jest pytanie iycia. 

Wiesz, jak się ta bolesna tajemnica życia nazy- 
wa? Niemoc twórcza, przy wielkiej pełni olbrzymiego 
ducha ... Po tym człowieku góry pozostać były winny! 
1 znowuż widziałem tylko ten równy błysk głębo- 
kich, bacznych i niespokojnych oczu. 1 ta chmura troski 
na czole, wpodłuż między oczym.t. 

— Serce miał twarde jak dyaint-m, — rzcida, przy- 
pomniawszy sobie widocznie młodość swoją. 

— Serce Ukich ludzi jest jak agatu migdał lub 
ametystu ziarno. Dla ludzi kamień tylko polny: odrzucą 
precz. A ono wartość swoją wtedy dopiero ukaże, 
gdy — pęknie . . . 

— Henryku... — wytłumił się lęk z jej piersi. 

— ...Wówczas serce takie osiąga cenę ozdoby — 
dla próżnych. 

— Henryk! — powtórzyła trwożnie. 

A mnie dopiero po IdUcu minutach zwrotne echo 
wrażenia przyniosło ten jej głos. 

— Mówisz..? — spytałem, zapatrzony na lodowiec. 

— O tobie myślę. Gdy tak twej dziwnej mowy 
słucham: takich przemyślanych, przebolałych słów; gdy 
na te oczy zawsze gddeś zapatrzone spojrzę... Ty już 
samym sobą żyć zaczyfiasz, samego siebie już przetra- 
wiasz. Henryk, ty koronę męczeńską na czoło sobie 
wdtkaaz! 

— Hilda, powiem ci tajemnicę moją. 

— Mów! 



*>9 

— SnUm iwi«*rctaHln mi iwciir oddawnA iuź przi^ 
octy potuwil. 

1 tylko fwiaidy ponad nami drgały ; lewtiąd m|- 
ciyly tic wody i tnnercn, plutkiein i dalekich gwarów 
ddócoocn echem. I ten tudiy tknyp iwiertzczy, u 
daiwnie kłótliwa muzyka po nocy. Chłód cz>' trwoga 
drettcien po raz drugi ją przebiegły. Zwróciła ńc 
gwałtownie i poszła w stronę zamku. 

Powlokłem się za nią jak ciert. 

Gd>'iroy przecliodziU przez salon, usiadłem przy 
fortepianie, prosząc ją oczyma, aby się zatrzymał. Ra- 
dosnej niespodziane zdziwienie rozjaśniło w jednej cłiwi- 
U jej czoło, rozpromieniło twarz całą. Podbiegła, pręd- 
ka i lekkii jak dziewcz>'na, i, gd>'m jedwabny poszum 
jej sukni uchem jeszcze łowtt, otwierała 2 pośpiechem 
• rtepian. 




Potem przysiadła się do mnie, cicha, uległa, i splótł- 
szy dłonie opuszczonych ' nala nad czemś w sku- 

^•'*niu. Nagle przygamęl.^ :^.^ do mnie i objęła z ca- 
li sił za szyję. 

— Henr>'ku . . I — (zdawało się, źe zapłacze) ... — 
Henryku . . ! (zaśmiała się gorączkowo) ty sam pewno nie 
wiesz, ile w tem jest z ojca, 2 tych gór, z tej doliny 
całej. Widzisz, ten ustęp: ta skarga pod koniec!.. 
(1 rzuciła dłonie na klawisze, aby ją odszukać). Te 
surmy początkowe, co się rozkt>łysały w rytmie po wio> 
linowej stronie i zamieniły w pieśik, w legendę, w dum- 
kę, w płacz . . ! Albo u potęga tego mafssa, te pobrzę- 



Id śpiiowe i jęk ziemi pod stąpaniem cicikiem... 
A w miarę jak grasz, czuć, jak się to w górę lu-jnalcm 
unosi i płynie w mgłach, w oparacli : — Widma ! widma ! 
— chciałoby się zawołać... A poprzez wszystko, te 
szmery, pluski, wody gawędy!.. Skąd w tobie to 
wszystko? 

Przez jakiś czas odszukiwała t' ^(t wszystkiego po 
klawiszach. Po chwili odpadły jcj rainiuna, — i znowu 
ta zaduma. 

Widzisz, — mówiła jakby ze sobą, — tak się 
utrwala wszystko, co ginie. To jego drugie, nieśmier- 
telne Zycie ... A ty ślepiec jesteś szczęśliwy I 

Przeszła w drugi koniec fortepianu przerzucać me 
nuty i notatki. Poczem, wsparłszy głowę na łokciach, 
zatopiła palce tych dużych białych rąk w mahoniową 
gąszcz włosów i zapatrz}'ła się we mnie przenikliwie. 

— 1 czego ty się lękasz ? czego tobie jeszcze brak? 

Poprosiłem ją oczyma, aby się /' ' i pochwy- 

ciwszy te jej rocc, z całych sil w in ie sobie 

w skronie. 

— Mocy ! . . Mocy ! . . 




1 zwiększył się tylko niepokój mój w tern uświa- 
damiaj ącem się poczuciu własnej słabości. Tak somnam- 
bulik w pół-śnie swoim uświadamia sobie nagle, le 
wokół nigdzie oparcia niema, źe go teraz wola musi 
wywieść stamtąd, dokąd go tak bezpiecznie zawiódł sen. 

Ulaywalem się przez dziert cały w bibliotece. 2La- 
ctsznie i t>ezpiecznie czułem się w tym trupim zapachu 



»9i 

murych kńąg, pod Cł3rtleai wcjncnaem nwiilefo u błę- 
kitu WmIowoi. 

Z roikosią piHcilem się tUremi knęgaim. Cie- 
nyly mnie iuuwdc r>iunki miniatur, ihuntnowane i tak 
moiolnym pnepychcm w ctętkiem ilode, głębokiej pur- 
porte i w lasurie krytitalowym. Bawiły grul>e, damę 
gotyckie litery, ich mocne tieregi niby nieslcortooiie 
pnemartie całej armii w stal lakutych ryceny. I styl 
t>*cti ksiąg, trafiający, w swej naiwnie kłopotliwej elcs- 
prcsyi, jakby pri>'padkiem na najsjcaersse dźwięki, na 
jędrne, socs>'ste barw)'. 

Uderzyło mnie jakieś słowo, — imię, ale, jak u mnie 
lawaze, wtedy dopiero, gdym już dawno te kartki prze- 
wródł. Szukałem dlu^o. ZnAlaiłcm wreszcie i cz\'tntem: 




KSIĘŹniCZCE BRRTVMILE, 
WITEZiy mEZRMYŚLV I 
O ŚWIĘTYM JflCŁflWIE 
RZECZ PRf1WDZIWR.,i^,„e 

Lice KSIĘŻNICZKI BRATUniŁY W X\\l WIOS- 

Nie jtJżYcia PRAwit Rzec hoźna. zni- 

5TeRNe<jO KSZTAŁTU JfJ CIAIA JAKO 
z P/JKU NA SWIAT WYGL/V>ALO. NA 5nU- 
KttJ 5ZYI W5ZCDY CltKAWie SIC CflYL/^C. AKURATNIf JAK 
OH KWIAT NA SZYPUŁCe. C05 Z P/JKOWej 0PVJ5ZKI NA RÓ- 

źowcn ucu jeszcze osTAia ona cieKAwoS< p/jka poo 



RZC5/v COS Z PACicRza I z niODOwej rosy m warq«c«. 
noTYLon w SADZie tylko ja pokaż i pilno in pyło 

BARDZO. (nf\ rO NOCY wprost do Niej JAK w iWIKĘ. 
BO Też CnY TYLKO. HOTYLE I PTAK, CO SniELSZY. OOL/J- 
PAtY (5ŁADKIE LICt KSICŻNKZKI PRATUHIŁY. NA TYŃCO- 
WEJ QÓRZt. ZA TRZtnA MURAMI. ZA DWOMA ZWODZONYMI 
MOSTY KWITŁA KSIĘŻNICZKA BRATUMIŁA. JtPNECiO RYCE- 
RZA PIEŚCIŁY JEJ OCZY CIEKAWE. JEPEN RYCERZ PŁON/^Ł 
POD TEM PATRZENIEM CIEKAWEM: KSICŻNICZKOWY BRAT, 
WITEŻ NIEZAMYiL. W CiŁAPKIEM LICU I MISTERNYM 
KSZTAŁCIE KSIĘŻNICZKI BRATUMIŁY ROZGORZAŁ NIEZAMYŚL 
MIŁOiCIfl WIELKĄ WITEŻ. BRZYPZ/^C SIC IMAC LUTNIEJ 
POP ALKIERZEM. Z KONIA 1 PRZY ZBROI (JAKO RYCERZOWI 
(JOPNIE) TAKOWE MINNESANCil. OP BOLESNOiCI W QRZE- 
SZNEM KOCMANIU TĘSKNE. WSZĘDY SKŁAPAŁ I CiŁOSłt 
ŻE CJPZIE PRZYBYŁ. DWORSKI PRAUCYMER ŁZAMI CiŁOiNEMI 
(50 WITAŁ I MIESIflC PO NIM PŁAKAŁ. WITEŻ NIEZAMYSU 
WSTYPZf^C SIĘ PISAC MIECZEM NA DĘBOWEJ KORZE TAKIE 
WIERSZE NA JEJ CZEiC WYCINAŁ ŻE CiDY JE POTEM SOBIE 
OPiPIEWAt PTAKI ZBIECJAŁY SIĘ Z Q/\SZCZY I OBSIAPAŁY 
ROJNIE PRZEWA, OSOBLIWIE ZIĘBY I KOSY. NA iPIEW NAJ- 
CIEKAWSZE. iWIĘTY JACŁAW. CO BYŁ PODONCZAS PRZE- 
OREM W KLASZTORZE. MYŚLAŁ I WAŻYt ZALI NIE ZA DYA- 
BŁA PRZYCZYNIENIEM SKŁADAJĄ SIĘ PIEŚNI TAKIE? PORA- 
DZIWSZY SIĘ PUCMA ŚWIĘTEOO. NAKAZAŁ SWIĘTY JACŁAW 
WITEZIOWI ZDZIAŁAĆ PIEŚŃ TAK/^ W KOŚCIELE NA UCIECMĘ 
PRZENAJŚWIĘTSZEJ PANNIE. LEŻAŁ WITEŻ TRZY PNI KRZY- 
ŻEM I. CMOC SIĘ bZOZtRZt MOPLIt NIC MU DO SKŁAPU 
NIE PRZYCHOPZIŁO. „Z KONIA HLKO UMIEMI"- ZERWIE 
SIĘ W ZŁOŚCI I TUPNIE W KAMIEŃ POSADZKI. AŻ ECHO JĘ- 



*9i 

KŁO OOZICS rOD SIOCPICNICM .DAWAJ 00 5An!" — 
KRZYKMt iWICn JACŁAW.-. CHWAL riOTt^AjSWICTSZfl 
2 KOMA.' (X>Y OHCOO rOPAWANO. NAWir«/it 5IC ORZCCZNIC 
DYABCt 5TRZCrUC DWOIWie TRZYMA I SZCPCZt .PIOTW 

weozic< Nłc roTRzcBujc. o Kin iy hySlisz. madonna 

NAWCT. JAKO JAWHIC W nSMACM 5T0I. \mf\ PYC hlC MO- 
OŁA JAKO JC5T BRATUmA NAWCT LCLII W PŁOŃ NIC 
TRZCBA: riC< ONYCM PALUSZKÓW W BIAŁY KSZTAŁT LCLII 
SIC ZŁOŻĄ -CO SIC ZBUPZI rO NOCY. POrŁAKUJC< Z TĘ- 
SKNOTY. SZYJKC WAŁfl WPUCnY TULI I MYSLI: .TRZCCZ 
CrinURNlC NA MNIC PATRZY NICZAMYŚL? ZALIMŹ 00 
UKRZYWDZIŁA W SCRCU MOJCM?" - RZCCZC WITCŻ: 
.W PORCS ni!" JAKOŻ UCZYNIŁ W HYSlAOI SWOiCM 
I ZASnCWAŁ nc5Ń TAK/V tt nu z PUSTC<iO KOŚCIOŁA 
FOBOŻNCn CCnCn WtSTCHNCŁY OROANY. - (TO PRAW- 
DZrWC WYPARZCNie UCZYNIŁO KLASZTOR OP CUDÓW PO- 
TCn SŁAWNYn). — WRÓCIŁ WITCŻ DO KSICŹNICZKL AUSO 
ON/) NIC01CTN/) S06IC JUŻ NALAZL A OWCOa CO nU 
STRZCnC POPAWAt - W PZieWOSŁCBACfl. ,TCNCI RY- 
CCRZ.-RZCCZC BRATUniŁA SnUTNIC -WltRNOSC ni SLU- 
aOWAŁ. JAKO TY PAniC SWC<iO SeRCA."-JAKOWCJŻ?"- 
KRZYKNIC 1 JUŻCI niCCZCn NA ONf^iO SlC<iA. .nARYA ZWA 
OPLUBICNICC TWOJ/V NltCH CiC BÓCi Z NIA POŁĄCZY." I PO- 
LAŁY SIC ŁZY NA TO OŁAPKIC LłCC KSIĘŻNICZKI BRATU- 
niŁY JAKO P1CRWSZA ROSA NA PAKOWY KWIAT. WYPADŁ 
niCCZ Z RCKI WITCZIA. JAKO ŻC PALCC BOŻY W TCn 
POCZUŁ: OP JAWNC<iO ORZCCMU OPWICDZCNIC. NAWRÓ- 
CIŁ CO RYCMŁO DO KLASZTORU L W OTWARTC RAniONA 
SW. JACŁAWA PAPŁSZY. ZAPŁAKAŁ OORZCC Z ŻALU DO 
PRZCNAJSwiĘTSZCJ panny. ŹC P1C5Ń I PUKNO DYABŁU 



NA POHICWIWKC ODSTflPlC RACZYŁA I KU5l( NItMI PO- 
ZWALA. SWICTY JACŁAW. W TMIWOSCI OJCOWSMfJ. WŁA- 
SNYM KUtAMCn TWARZ MU Z ŁCZ UTARŁSZY. W NO- 
WICYAT CPO STARCnU) rRZYJ/^Ł. JAKOŻ WITEŻ 5KRUCMt 
MATCe B05KieJ niŁĄ UCZYNIWSZY. ONA PlfiN SŁAWNA 
^OBLUBIENICO HOJAI" NA WIECZNA CHWAŁĘ (KLASZTO- 
RU) ZDZIAŁAŁ. SWIĘH FRANCISZEK NAWET TIEŚŃ TĘ 
rOTEH CMWALIŁ; A QRZESZNE DUSZE PO DZiS PZIEŃ 
W CłOPZINĘ SniERCI riEiNIA TAKOWA ZBAWIAĆ SIĘ RA- 
DE. niĘDZY PŁ0Q0SŁAWI0NE PAŃSKIE OJCIEC SWIĘTY 
WITEZIA ŁASKAWIE ZALICZYĆ NIE RACZYŁ. ILE ŻE KSIĘŻ- 
NiaKA ONA, NIEZAHYiLOWEn SriEWANlEn WIELCE 

W hySlacm swych roztęskniona, dya- 

BŁU (NA CMUCIE) SIĘ ODDAŁA. TAKA JEST 
JEDYNIE PRAWDZIWA PRZYPOWIEŚĆ O KSIĘ- 
ŻNICZCE BRATUniLE. WITEZIU NIEZAHYSLU 
I O SWIĘTYH JACŁAWIE. - OPOWIEPZIEC 
DOKŁADNIE ZAMIERZYŁ BIEOŁY W PliniE 
SCLAl/US nARIAE 1 POP ONEJ CUPOWNA 
OPIEKA. WBREW ZŁOSCI HOŻNYCh I INJU- 
RYOn OŁUPICn. w uroczysty PZIEŃ CU- 
DOWNECJO JEJ ROZWIĄZANIA A. D. HCCI 
SZCZĘŚLIWIE PO KOŃCA POPROWAPZIŁ. 
AnEN, 

Ponad przepaście wieków przyniosło mi echo nie- 
spodzianie tę prostą bajkę. Uśmiechałem się z początku, 
cz>'tając: bawiłem się nią, jak się bawi z dziecldem. 
Prsecatytałem po raz drugi, wciąż się jeszcze uśmiecha- 
łem, ale gdy oczy ciężko i uparcie przylgły do perga- 




»9J' 



minowej kart)*, myil w dal odUegte. Russyly mi przed 
(KiytoM te demnc tierefi Uier w nietkoAcfOoych prxe- 
marsudi, wirach i koUilaich. My>li pracowały gorąci- 
kowo: bil>' pobem na tkroniach, praeśfiigiwały tic pnea 
twiadomość lękliwie, przebiegał)' przes nią w popłochu, 
i nikł>\ roipramły się, laały. 




A te dolinę i góry poza oknem zalewało miękkie 
światło zachodu, więc i omie przysłało słońce promieil , 
łagodnych nyślL 

Zamaraylein o klasztorze pokutn)in w poszumie la- 
sów jodlowydi, o białych podwórcach w balsamicznej 
wooi cedrów, o kawek wokół wież)* rojnych lamentacłi, 

chórse mnichów głębokim, o organów kościelnych 
jęku psabniczn>Tn i o sygnaturki wysoidm tonie . . . 

1 błądzę, ja mnicli, w białym podwórcu, po złotych pla- 
mach słoóca i sinych cieniach gałęzi,' wchodzę w wil- 
gotny chłód arkad i na starym rzymskim sarkofagu to 
słowo kreślę w zadumie l>olesnej: 

HUda. 

Drgnąłem. 1 spojrzawszy na tę jasną topiel łagod- 
nego zadiodu na szczytach, zrozumiałem, te rnnfe ni^ 
świadomego opływa jui od wczoraj miękka atmosfera 
rodsącego się uczucia. 



*9i 

A jednak ... Ta narożnica kamienna z oknem na 
kMlowiec, le ksicp ttarr, miniatury zlotc, ta opowieść 
naiwn.i, trn klasztor wyczarowany z myili, te kawek 
wokół wirźy rojne lamenty, ta całego świata wokół 
mnie muzyka; owo światło złote i cień ponury: roz- 
kosz pieściwa i ból trawiący w tern jednem imieniu — 
^Hilda /' — przecież to wszystko, wszystko razem jest 
jakby niedopowiedzianą do kortca bajką, jest bezpłod- 
nem, zat>ójczem marzeniem!... 

Szatanie, odwiedi zwierciadło swe ode mnie!.. 

1 osunąłem się na kolana, tam przed pultem, 
u okna. Splotły się palce dłoni, wsparła na nich ciężka 
głowa . . 

...To j*i\ czoło jasne, otwarte i dumne, — te rów- 
ne połysld na gładko zaczesanych mahoniowych wło- 
sach, jak smugi światła na fali, — ta przezrocza głąb' 
czarnych oczu... Oczy te są zanadto spokojne!.. 

Szatanie, odwiedź zwierciadło swe ode mnie!.. 

Poprzez małe okno w głębokiej nyży padły me 
oczy na to zatopione w błękicie śniegowe morze naj- 
czystszej, niepokalanej bieli. 1 w jednem mgnieniu oka, 
jakby pod mego spojrzenia nieczystą siłą, wielka fala 
płomiennej law>' zalała te bezmiary jasne. Skalne zręby, 
szczyty i iglice, białe morze w głębi, lodowcowe złomy 
na przegubie i ten jego język wryty dołem we wnękę 
skały: wszystko to — w tej chwili taJde jawne, widne, 
dotykalne — stanęło w purpurowym blasku oślepiającej 
pożogi... I przycicłił gwar ziemi. Chmury zwinęły 
swe żagle, niemocne wiatry przyległy kornie na stokach. 

Olbrzj^mia łuna ciche skrzydła rozpostarła nad 
światem. ■» *' 

W piekło świat si^oa szczytach rozpalić 

1 tam ukże?!.. 



w tę ocirkiwaau godztnf lujaclitą... 

1 ida ni się, le i botych aniołów dachem najiU- 
niejny odwala gUi mego grobu: — ciebie, Hilda, widsc 
w złotym blasku świec groouucmych. A laury wokół 
ciebie Uoią i nad gk>wą twą tnunią. 

1 mówiti do mnie: .WttaA i ty, g nech cm nienocy 
najgneasniejtjy. Patri, oto na wątle pieni kładę ci 
jlotą Chrytmtową tarcie mik>śd: twonyć będaesa!.. 
1 lęku sbądit — diryacoa Pui kamieik nawet roilamać 
kale, xaU nie jest to agatu migdal lub aniet>'stu ukryte 
ziarno: — aby iadnemu pięknu krz)rwda się w niebie 
nie stalą. Widaisi milionowych tęcz płonącą bramę 
I biały, siumny gościniec aniołów? Słyszysz ziemskiego 
ptactwa św^prgot radosny? łąkowych kwiatów poszumy 
ujemne i małych smutnych dzieci śmiech szczęśliwy?— 
Pstrz, — oto po prawicy Boga Ojca zasiada Chrystus 
Pan nasz miłościwy. 

UHt fi orhif.. Urhi et orbi!.. 

Słysz>*sz trąb serafickich łoskotanie weselne na 
cztery świata strony? — Raduj się, grzeszniku, raduj 
z aniolaau! .Hosanna Królowi Dawidowefnu. h<^ftannA 
na wysokościach!!..* 



-T-^ 




Kiedym, po gorącskowej i pilnej nocy, ona po 
pracowitym dniu następnym, pod wieczór jej to ode- 
grał i kiedy, po osutniej modlitwy hejnale, ręce mi 



$90 

Ł klawiatury opadły drii|ce, usta wytiepuly niewolni< 
wras I ostatnim pobrzęldem ostatniego tonu: 

— Tobie to, Hilda, pod nogi. 

Chciała coś odpowiedsieć : poruszyły się tytko 
wargi. Blada i powaina była na twarzy, myślafai snadi 
nic o mnie, lecz o tern, co słyszała przed chwilą, rozu- 
miejąc, że było to Rtąuitm do wczorajszego pogrzebu. 

Mówiłem jej potem, le się tak słaby i zmęczony 
czuję nietyle nieprzespaną nocą, ile tą gorączką trawią- 
cą, że chciałbym o wsz>'stkiem módz zapomnieli i dziec- 
kiem być... 

— Juź niem jesteś, — rzekła. — Kaidy z takich ... — 
zaczęła i nie dokończywszy myśli swojej, zgarnęła tren 
sukni z dywanu. 

— Chodi, — mówiła, wskazując mi miejsce na dy- 
wanie tui przy fotelu. 

1 głaszcząc po chwili włosy moje: 

— Z^bier.im cię ze sobą. Musisz dać koncert 
w stolicy. 

— Niel nie! 
Roześmiała się. 

— To podnieca, budzi, dodaje siL My musim\ 
mieć coś takiego, coby nas cią^e naprzód pcłiało . 
w przeciwnym razie cofamy się łatwo, all>o tracimy 
właściwe miary. 

— O czem ty mówisz? 

— O tłiunie. — I jest w tem upojenie, krótkie, al* 
mocne: haszyszowe. 

— W czem, HUda? 

— We władaniu tłumem . . . Ich dusza ma całą ga- 
mę uczuć. Te rozproszone oklaski, gdy wchodmz, to 
naprężone milczenie, gdy zacz>'nasz, to westchnienie 
gromadne czasami, poszepty i te nagłe burze oklas 
ków . . . 



— Po%iriedi, Hilda, — mówileiii, tiedtąc u jej nóf 
jak pai i ujmując ją n obie r^ce, — powiedi, Hilda,—- 
w len nosi by<ć coś upokamjąccgo: być alóorką? 

— Diiedaku, jaateś n i egr i c cin y wiflcdeoi kobiety! 
— ioitala tic, igamiając mi wloay i ciofau — Mówi tic : 
ar^rttka. 

— Priepga ttain . 

— Pnefirośl 
Ucałowałem obie ręce. 

— Wttait i pokal się: lubię ten wasz mundur. 

— HikU! 

~ Wturt ! — prz>tupncta nogą... — 2e teź tobie 
poiwalają w pułku nosić takie długie włosy. 

— Ale ja siądę z powrotem, — kaprysiłem zawsty- 
dzony. 

— Siądi... Ile ty masz lat? Poczekaj!.. 

— Dwadaeicia cztery , ~ p omofteui jej pamięci. 

— Śaiamyt 

— rada, nie mów uk! 
» Nie, nie! 

— Ty nie jesteś taka, jakem wczoraj m>*ślał. 

— Kobieta nigdy nie jest taką, jak ją sobie wyo- 
braża dwudziestoczteroletni porucznik. 

— Hilda I — sarpnąleni się gniewnie. — Czyżbym 
ja dla ciebie był iieciy w i ście tfBko . . . 

— Prócz tego jesteś artystą, co z ciebie czyni je- 
szcze większe dziecko. 

— Ty masz dziwną dojrzałość... artystki. 
Podnioalem się i zacząłem chodzić po pokoju. 

— Mały! 

Żadmątem «ę. A ona poty przytupywała nogą, 
póki nie ibliiylan ńę do niej i nie pocałowałem w rękę. 

— Nie osądzaj nigdy przedwcześnie, — rzekła z na* 



^ Cólcm ja winien, te mi przed oczyma stoją 
uparcie — kulisy. 

Gr)nnas: niedbale, wzgardliwe wydęcie warg. 
~ Jutro wyjeżdżam. 

— Hilda... 

— No? W oczach Izy? Oo!.. 

— Jadę z tobą. 

— Dokąd? 

— Gdziebądi. Dawać koncerty wraz z tobą. 
Rzuciła bystre, uważne spojrzenie. 

— A ja ciebie nie wezmę, — rzekła niespodzianie 
1 poczęła wiązać sobie krawat na szyi. (Nosiła się z an- 
gielska, w sukniach o surowej niemal prostocie, lecz 
w nieskazitelnych, rysowanych Uniach). 

— Dlacz^fo nie weźmiesz? 

— Daj pokój I — przerwała niechętnie i poCrząsIa 
niecierpliwie głową. 

i poczęła się przechadzać po sali: wysmukła, buj- 
na, mocna w chodzie i w wejrzeniu. Z góry spoglądały 
na nią zczemiałe i zrudziałe portrety w złoconych ra- 
mach, o zgaszonym przez czas połysku. Kołem pod 
ścianą płonęły, w kapryśnych rzutach refleksów od 
świec, ponure, trupie, sztywne szeregi zbroić — Dywan 
głuszył nasze kroki, natomiast każde chrząknięcie i tłu- 
mione westchnienie rozlegało się piwnicznem echem po 
dalszych nawpół pustych komnatach. 

— Z początku, — rzekła, — chciałam ci była po^ 
dziękować. 

— Bój się Boga, za co? 

— Prawda ! Ty nie żyjesz nakazami klubu, salami. 
szablonów, lecz dtiszą własną. 

— Nie mów . . . 

— Boitz sk wspomnienia kulis? 



3^$ 

— RonuBioD, leś postanowiła pried chwilą w my- 
»ucti ooMniić iieliie priede mną. 

Roaeśmiala się. Jaki on czujny!*— sa wolała do 
nete.— To .00,* cala inUMUcya tego okriyku nie po- 
sila flu w MBak. To lei nie namyilając tic dodainn: 

— Mjilalaś: ,To fo przyprowadzi do rozsądku.* 
Zatrzymała się gwałtownie: 

— Proszę, U tak dalece czujny!.. Zresztą — n6> 
wilą wnet potem, jakby z pewnem politowanien, — 
zrcsst% ten instynkt mają wszyscy, co, bez kieiownio- 
twa woli, omackiem przez tycie idą. Wielki urok szarej 
godziny egzystuje tyUco dla mocnych wolą: oni nie wi- 
dzą, ponieważ mogą sobie na to pozwolić. A w tem jest 
wielka tajenmica szczęścia. 

— W czem, HiWa? 

Podbiegła do mnie i przysłoniwszy oburącz oczy: 

— W tern, — laimisła się krótko. 

— Siądź, — szeptałem, — pozwól raz jeszcze złożyć 
głowę na twych kolanach, oczy mi przysłoń— i niech 
się upiję tą szarą godziną szczęścia!.. 




1 znowul przechad. «% zadumie po sali. buj> 

na, giętka i taka mocna lizie i w wejrzeniu. 

— Hilda, — szeptałem, stojąc zdała, — gdy tak na 
aehie patrzę, gdy wspomnę, coś mówifai... (Ja kaide 
słofwo twe pamiętam ! K . . Przed twą wolą, rozumem, 
uczuciem . . . 

didała słuchać, nie pozwoliła mi dokodciyć. 

- ś«^i s pon ram wybUkłycfa, spoglądały na nią 



304 

harde glowry przodków. A kołem, pod ścianą, plon«:!\- 
w kapryśnych rzuuch refleksów stalowe zbroje; z kI ^ 
wami wtulonemi w ramiona, stali sztywno, jakby cześć 
jej oddając, śpilowi rycerze : prężyli się ponuro, trupio, 
straając czarną otchłanią pod hełmem. 

I juzem wzroku od niej oderwać nie mógł. 

— Tybyś na barkach swoich udźwignąć mogła 
nawet brzemię! 

Zwróciła się nngle ku mnie. 

— Jakie? 

— Majesutu, hiiida ! 

Rumieniec, pierwszy rumieniec trysnął na''jej twarz. 

— Dzieciaku ty! — rzekła surowo. 

A ja przygiąłem się szybko do tej, na czarnej su- 
kni iwislej białej dłoni i opowiadałem jej gorączkowo, 
beifaidnie o tem, jak mi ona w ów wieczór przyszła 
z nieba i ziemi cudowną muzyką, jak świat mi się przez 
nią rozegrał, jak ona granitowy głaz z grobu mej nie- 
mocy podjęła, jak me wątłe piersi złotą tarczą miłości 
osłoniła . . . 

Odpowiedziała spokojnym, prawie smutnym gło* 
aem, musnąwszy zlekka me włosy. 

— Biedny ty, — niewolnik w}'obraźni ! . . Nie wierz 
ty swym wrażeniom, uczuciom, chęciom, samemu sobie 
nie wierz! Ty ani sobie, ani nikomu, dać szczęścia juź 
nie potrafisz. Ty możesz być tylko artystą. 

Przegięła się, pochyliła w dół głowę ku moim 
ustom. 1 na te wargi me pragnące złoź>'ła długi, dchy 
pocałunelc Przyjąłem go jak salcrament: cicho i kor- 
nie, bo, tą tzarą godziną szczęścia wdąi jeszcze pijany, 
wyzbyłem w pamięci kobietę: marzyłem, że oto ONA, 
— sztuka, daje mi boskie twe pominnie. 

Z góry, z pod pułapu spoglądały potężne, harde, 
w miecze własne ufne oblicza dawnych ludzi czynu. 



.Oto jest u, co nas wtkraeai, lu nowe boj«, nowr 
iwycKstwa w nieśoiierleiDein tyciu powoła.* 

Chłodem ponurej, tinipioiiej ctsiy wiało i dalas>'ch 
komnat lamku. W mU, pod tciaiu|, prę^ ^ ^ui'> 
rycerte. 1 idawalo mi się, ie i t>'ch martwych tiere- 
gów, z tych czarnych jam pod pustymi hdinami, wy- 
siedl pomruk basowv nihy fhiche i wocnr- w hojow}- 
h^hm odersenie: 




M wiem nawet, esy ta chwila snem 

była c/ . złudą czy jawnym cudem. 

ł^ł. (iziairm już przed sotN|. 

Oto poprzez salę t>ezszelestnie stąpa, — ramiona 
uniósłssy, splotła dkNiie na tyle głowy: na tern bogac- 
twie i pricp yc hu wlonów Iśniącydi. Rnmieiice tywe ma 
na twarzy (białą była dotycliczas !), pieri jej Ćdttje, — 
słyszę oddech nierówny. Gdy przysiadła na chwilę, 
a spojrzenie me (nie odrywały się od niej oczy moje!) 
zatrzymało się przelotnie na jej stopadi, zasłoniła je 
czemprędzej trenem sukni. A gdy się zerwała znowul, 
tom słyszał już odtąd w jej cłiodzie jedwabisty, sypki 
sselest sukien. 

Pocięła nucić: zrazu dcho, potem śmielej. Wre- 
szcie... 

Słndiam. Głos piersiowy, pełny : kryształ w brzmie- 
niu duchowem, metal w dźwięku materyalnym, we fra- 
zowaniu bogactwa twórcze. Lekki dreszcz rozkoszy 
przechodzi prsez ctalo, tak się ucho raduje. Na chwilę 



So6 

Mpominam xnów o kobiecie: słyszę tylko głos situld 
1 stroję chciwe ucłio... Śpiewał 

/ co mt iv fursiaek 
Żary rotmitea. 
Co tm sii do krwi 
PłotttittuśiH t t ś w itt o. 
Jak ^śrwsMt świiy 
IV diiSMy mi dmęft. 
Wota romgruma. 
Dumą sii śmiśft . . . 

Urwała. Umyślnie jakby — : nie wytrzymała nuty 
końcowej. Echa ją zmieszały: po sąsiednich komnatach 
tłuką się echa. 

Zatrzymała się na drugim końcu sali. Tyłem do 
mnie zwrócona i zajęta jakby hełmem na złoconej zbroić 
odezwała się nagle głębokiem recitativem: 

Maraanna ckct: 
-Niech bfdnt f$ocł* 

A z sąsiednich pokoi przyniosło nagle echo w głu- 
chym pohuku : 

Nitek — bądaiś — moócf 

Zadrialem mimo woli. A ona, jakby naprzekór tym 
sowim pohukmn z pustego zamku, dobyła z piersi w c.i* 
łej sile namiętnego wybuchu: 

fVsckodMąet śyda słońct m«! 

A echo przyniosło wraz z głębokim pr2vcif>chem 
organowego hymnu to najwyżej wzięte słowo 



i<7 

Żytim! 

Tam, pou drzwumi, skłóciły ti^ na chwilę echa 
i pofwary; a pocctn nagle, t oba ttron, tam, w dale- 
kich komnatach, adrfaly, tda ńę, tpasmem wioloncse- 
k>we struny, lapłakal wysoko latoiliwy flet;— a wraz 
1 niemi wpadł do nas i załopotał skrzydłami ranionego 
ptalca ten oloryk dziwny: 

Żyem/.. Żytmf 




) 



A gdy i te ecłia zamarły w westchnieniu, przytło- 
czyła nam s erce talu cicika i głuclia zaduma, ie, za- 
atachani, czy echo czego4 wi^ nie przyniesie, słyszę- 
Kimy tylko głębokie oddechy wzajemne... 

— Wstań! na miłość Boską, wstańzkolani 

Te jej usta, zwykle surowe, prawie twarde w ry- 
saalm, stały się nagle takie łagodne w miękkim koli- 
styai nkład^: ogr omn ie duio kol>iety było w niej w tej 
chwili. Ręce, które starały się uparcie podnieść mnie 
z koUn, obwisł)' ł>ezwładiiie. 

— Wsuń, dzi^^ko, — M^plala tylko raz po raz, — 
wsuń!.. 

— Pocoś ty mnie wciągał 'M tę czarną otcliłań 
twej wyobraźni ! ? . . To gorsze jest od grzechu. 

I zaśmiała się tak dziwnie, źe z ciemnych pokoi 
przyniosło echo jakiś olcrzyk zranionej miłości własnej, 
co złamał się nagle w spasmatycsnem łkaam. Wyrwali 
świecę z liditarza i, szarpnąwszy drzwi ¥P\'hi^fla 
w cieome polcoje, naprzeciw tego echa. 

— Hilda! — krzyknę za nią. 



jot 

I uk, poprtei te ciemne gmachy, w sUbym po- 
łysku iwiecy, wśród głuchych uderzeń naszych po- 
^Ńetsnych kroków w płyty kamienne. A wślad za na- 
mi, ir V nkich, zda się, komnat, wnęk, nyź i kory- 
tarzy i. lurów niemych wypadła, zda się, nagle dzi- 
ka sfora faunów : biła kopytami w posadzki, goniła wo- 
łaniem, szczuła dzikimi świsty, sowim pohukiem i śmie- 
chem szalonym. 

Na^e wydało mi się, że tuż ponad naszeroi gło- 
wami zarywa się z łoskotem sklepienie całe. Porwał się 
huk tak przeraźliwy, że oboje stanęliśmy na miejscu. 
Ona Um dalej, pod kolumną: biała, dysząca, nieżywa 
prawie, drżącą rękę zagarniająca ten ciemny płaszcz 
rozplecionych w biegu włosów. 

Oprzytomniałem nagle. 

— Lawina! — rzekłem, Idedy ten huk, zamiast sła- 
bnąć, w wichurę huraganu się przeradzał i jui jakieś 
gromy podziemne ze sobą toczył. 

— Lawina, — powtórzyłem. A potem jui w my- 
ślach tylko swoich: ,A tamto grzmot głazów po ska- 
lach i grzechot kamieni w żlebie. Pędzą, sypią się, walą 
na łąki nasze.' 

— Hilda, — ojciec nakazywał, ojciec zaklinał ! . . 
Patrz, tak dołina nasza tonie w gruzacłi, powoli, z dnia 
na dzień: — kona beznadziejnie... 1 niema, ktoby ją ra- 
to waŁ Bo mnie bezwola pajęczyną marzeń omotała 
i przez matnię sztuki w zło wszelkie wpędza. 

A umten piorunowy łom i grzechot piekielny nie 
chciał ucichnąć. ,Boże, Boże, jakąż to lawą ddś się 
sypie!* Złamała się wytrzymałość moja: dało nie miało 
sił wysluehać do końca. 



Otunąl^m tif ctcbo I pow"IJ na rhłódnr oKty ka- 
micfiiic 




Ocknąleai sac w tejle portretowej talL 

Miękkie, piecaolowite dłonie chlodiily mi ciolo^ 
skronie, twari. Od cnsu do cnsa tylko, łzy kropUtte 
panyly mi ręce, potictki, ikrort. Cieple tchnienie poca- 
łunków xwilialo mi co chwila suche wargi i titywne, 
chłodne me ręce. 

1 mowuź straciłem świadomość. 

Gdym się ocknął po raz drugi, ucmlem, ie coś jak 
aote kraje i kłuje mi czoło oraz ręce. Ponad oczy 
iwieaiala mi się gałązka denmych, grubych liści. Poru- 
szyłem ręką: nualem tego pełno na piersiach, ponad 
głową, na nogach. To ona, Hilda, nałamała laurowych 
galęai z donioek owych krzewów, — biurowych galęz 
z pod kaufalku! 

A gd>'in je łamał w rofpaczy na tem posłaniu 
śmierd, tam z podwórza słychać było brzęk uprzęży, 
parskanie koni, szczęk łańcuchów, głuche bidę podków 
o HMSt zwodzony nad urwiskiem. 

Daremnien czekał na odezwanie się trąbki, na grę 
tę czarowną po ecłiowych kniejach i uroczyskach gór- 
skich: na zmartwychwstanie świata mego. Tej nocy 
zaciążyła na dolinie poclimuma, głuclia groza kamien- 
nej pustki wśród olbrzymich gór. świersscse zamilkły^ 



pnydchly |>i>toki... Huczała tylko wezbrana rzeka, to- 
cząc w cir/liicli wcsichnirniach swe głazy wiellde. 

Czekam ! . . 

Czekam smutny i wi.iry prlcn, źe w tę czarną noc 
g,.,^^!... — '. .sięźnc olbrzymy nkal przełamią się u pod- 
noś J'l i zamkną grób ten. — 



f 






'^ _ ^ _ edwie dotlynał MOller koilai opowir- 

śd. Oitatnie iłowa utkwiły wrai i we- 
ilCfWiiifHifiH W ptoTMicii Hcrtmitmiju 
Sicfnąl OMclBiialme po wino, ale bezwładne ramię opa- 
dło, tanim dłoA knbka dotkną Powalał, z aamiarem 
otworzenia okna, lecz w tejie cłiwili wuyitko sawiro- 
u-uło mu przed oczyma, podwinęły aię bónrładne nogi 
i opadł z powrotem na kanapę. Jul rozproszone twe 
mjrtUi akupLd, diwyul, już diciał coś powiedaieć^ zawo- 
łać, krzyimąć, — gdy w jakiejś dziwnej perapektywie 
długiego czarnego łocłiu ujrzał zamek w ruinacłi, niby 
ciemną kępę potwomycłi grzybów na popielatej sicale. 
Patrzał, uśmiecluU nę błędnie, nagle pochylił nę do Her- 
: -nsteina i objął go w póL 

— Bój się Boga, Henryk, pocoś ty mi opium 
dawał! 

— Grałeś na fortepianie? — pyuł wnet polem, 
• hlodząc dłolkmi rozpalone policzki, — czy teś opowia- 
dałeś?.. Bo toź to nie ludzie przecie — ci twoi tan! 
Koturnowe, senne cienie, poruszane rytmem, taictem 
ł rn* l(><lyą twej muzyki... Jej niema wcale! — aaśmial 



■ic DAgle, i(l.)o gor.iczkowo za biegiem podnieconej wyo* 
braim. Cim kobiciy, ciert sztuki!.. 

Powalił się na otomanę, w^^pręźyt jak dhigi i we- 
tknj|t w zęby papierosa. Ledwo się jednak położył, ze- 
rwał się znowuź gorączkowo. 

^ Upiłeś mnie opiumowym jadem twych marzert. 

Hertenstein nie drgnął, nie uniósł nawet ciężko 
zwislej głowy. 

— Literat ! — syknął tylko przez zęby. 

Ale Molier uwagą i wyobraźnią był juź gdziein- 
dziej : spoglądał w ponurem skupieniu na portret, który 
jui przedtem przykuwał mu niejednokrotnie wzrok. 

— Gdzie ona jest teraz ? — zagadnął nagle. Lecz 
choć pytanie swoje dwukrotnie powtórzył, nie otrz^-mal 
odpowiedzi. 

Kilkakrotnie przenosił wzrok z tego portretu na 
Hertensteina, chciał o coś zapytać, macłmął jednak rę- 
ką: .A tyś osiadł wraz z twem marzeniem na bezpło- 
dnej mieliiniel* 

I przyszła mu na myśl Borowska. Zagryzł wargi 
jakby w t>ólu i targnął myśl w inną stronę. Wspomnie- 
nie przyniosło mu, niespodzianie, słyszaną niejednokro- 
tnie opowieść Borowskiego: ojca aktora, jego kochanki 
i jeszcze raz żonę jego ; a potem ten mizerny świat 
szminki, w głodzie wraień na w pół dzikie, upiorowe na- 
miętności, z których jak z kotła czarownic wynurzają 
się boliaterslde widma, zalane jaskrawym blaskiem tea- 
tnflnych kinkietów. A opowieść Hertensteina biła mu 
jeszcze pulsem w skroniach. 1 te dwa biegunowe światy 
jęły mu się wikłać i plątać w obrazacłu Widział w tea- 
tralnym blasku barw i świateł, pod pałającem spojrze- 
niem setek ludzi, w burzach oklasków, tr>'umfy aktorów 
o szerokich, namiętnych wargach i twardych czołach 
byków. W mizernych ramArh kulis, wśród malowanych 



■mrów itarcfo tamaiyBka, gra oto Borowski z ojcem 
i I aktorlui o rudej pmioe, tą urną opowieść, która 
wctąl jcaicte tętnuU mu w tkroniacfa . . . I oto wiy- 
wają natarciywie autora. Wycbodii on, MoBer, i kłania 
lic wras i Borowskim, jc(o starym ojcem i aktorką 
w rudej pemoe. A aa widowni wrsawa, oklaski, wiwa- 
ty, wrsask i tupanina wyrostków po galeryach... Tam 
oto, w pierwssym rsędźie, siedzi Hertenstetn; biakmi 
dkMkmi oplótł swe kokmo i kiwa się niedbale. Patrsy, 
nawpół z politowaniem, nawpół z ciekawością, nieraz 
ziewnie, to znów się uśmiechnie, wreszcie zwraca się 
półgębkiem do siedzącego obok Jelsk>''ego: .Dobre 
aktor>', nieziy literat Zrób im, proszę, reklamkę ; dam ci 
ttamp*T** . . .* Zaś tam, — na wieUcomiejskich- bulwarach, 
t igluMfm a kwkotem i wrzawą uliczną, przemyka się wśród 
thmiów w denmej chustce na ramionach — ona : Zosia 
Borowska ! — szuka, goni kogoś, czy tei ucieka I ! . . 

1 nie mógł wzbić się myślą ponad te chaot>'C2Be 
ohmy i niespodziane zesuwienia. Coraz to pocfamur* 
MCJ, w coraz to więkazem skupieniu wpatrywał się 
w Herteottdna, jakby oczekując, aby mu pomógł z tych 
ot>raiów wyłuskać dręczącą, zaledwie nieświadomie od- 
csntą zagadkę. A te węzły popytanych wspomnień, te 
powfltłane z dwóch światów obrazy, wdąź mu nie da- 
wały spokoju. Dłonią czoło tarł, prót>ował napić się 
wina. Wreszcie wsparł zmęczoną głowę na łokciach 
i wyszeptał po raz drugi: 

— Bój się Boga, Henr)'ku, pocoś ty mi opium 
dawał! 



$'4 

llcrtenstrin tymcłasem sbitźyl się do okna. GUtkal 
machinalnie charu i xa IcjUdym turkotrm z ulicy naibn 
chiwal nic*s|>okojnie wnut x nim. Wreszcie powrócił do 
slotu i sięgnął po wygash) fajkę. MOIlcr mruiyl jui 
ocjy, wpatrując się coraz naurczywiej w jego białą, 
w)'gaslą twarz i ociy o smutnym w loj chwili, gorąci- 
kowjnn połysku. Wreszcie nif \vvir/\nial i. rozłożywszy 
ramiona, krzyknął niemal: 

— Czemuś ty do klasztoru lepiej nie wstąpił, jak 
tamten z bajki? 

Merienstein osunął się na fotel, rozkołysał bi^funy 
i pykał powoli ze swej cienkiej fajeczki. Na odpowiedi 
kazał czekać długo. 

— Hm ? — bąknął wreszcie. — Wstąpić do klaszto- 
ru, zostać rzemieślnikiem!.. Wcale niezły ratunek dla 
Pawluka i jemu podobnych chłopców z kawiarni, — 
tych od sztuk plastycznych. Samotność i rzetelność rze- 
miosła! — jedno i drugie może z nich uczynić mistrzów, 
o ile nie stali się jui beznadziejnymi .artystami*. 
W przeciwnym r i ' * pozostaje nic inn^o, jak oddać 

się pod opiekę Ir. :a. Mistrzami lo ich nir urzvni 

może wszakże zrobić sławnymi. 

— No, dobrze! — niecierpliwił się Muller, — ale cze- 
muś \y sobie tego nie poradził? 

— Mistrzostwa? — pykał wraz z dymem fajko- 
wym. Nie pragnę być rzemieślnikiem. Sławy? Fundo- 
wałem Jelsky'emu nieraz s/ i, bo tylko pod tym 
warunkiem zobowiązywał s.. ^czędzić mi sławy... 
Zresztą, — mój drogi, jak ci się zdaje? — czyt przj* in- 
njiń zbiegu życiowych okoliczności nie mógłb}'ś naprzy- 
klad być dzisiaj zwykłym sobie Francem >* ""— -n, de- 
pendentem bodaj w policyi, ojcem kilku sj i pau- 
prów o brz)*dkich skłonnościach do zrobienia ma- 
jątku?.. 



d 



Zjipenr>*l tic MQll«r: — Naz>*w«in aic... 

— Biu^izo legalnie. Ale nie o to idńr 

— Chcesi powiedzir^ *" t)'lko baroiu uc> >AiuK.i 
tic rodtą? 

— Ah! — Herteostetn machiiąl niedbale ręką. — 
Baroni rodzą u^ gatadnicio tyUco do kokot i taloiiftw, 
oraz na to, by gr i e ch em bezmyślnej pychy roiimltMać 
nawet dyabfaL — Chcę sp>tać cię tylko, czy w malttroe- 
mach wirlkomiejskich zysku, ^%'>'zysku, automatycmej 
i możliwie bezmyślnej pracy, oraz w^Tafinowanego, mo- 
żliwie p rze m yśln ego użycia zmęczonych zmysłów, cz>' 
w tym malatroemie nie wypływają kapłani o bardzo 
wyraźnej fizyonomii? 

— Co dalej ? — syknął Maller. — Zacz>'nasz banal- 
nie, skoHczyiz, oczywiście, pobożnie. 

— Dalej, że ponieważ zysk, wyzysk i możliwie 
bezmyślna praca, tą lematem dla szttiki dziś już t>'lko 
fdzieś na dalekim wichodłie, — a więc . . . 

— Kapłani najbardziej w^Tafinowanego użycia znu- 
żoi^fcfa zm>*słów ? Czy talń ma być dennicya ? — Jeżeli 
wazytUdch pięciu zm>'sl6w, to nic najgorzej. Zmysły tą 
zawsze pierwszą instanc>'ą sztuki. Ostatnią jest dla niej 
kulturalny umN^sł, któr>' dojrzewa dziś tylko w twoich 
»złych wirach* unelkomiejskich. 

— Taak, — Hrrtmstein pykał powoli z fajkL — 
O nic więcej mi nie idzie. Kulturalny um3rsł był zawsze 
arbitrem w>'niflnowanych zmysłów. On to wymaga mi- 
strzostwa i rozdaje tlawę. — Poznałem aż nadto do- 
brze smutne i karłowate egzystencyc tych, co bardzo 
pilnie malują, rzribią, piszą, tworzą, kr>nykują — ad 
ustom kulturalnego umysłu. Oddychałem aż nadto długo 
tą duszną atmosferą ambicyi, zawiści, oszczerstw, po- 
chleł>stw; dusiłem się zbytnio tj-m zaduchem pełzającej 
dumy... Daruj więc, że miacnoetwo pomtawiam 



Jió 

ambitnicju>'fn, n sławę tym, co — nrtHniej na ntf| pra- 
cowali. 

Nic wytrzymał MOllcr: 2crwai się z kanapy i, \v« /«•- 
piwBzy mu się w wyłogi od tużurka. szeptał mu w ust > 
niemal: 

— To wszystko jest tylko samoobludt) improdu- 
ktywa. Idzie o to, żeś ty sobie za młodu wyciął ten 
właściwy, twórczy nerw życia. 1 oto osiadleś na mieli- 
źnie wraz z cnotą swoją... Co wam szkodziło?... 
Tam, na zamku, w zapadłym kącie..? Zresztą, coby 
mnie ludzie obchodzili! 

Dreszcz ohydy wstrząsnął, wykręcił niemal ciałem 
i lertensteina. Ale Maller wpił się w niego mocno rę- 
koma. 

— Czyś ty odgadł tajemną wolę natury? Czy ty 
wiesz, jakie iródła trysnąćby ci mogły z duszy pod jej 
ręką?.. A może tylko wielkie namiętności rodzą wiel- 
kie czyny? A może temu ogniowi z ciała sądzono po 
całym duchu moim rozpłomienić się? A może grzech 
oto niesie mi złotą lirę? Czyś ty odgadł ciała wielką 
tajemnicę?.. Człowiekiem tylko jestem, ciałem i grze- 
chem, — a więc ciałem i grzechem żyję, lecz nie dla 
ciała, nie dla winy, nie dla cnoty, lecz dla dzieła mego! 
Z nieba ognia sobie^^nie przj^niosę, ale może go dyabłu 
wykradnę. Ale na to trzeba w piekło zstąpić! 

1 nie szarp mi się!.. Kto mnie, kto ciebie zapyta, 
skąd my swój ogień czerpiemy? 1 niech mnie nikt nie 
pyta, skąd ja mam tę moc, co światy wskrzesza, za 
serce bólem targa, upiory sumienia przed oczyma ci 
stawia. Ani cnoty, ani winy waszej nie znam, ja dusz 
waszych władca, światów wskrzesiciel, namiętności mag, — 
ja, cudotwórca!.. 

Płomień zalał mu twarz, zaświecił w oczadu Dłu- 
gie i suche ręce wczepiały się Hertensteinowi pod szyję 



sn 

jak pusae sipony, a cfaudJ^ ostra twars wch o mi l ft €!>*• 
hala niby ptaii diiób, aby mu myrmit g ott odpo- 
wirtli. — Ciełul długu. 

HfrtfMfrin patnal nail tpokojnie, amno. ,1 ten 
c ii owiek nyilal o inaerci? I ten ctlowiek chdai 
śmierci??* 

- Kfaunitwo! — knyknąl odruchowo i icrwml nc 

z tolrlu. 

Krr>*kiiął pnyteok i lerwal lic uk gwaKownie, ie 
chart łbudiony ze snu tkoczyl, warknął, a raczej <a- 
ncal ochryple, i btytnąl MoUerowi w twarz czerwonem 
wn^tnen p>'slca, oraz IŃałymi rzędami ostrych kłów. 

Molier roitwierał szeroko oczy. 

— Co takiego jest kłamstwem ? . . 

.Ty !* — pomyślał Hertenstem. A na natarczywe 
aalegania MoIkTa zamachał tytko niederpUwie rękoma. 




Odłożył fajkę. W chmumem milcwnin począł clio> 
dzk po pokoju. Gdy na dworze ożywiło się nagle, zna- 
lazł się wraz z diartem u okna i nasłuchiwał czujnie. 
Gdy cisza zalegU znów na obcy, zbliżył się do Moliera. 

— Słuchaj - no, przecież to jest ogro mn ie poważna 
rzecz. 

— Co ukiego? 

Oparł mu ciężko dłonie na ramionacfa i, patrząc 
mu mocno w oczy, rzekł twardo: 



Molltf zbladł nat>'cłuniast; oczy przymrużyły mu 
się na chwilę, a polon niespokojne i pnepłooone szu- 



kafy w rękach Mcrtcnsteina tej szklanej nirki z kietiwii 
od kamiielki. Opuszczone ramiona prężyły się mocno 
i kurczowo, n chłód nielitościwy przebiegł po calem 
ciele. Szarpnął się i, wetknąwszy papierosa w zęby, 
rzekł z twardym grymasem: 

— Jam bodaj dziś gotów. 

— No, uk, tak ! ~ potakiwał Hertcnstein jak dzie- 
cku : pośpiesznie, niechętnie i bez wiary. — Tem bar- 
dziej... Wobec tego warto pomyśleć szczerze. Warto 
nawet jeszcze nauczyć się szczerze myśleć. Z kłam- 
stwem w sercu nietylko żyć, ale i umrzeć nie można. 

— Czego ty chcesz? 

— Przekrocz tę granicę fałszu. 
- Jaką?! 

— 2Uipomnij o .sobie samym". 

Molier aż się na krześle uniósł, mierząc go od stóp 
do głowy podcjrzliwem spojrzeniem. 

— Między jalde jezuity tyś się wpisać zdążył?! 
Ale Hcrtenstein spostrzegł się jakby, że nie w porę 

wystąpił, lub też pożałował może, że wogóle rozpoczął 
o tem: wtłoczył ręce do kieszeni i powrócił do swej 
wędrówki po pokoju. Molier odprowadzał go z początku 
podcjrzliwemi, badawczemi oczyma, ale niedbały pół- 
uśmiech rozwiał mu się wnet na wargach: zgasił go 
zimny i twardy spokój na twarzy Hertensteina. I zno- 
wuż ten dreszcz chłodu, co iskrą wskroś poprzez ciało 
przebiega. Kręcił się niespokojnie w swym kącie na ka- 
napie, chwytał raz po raz papierosa. 2Uiśmiał się nie- 
szczerze jedną, drugą ironią, chcąc jakby wywołać 
w nim odruch jakichkolwiek namiętności. Ten twardy, 
ponury, zawzięty spokój . . . fanatyka ! (kończył MoUcr 
w myślach). I coraz to chwiejniej, coraz lękliwiej czuł 
się w atmosferze tego spokoju. 1 teraz dopiero, w miarę 
jak patrzał na Hertensteina, począł sobie uświadamiać 



919 

w calrj jawic i obraiowota lo^ co wykonać lanucrzyli. 
A to rownc ttąpiiłr jcfo po pokoja wydtlo mu lic 
niruM.iKiiuym kroktem chwili, która ńc ibliźa... Więc 
tak się xbkiy ooa: tak kidowo limnie i beidusmie? 
Bet iiUu, bet roipaciy, bcs buntu nawet?.. Nie! — 
tiarpoął st^ i pocruł, te omickle warp AyfsocĄ mu jak 
w lcbr/< 

Roiumiai, xc jesu ten paroksyzm trwogi luc muue, 
gotów serwać się i udec. Dokąd? prayszto mu równo- 
CKinie na myil Wssak nigdzie wUUciwie nie jest u sie- 
bie, nigdzie nie miesika, nilct go się nie spodziewa i nikt 
naik nie caeka. Pod most? do parku na ławkę? Do Jcl- 
sky'ego ? — (po lem, co było ? . .) i na co ucieknie ? po 
co? z jaką myślą? Bo przecie! każdy w takiem poloźc- 
nin Bua mieć tę jedną upartą myśl, która mu umożli- 
wia przespanie się pod mostem lub w parku na lnwc«- 
Tamci wszysc>' mają tę jedną: .Chcę jeś<J, jutro będc 
jadł.- 

A więc na to uciekać od Hertenstetna ? . . A po- 
tem? Kaidy z takich, o ile o trzy dni m>*ślą wybicd/ 
naprzód potrafi, musi mieć to, co ludzie nazywają na- 
dzieją. Tamd wszyscy mają tę jedną: .Będę codzieik 
spał pod dachem, będę duio, dużo jadł !* 

A więc na to uciekać stąd od Fiertensteina ? . . 
Jakal moja nadzieja ? — Trzy miesiące, lub chociażby 
pół roku... 

1 stanęła mu nagle przed oczyma zimna, nudn.i 
biel szpiulncj salL 1 te szeregi ważkich łóżek, te żoltr. 
. bezmyślne giowy na poduszkach, ten zapach 
. wod kalectwa i śmierci: to cale piekk> cierpie- 
nia, powleczone bial>'m powietrznym kirem, i czarny jak 
znak Chrystusa, — zda się nie hidzką 

\^ ..w..^ .^wą, lecz ustawiczną trwogą tyhi przygasa- 

jąc>'ch oczu rozkrz>'żowany na ścianie. Gdzieś, na 



jcdnem t tych lóźek, \ttet lapomniany, miesu|ce calr 
tonąc w tej zimnej bieli. I myśleć tylko o tem, źe tam, 
poa tipilalnymi murami, w itywym jeszcze świecie, 
pozostało z nas nic! nic!.. Podczas gdy ci wszy , . 
mierni, przyziemni, joź za miodu nikczemnie wyracho- 
wani, którym się kiedyś ledwie rękę podawało, — oni 
dopelzali się w życiu nawet do szacunku ludzkiego, ba ! 
nawet do działalności owocnej. A myśmy zaczęli lotem, 
pozostawili po sobie tyle śladu, co przelotne ptaki, i tyli* 
praw do ludzkiej uwagi, ile daje dobroczynność! Ic/i 
dobroczynność — tych miernych, przyziemnych, jui za 
młodu nikczemnie wyrachowanych, tych solidnych i czci- 
godnych dziś obywateli, którym się ręki nie podawa- 
ło, — kiedyś ! — gdy się jeszcze dumne w piersiach miało 
serce . . . 

1 zdawało się Molierowi, źe oto zrywa się z szpi- 
talnego łóżka i ucieka z tej chłodnej toni ludzkiego mi- 
łosierdzia, — aby prędzej, — tam, poprzez okno: na 
bruld! I oto uderza głową i krwawi o dobroctymu 
kraty . . . 

Ocknął się i krzyknął niecierpliwie na Hertensteina '■ 

— Daj tamto... Po co zwlekać? 

— Jeszcze nie czas. 

.Nic, ten ytfgo spokój ! — myślał, — t<n l)ozduszny. 
zimny spokój. Ten człowiek wyzuł się ze wszystkich 
namiętności, z uczuć wszelkich. On tam chce dojść wy- 
rozumowaniem. Tald musi się własnemi myślami wpę- 
dzić wprzódy w jaldś beznadziejny trójkąt, zamurować 
sobie wprzódy wszelką drogę logicznego odwrotu, chcr 
jakby zabrać ze sobą całą świadomość wzgardy dla 
życia.* 

— Jeśli ja chcę swego życia treść usprawiedliwić, — 
krzyknął wreszcie, — ty szukasz logiki w śmierd. Tej 
podwójnej gry nie rozegramy dzisiaj. Skoitcz! Upij się. 



3»i 

to powinno ułatwić ten krok. Albo nie, to przypomnij 
sobir wuystkie kriywdy źycta, wtzyttkie jego zawody, 
wmz>*stkic tryumfy małych, niikich, miemych i wszystkie 
własne upokorzenia. (Śikoda wielka, teś ty i ncdz>' nie 
zanałl..) O, to wszystko opije cię stokroć wickuym 
salon, da ci sile postanowienia stokroć większą od 
rozpaczy : ^ da ci nienawiść ! 

Ostro zarysowane ponaowe nanieikce wyirysnriy 
mu na twarz: pod nawaleni wspomnifrt chłostały r<>, 
zda się, w tej chwili wszystlde donane w mi/«rn<tii 
życiu upokorzenia i nędze. 

~ Pić daj! ^ dopominał się.— Widzisz, to są naj- 
iałośniejsze twory d Prometenaie... 

1 śmiał się. Tym razem bezdźwięcznie, cicho: pierś 
mu się tylko trzęsfa^ łkała; krzywiła się twarz. 

— ...którym nie przyszło nawet walczyć z boga- 
mi, Ik) ich mizerne prz>'kuło źyde. 1 nie orły pierś im 
szarpią, lecz robactwo ich obsiadło, to najmizemiejsze 
robactwo ludzkie... Wiesz, co taki uczyni, gdy, utra- 
dwazy wiarę w świat, w hidzi, w siebie, zachowa jesz- 
cze tylko siłę woli? Wiesz, co Uld donldszot uczyni?.. 

Długimi, Ueswsowynii pakami swej suchej ręki 
wpił się w ramię Her t e ns t e ina. 

— Pamiętasz — w Chicago? — wczoraj na bulwa- 
rach okrz>'kiwano. Właśnie tam — w rój ludzki : gdzie 
radość bezmyślnej udechy, gdzie głupstwo życia tryum- 
hije. 

Urwał. Odurzał go, otumaniał wprost ten potworny 
obraz, jald mu zawsze czujna wyobraźnia wnet podsu- 
nęła. Po chwili dokoóczył szeptem dchym i m i ękkim , 
jakby w zaufaniu serdecznem: 

— Nienawiść, to jest wielkie, święte uczucie!.. 

— 1 zemsta, — dodał po chwili jakby dla sietMe. 

— Na kim? 



— Na wszystkich I— odparł, rozrzuciwszy ramiona 
jnk skrzydła. 

— Za kogo?l 

— Za siebie! — kończył, uderzając się w piersi, 
liertenstein dobył z bocznej kieszeni cłiustkę: 

/.|knął, splunął i, cłiowając ją z powrotem, pytał 
no: 

— Więc ty dlatego tylko myślisz o swej śmierd? 
Wtulony w kąt kanapy, głowy nawot t>Tii ra/ i 

nic uniósł, tylko swe długie i kościste palce wydągat, 
aby ł IiTtenstcina za ramię ująć, do siebie widocznie 
pochylić i na ucho coś szepnąć. I.ecz w tejże chwili 
zakaszlał głucho i ciężko. Ściskał oburącz czoło, paso* 
wał się z ciałem. Uspokoił się wreszcie i z zaciętym 
uporem zapatrzył się gdzieś liardo przed siebie. Na.^i' 
łzy trysnęły mu nawałem do oczu i w szybkim biegu 
potoczyły się jedna za drugą po zapadłych policzkach. 

— Daj mi pokój I — żachnął się wnet polem w rę- 
kach Hertensteina. — Daj pokój, — słyszysz I . . Czuło- 
ści!.. Niech mnie piekło p«' ' ' , że ta moja nienawiść 

jest taka niedołężna, taka i. ...i, że nie znajduje innej 

broni tprócz .. . prócz samobójczych myśli! 




Hertenstein prz3*siadł się do niego. Milczał długo, 
rzucając nań ukośne spojrzenia; wreszcie odważył się 
ująć go za rękę. 

— Skorpiony zawiedzionej pychy tak dę wychłc- 
stały i talom strasznym zatruły jadem... Tak daleko 
zanoszą »złe wiry* wielkomiejskie... Do tego wtzyst- 



kiego docbo^ się, lyjąc wylącznir myilą o .tain)in 
•obie*, dłiękł uataAtkiemu iwirrctadlu lycta. 
Mollrr odmachnąl m% sUbo i ajechcink*. 

— Tobie ćwiekiem to iwierdacUo w głowie uikwi* 
la Bój ti^ Boga, pnectei te twoj« romantyciiie kale- 
gorye nie mogą mieć dla mnie warto4ct, — tenu, w ta- 
kiej chwili! 

— \Vid2tsz, po pięciu latach byłem tak daleko nie- 
mal jak i ty. Wtedy, czując, że wMytidae po<istawy ży- 
cia chwieją się pod« mną, udekiem se .złych wirów' 
wielkooiiejskich tam na zamek* 

— Tęsknotę swą sycić iNpomni^nirin, — prarrwat 
mu kat^or>'cznie MoUcr. 

— Twoja myśl po ziemi peJza i zeWQęir2ni>< i 
tylko się czepia, — odparł Hertenstetn niedbale. I \v- ' 
potem w naglem podnieceniu: — Czy ty wiesz, g< 
kres i granica tęsknocie? dokąd ona ludzką myśl do- 
prowadzić mole? Ze wszystkiego, ciem kobieu obda- 
rza, tęsknota jest jedynie czystym jej darem. 

— Nie widywałeś jej przez ten czas ? — zagadnął 
MoUer mimo wsz>*stko. 

— Raz jeden. Teraz. 
>- Jakto, teraz?! 

Ale Hertcnstrin nie chciał widocznie odpowiedzieć. 

— Powróciłem, tam, na zamek, — powtórzył. — 
W dolinie mojej kamień przy kamieniu. Wszystko to 
błyszczy się, islcrzy, iarzy w słoócu. W rozpalonej 
atmosferze czuć wprost ten mdły zapach natart 
krzemie ni. A gdzie kamieó się rozpęknie, gdzie żwir ^.v 
rozsunie, sumtąd iródlo tryska. Woda plącze się, phi- 
^ka wszędzie: czuć tu jej rolK>tę Iwawą, złośliwą, ssko- 
dną. I tak w cmentarz kamienny zmieniał się kraj mój . . . 
Olt»rzymi gzems skalny, oo wisiał ponad ktem lat t>*- 
siące, jakby na mój los i dolę czekając, teraz zarwać się 



mutiall ZmióU lat na uphucie, przetkociyl ridcc i dfai- 
fion usypiskiem głazów wklinił się w tę resztę ląk po 
drugiej stronie... Codziert spotykam jakichś obcych lu- 
dzi: to delegaci z akademii Ten gzems skalny przyniósł 
z pod szczytów ciekawe skamieliny. Konający świat 
zwierza się ze swych tajemnic, zwierza obcym cieka- 
wym i natrętnym oczom. Byt w tem dla mnie głuchy, 
trawiący wyrzut i bezlitosne upokorzenie... 1 co te 
wielbłądy znajdą? — myślałem niechętnie. — Ułamkowych 
Icształtów liche skamieliny. Ponumerują to, poznaczą 
i będzie im się zdawało, że dawnemu światu tajemnice 
iycia wydarli. — A ja chciałem wszak ten świat cai>', 
poza wieków krartce, poprzez czasów zawrotne dale, 
ożywić, tajemnicę jego ducha z mroków epok wydrze<^, 
moim duchem natchnąć i wskrzesić I Sztuką moją!.. 
A teraz oto, jestem mniej wart od każdego kamienia, 
co się z pod szczytów stoczył. 

Poszukując resztek żyjącego dziś jeszcze świata, 
uciekałem z zamku w jodłowe lasy po przeciwnej stro- 
nie i na te łąki na stokach i podnóżach ... I wiesz, com 
czynił? Oto, w drobiazgach zewnętrzności cały tonąc, 
czepiałem się ich wtedy jeszcze. Gdziekolwiek myśl się 
zwróciła, wszędzie na ból zawodu natrafiała^ a ja ją 
koiłem, kołysałem pierwszym lepszym drobiazgiem. Oto, 
chodząc po łąkach, zbierałem jakieś kwiaty: wątle, deli- 
katne kielichy wysilonego pod jesiert fioletu... Zńwo- 
wiit — Lubiłem ten kwiat!.. Spojrzyj, — tu pod sufitem 
fryz taki wymalować sobie dawniej jeszcze kazałem... 
Zresztą modną stała się nawet potem ta jego wątła 
barwa, to tcluiienie fioletu na kielich kwiatu. I ta smu- 
kłość jego I I ta prostota w liniach ! I to, że bez liści, 
bez łodygi wprost z ziemi jako grzyb! Lubiłem kwiat 
ten : — na chmurnej jesieni wspomnienie wiosny osta- 
tnie... Jest coś z pięknej suchotnicy w rym kwiecie... 



llówi% ie woni aie po«ida; db mnie niftl on wytub* 
lelnioną woA iwieiefo inicfu. 

1 patn, — ulom ja byhtm niewolnildaB lewnętn- 
noidl Tak-em nc pieścił kaidą błahostką, w każdą 
baAkę mydlaną tylem t ducha twego kladL 1 kaida 
baAka więcej tęci dU mnie miała, a kaida tęcsa więcej 
barw. 1 tak mi się świat cały z barw, z blasków, z woni 
i s tęcz uplatał, a pod kaldem tchnieniem głębszej tę* 
tknoty, jak iNUkka mydLina pryskał. Bykm jako wy 
wszyscy je st e ś cie; Biewolnikiem niewolników mokh, ka- 
prysem lńipr>*sów mych, ofiarą ofiar moich i baóką tę> 
czową! — 

Gdym raz te kwiat>' po upłazach zbierał, nawinął 
się jeden z tych chudych, suchych starców górskicti, 
o których śmierć w tych kątach zapomina zupełnie. 
Mmcsał coś, wreszcie ostr>'m głosem wygwizdał mi 
Ł wygasłego c>'buclui fajld, źe to sielsko jest ich klęską 
ostatnią : czego woda nie zabierze, czego kamiert nie na- 
kr>'je, żwir nie przys>'pie, — zabiera to ziebko. Niby nie 
kwiat, bo to na wiosnę owocuje, wówczas ma i liście. 
Od tego pada im dobytek. 

Jolem kwiatów tych więcej nie zbierał, juzem na 
świat nawet nie wyglądaL Przepędzałem dnie całe tam 
w bibliotece, w narożnicy kamiennej, pod wiecznie bia* 
lem i spokojnem wejrzeniem lodowca wkrysztalonego 
w dziwnie jasny jesienny lazur nieba. 

— Siedziałem tam w narożnicy, gdzie czas się na 
godziny nie liczy, i skubałem niewolnic w rękach te w)*- 
silone, jesienne kwiaty wiosennych trucizn... I to pyta- 
nie miałem na usuch: ,Za com ja życie oddał?* 

I to drugie w piersiach: .Czy daremna syzyfowa 
praca zbierania kamieni z doliny ginącej, nie warta źy-^ 
cia motyla na trując>'ch kwiauch?* 



i uk oto miary wszelkich wartości pokruiiyły mi 
się w dłoniach. 

A tnm, poprici okno w nyży, wi-*-- •• -n, jak wów- 
czas, trzy (irogi ductiu: na szczyty n.t^ drogę ma- 
rzcrt bezpłodnych, wydeptany gościniec w dolinę szarego 
iycia na daremną walkę z kamieniami i krętą ścic/k*;. 
co wierzchołkami gór i padołem przepaści wicd/i! 
w czarne pałace, gdzie lirowe dziady królują i tłumu 
pochlełMtwem żyją. 

Zaś u góry, pon<id głową moja, ii- uwa 
szczyty po bokach lodowca, białym puchem prz« < 
osrebrzone, w jaskra wem słońcu lekkie i dyszące, niby 
tęskniącej ziemi pierś d M... Te szczyty, lodowiec 
ten I.. — Są przecie jaki ;.Jc, niezmienne wartości? 

W napół zmurszałym czarnym pulcie u okna czy- 
tałem znowui te słowa: .Oto tęsknot moich owoc bo- 
ski, oto grób tajemnic wielkich, oto żar i płomień grze- 
chu mego, oto stus mój kacerski ! . ." 

Zaś u sufitu wił się czerwoną wstęgą ten napis 
gotycki: 

•Poucz! rzuć rosę pewności na spragnioną ducha 
mojego posuchę." 

W głębi, na zamykających murową wnękę dębo- 
wych odrzwiach, pod czarną pieczęcią, te słowa osta- 
tnie: 

.Ostrożnie z nauką moją! Niech znużenie i cieka- 
wość po miecz ten ostr}' nie sięga. Porarti-ć niedołę- 
żną dłoń...* 



I^^i^ t »i '>' « 



S*7 

MoUer. I 'dj^ty twemi m>*ilaini, sludul 

go w roiur.^ ućcbętnie. 

S/yję dam, — prierwal wrcncie, — ieś ty o«u- 
ini rok sp^^diil un w tc) narotnicy kanuenoej, tiukając 
w chmunich tydi tulych wartośd, na jakie co krok 
mofleA «c natknąć *w tydu? 

A nie otrzymując odpowiecLń, dorsucil niecier- 
pliwie: 

— Zrozum -ie chociai to. Myśmy przefMdli, ale 
wtiak świat pozostał; ocaleli inni i ich dzielą. Dzieła 
ludzkie tą jed>'ną trwałą wartością na świede. Pisał d 

tem i twój ojciec. 

— Dzirla?.. — Hertenstein kiwał smętnie głową.— ^ 

1 ja uk myślałem kied}'ś. 

— Zacz^Tiasz mi się uśmiechać z tępym uporem 
fanatyka. Tak jest, dzieła ! — krzyknął niecierpliwie. 

Lecz on ujął go spokojnie za rękę, i pomilczawszy 
chwilę: ^^ 

— Ojciec mój?.. On posiadł stokro^Pębaze wat- 
tości, a wraz z niemi i tę świadomość, tt one ssczęśda 
na ziemi nie dają. Na czarne pieczęde zamlmął mi je, 
źyde wskazał: snadi targały nim jeszcze ostatnie, te 
najsilniejsze rozterki... Dziś wiem, czemu po nim gór>' 
pozostać nie mogły. On był zbyt pełen kultur>' duclia. 
zbyt szerokie widnokręgi myśli ogarnął i opanował, zb>*t 
potężny świat w nim żył i poezyą swą zb>t go przeni- 
knął. Może j^raklo mu tego uświadomienia t>'lko, źe tu 
twórcsośd być nie może: snadi nie był osutniem ogni- 
wem swego rozwoju. 

Zamilkł, a po chwili: 

— Przypomnij sobie jej męia — Borowskiego. 

— No? — Molier mimowoli ścisnął go za rękę. 

— Widzisz, w nim, poczęśd i w tobie, jest prze> 
rost nerwu twórczego, któiy zwie się aktorstwem. Akio- 



J»8 

rem kaidy x nich jest, z tych twórców, — w mtzemem 
otoczeniu rzeczywistości swojej ... W tamtym z zamku 
tego nerwu nic było i być nie mogło: Jeżeliby ta twars 
dumna hirwę zniosła, larwa na niej przezrocząby się 
stała i zdradziła właściwe oblicze. On nie mógł stawać 
się .tym' i .owym*, bo człowiek i rzecz kaida mogły 
być tylko lustrem jego ducha; świat zewnętrzny zbyt 
nikły był wobec tego, co on mu z siebie narzucać mu- 
siał... Taki nie mógł się nawet wypowiadać: zbyt głę- 
boko sięgał; tam, gdzie jawną się staje cala mizerna 
nikczemność słowa, barwy, diwięku, kształtu. Taki mógł 
chyba przemawiać uśmiechem, spojrzeniem; juź nawet 
nie gestem, który jest rzeczą trywialną. 

Molier wsparł ai podbródek na splecionych dło- 
niach i zapatrzył się uważnie na niego. 

— Mówisz?.. — mruknął tylko. 
A Hertenstein coraz to żarliwiej: 

— Szt^pi jest dla wszystkiego, czem targają na*. 
miętności ; W się tworzy, przeradza, przetwarza ; co kul- 
turę wieków i pokoleń w jednym osobniku skupić, na- 
tężyć i prześwietlić w sobie musi. Taki to wsz)'stko 
z trudem z chaosu wyłuskał i opanował i odrzuca z sie- 
bie wraz z kawałami serca: drgające ciepłem, życiem, 
krwią ! — Twórcą się nazywa. 21aś potem . . . Jeśli go 
głód życia pokonał, wówczas zaczyna przeżuwać to, co 
przeżył w sercu, i staje się literatem, art: malarzem, 
art: rzeźbiarzem, art: muzykiem, — obywatelem ; czemś 
w rodzaju ,voild celm, cm va vmir*, jenerałem dla ludz- 
kich czapek. — Mistrzem się nazywa... Jeśli głód ducha 
przemógł głód życia, .wówczas pogrąża się dalej w no- 
wą głąb' ciemnych zagadek i w nowe otchłanie potę- 
żniejszych jeszcze namiętności Tam też grzęźnie, tonie 
i — przepada. Nazywa się — dekadentem (jeśli słówko 
w modzie). Jest zwyrodnial>'m, a więc przynętą dla 



krukówi acmś w rodnju : .Buula tpolecse^ttwu, w kio< 
refli...t* » jctt priedwctcHUi mogiłą, na której powie- 
wa t ^ yci c a kl aitaiuUr poprawM] iiiacnio4d. 

Hcrt tnattt n nucił le alowa mocno i lerwai się 
w podaieceniu. Pociął diodiać po pokoju, odprowadzany 
cjujnem tpojncaiem MoUcra. 

— Ak pnydiodii ciai, — mOwil, 2air/\ na|.i< Mf; 
prsed nim, ~ i w roiwoju ducłiowej kultury czj^ uki 
przyjść masa, — Idedy sic <^i twórcy, ci mistrze, ci wiecz- 
nie szukający, na tału| dal od nat odiuną, te dla na- 
■sjfdi ocau maleje^ ołiojętnieje i znila wzajemna icli 
ndkfini^i Bo oco dudi ujrzał ich wszystkidi we wlaśd- 
wem iwietle źydowydi zabiegów i daremnycłi wzlotów. 
Popriea demnie sagadelt, poprzei otchłanie namiętnoid 
i ckrpicA , poprzez iMmlaiictwa wszeOdch wartoici, po- 
praez zmierzchy bogów wazystldcli, wydoauje się na 
^wity wiecznych wartości. Oto aic przerodził, przetwo* 
r/yi, ktilturę czasów slmpił, natężył, ([głodem własnej du- 
szy przeswirtiii i ponad nią u^ wzbU... Ai tam, na te 
n.i] .v)*taze, najbielsK szczyty, na których iii^iiiiiąi jiil 
nie flwte ! — Tald wcale się nie nazywa : i to jest jego 
dumą. 

— Czyś ty ... — (Hertcosieia stał tul nad nim i mó- 
^vil s wzrastającym wciąi larem) — czyś ty głębią dusz>' 
iiie wyczuwał czegoś k>rutalnega^ czegoś z obłudy i ak- 
tarstm*a w ^tuce kaldcj: ułamek, fragment, mierna 
oząstita stara się oto wielkie twe oczcidwania oszułca^, 
dodia omotać i wśliznąć się w twe serce... Czyś ty 
nigdy nie auł, le sztului to nie jest rzecz dostojna ? — 
A d jej kapłani?., laden człowiek t)'le ponileil nie 
in i feie, Se ten, co tryumfu oczekuje. Ta kręta śdellca 
wierzdiotlauBi gór i padołem przepaści — to nie jest 
droga dla ludzi godnych! 

Dzieła, mówin? — Gdzie miara tych dzieł sztułd? 

SI 



Si9 

w tuUAAuwym /kich gawęd? n > t u,k;<>wisKii 

prótnoid? na |> nnaszu, gdzie lada |>olUzynt-i 

Uumy bawi, lada pierrot sentymentalny je wmiata, 
gdzie narodowa chorągiewka jui je dostatecznie podno- 
si? gdzie zla wola, gnuiny nawyk ducha i tępy upór 
borykają się z kaidą nową myślą?.. Wreszcie, kto te 
dzieła tworzy? Najbogatsi, najsubtelniejsi duchem? tych 
wnet' duma lub serce zgubi; kruld roznoszą potem ich 
szczątki żabom na źer. Bo zawsze i wszędzie przetrwa- 
ją tylko najbardziej dopasowujące się, ostrożnie zimne, 
labie natury. To mi twórcy! Pokaż mi ich, przypomnij 
wszystkich, abym mógł doszczętnie wzgardzić... 

— Sztuką?! — parsknął Molier, zaskoczony tym 
wnioskiem. 

— 1 samo słowo mi obmierzło! 

— Dalekoś zaszedł. 

— Chodź i ty! Znajdziesz ten spokój, jald daje 
wzgarda. Pokonasz Idęskę swego życia, gdy raz powiesz 

sobie... 9 

Hertenstein urwał. Płomyk niepewności przemknął 
mu po twarzy, jakby raz jeszcze zawahał się, czy z tym 
człowiekiem warto mówić o ttm: — te połyskujące oczy 
suchotnika czaiły się tak chytrze, wświdrowywaly się 
w niego już gotową złośliwą ironią. 

— Hm? — Molier wydymał wargi. — Taak?.. No, 
to było do przewidzenia, że ciebie zahypnotyzują te gór- 
skie szczyty. 

— Twoja myśl do grobu nawet chce tylko za- 
pełzać. 

Wyczerpała się cierpliwość Moliera. 

— Ślepy ty! — wołał, zbliżając się do niego, — czy 
ty nie roztuniesz, że jeśli w nas tkwiła jakaśkolwiek 
ludzka wartość, to jedynie ta, co zbudzona t>odaj grze- 
chem i rozpaczą rwie się do słowa, do k>arwy, do 



ktitalni, do diwicku? 2e to lą jedynie jaaae chwile 
lUSMfo iyda, .które nati b>t usprawiedliwiają* (jak-eś 
aam to kiedyś iiió«ril), ie wtedy wtiyttko, co leptie 
wcalowieku, wola najaacKrazyai bólem: .Grać chcę!*— 
.Pisać chcę!*— .Twonyć chcę!..* 

Hertenstein potakiwał tpokojoie i chłodno, i uśmie- 
chem w^Tozumietiia, jakby i góry będąc pewnym* co 
mu w tej chwili powiędła. 

Po chwili otraąal zadumę i, chodząc po pokoju, oió* 
wil jakby do aebie:— To ujemne i bądi co bądś naj- 
ciytia c ploiBię śyda... Ono spaliło was wszystkich, 
którzy byiaśde jeszcze cośkolwiek warci : Borowskiego, 
Jelsky'ego, ciebie... 

I jakby unikając wzroku Moliera, odwrócił się na> 
gle i cofnął ku oknu. Ten ai przechylał się na kanapie, 
wpijając się w niego spojrzeniem jul tylko zdumionem. 
Niebawem wszakże odgarnął jakby swe podejrzenia na 
bok i, chcąc wybadać ostatecznie, spytał: 

— Więc tkwią przecie w tej pogardzonej przez 
ciebie sztuce jakieś szlachetniejsze, trwalsze pierwiastki, 
wartości wieczne..? 

— Udzielające się na detal, — wpadł mu twardo 
w słowa, — za jarmarczne ceny powodzenia. 

— Więc są jednak wieczne wartości?! 

— Te nie udzielają się ani za jarmarczne, ani za 
iadne inne Tceny. One, jeśli się w człowieku rodzą, 
w nim teś i pozostają. Dla nich niema wyrazu. One są 
milczeniem : jak Bóg, jak fatimi ! . . 

Mullerowi iskrzyły się jui tylko oczy. O nic jul 
nie pytał, na nic odpowiadać nie zamierzaL — .A więc 
taak?..* — pomyśUI wreszcie i, zapaliwszy papierosa, 
spogU|dał ze swego kąta na kanapie, z poza olilcicinfgii 
d>*mu chmurnie i ponuro. — .A więc /mś tmmf,.* Oto 
na co ty mi czekać kazaleśl' 



— Słuchaj, Henryk, — zapytał nagie, jakby chcąc 
się utwiercliić w swych domysłach, — te odrzwia dębo- 
we pod ciamą pieczęcią we wnęce muru, — tam -> 
w twojej bibliotece?.. 

— 2^rwałem pieczęcie ! — dokończył Hertenstein 
w głębokim serdecznym przydcchu. 




h 

.# 



Tym razem obaj nadsłucłiiwać poczęli. Bo oto 
w cichą ulicę wpadł nagle prędki i donośny tętent, po- 
toczył się lekko powóz, za nim drugi : oba zatrzymały 
się tui pod oknem. 

Hertenstein przepłoszył się i, zapomniawszy nagle 
o wszystkiem, zakrzątał się gorączkowo koło stołu. 

— Zostań ! — krzyknął. — Od dwóch dni ona tu 
jest, — rzekł wreszcie z trudem ... — Nie, — zostiń ! . . 
Po pięciu latach po raz pierwszy . . . przedwczoraj. Dla- 
tego to wszystko tak żyje w myślach... Dlat^o wczo- 
raj między was uciekłem, dlatego opowiadałem dziś... 
i dlatego to wszystko o koniec swój dopomina się na- 
trętnie. 

Po chwili, uniKaj.ic wzroku .Moliera: 

— Na koncerty swe przejechała... Dotychczas 
omijała to miasto. W Ameryce przeważnie... Dziś 
tutaj śpiewała. Odwożą. 

Jakoż, nagłym, prawie melodyjnym i lekkim truch- 
tem, zadudniało znowuż na brukach. Jeszcze jeden, tuż 
za nim drugi powóz. 



sn 

MoUer I tnidctB prieiioaal owafę w UmU| stronę. 
\s.xi ocsy dtomni, spoglądał na portret na Actanir, to 
snów na bladą twan HcrtcaUenuL 1 gdy i alk)* do- 
chodjDĆ jul pocscU wrtawa, jemu przyniósł pnekomy 
.'\vrot my^ te słowa LeopardTegof 

/ kyć fylko citnum. 

l^tOWWgO JSFSJ^flHi fltMUSM 



1 kobieta, myil o niej, w)'daia mu się w tej chwili 
czemś brulalnem. 

— Mote acchce zajść tutaj, — mówii t>'incaasem 
t lertenstetn, odzyskując widocznie spokój. — Napewno 
nawet... O mnie milcz... Zresztą, wsz>*stko dawno 
jttź zapomniane: czas pogrzebał. Ci, co żywi idaleka 
od tyda stoją, jadą najszybciej : umierają nawet w ser- 
cadi najbli^uych. Uczucia ludzkie podlegają nieczy* 
stym prawom mchu. Wiedzą o tem d, co pragną po- 
zostać w s e r d ecz nej pamięci kobiety lub tłumu... Słu- 
cha) I — jadą. 

Z tych bezładnych ogólników wnioskował MoUer, 
Ir Hertenstrinowi zapomniano tam więcej, ntili za- 
pomnieć nalelało, źe pogrzebano nawet te wielkie po- 
kładane w nim nadzieje, i 2e stosunek obojga czas 
iimienić musiał mannie. 

Na dworze stało kilka karet i powozów. Konir 
parskały, bijąc niecierpliwie kop>*tami o bruki Słychać 
było głośną rozmowę. 

— Onat — szepnął wreszcie Hcrtenstetn. 

Krzyk, wrzawa, jaldś rojny tumult wypełnił nagle 
€imną ulicę, jakby cały gwar mtasu buchnął nagle 
w te lansrne strony. 



3S4 

Konie wyprtfgtt, ^ tlómaciyl Hertensleiii, — 
wMUi|,.. Mlodzirź. 

JcsicjEc dwa, triy powoiy ; — nagle dtia; — ftt(r;rvik 
otwieranej bramy i... 

Z kilkudziesięciu pierti okrzyk jeden, co echem 
potętnem we wszystkie okna uderzył, zaaideścil liśćmi 
na drzewach. 

— Brawo!.. Brawo!.. Niech żyje!.. Zosuć u nas» 
nie wyjeźdiać... Zostać!.. Wiwat! 

Zaś im w pokoju rozjaśniały się bezwiednie 
chmurne twarze, krew jakby uderzała do głowy, roz- 
chylały się nozdrza : wdychali to zawrotne tcłinienie, co 
trupa nawet zgalwanizować potrafi. Molierowi zadrga- 
ło coś nawet koło policzków, oczy poczęły mrugać 
migotliwie i łza drobną krętą strugą przewinęła się 
po twarzy. 

/ bvć hfłko demtm 

Miądty m€4fścią a grob&m tmumimtm??.. 



A tam za oknem bezładne klaskania w ręce, roje* 
nie się tłumne, krzykliwe i uparte. Ponad tem to piar- 
slcanie koni i granie podków na brukach. 

Wreszcie jeszcze jedno, tym razem opętane jui 
wprost zerwanie się krzyku, przecięte mocnem zatrza- 
śnięciem się wrót. Ruszyły konie, potoczyły się po- 
wozy. — A tłum się rozsypał. 

Molier nie dobrze wiedział, co potem było. Za 
chwilę uchyliły się drzwi: jaldś człowiek wniósł ol- 
brzymi ciemny wieniec, inni nieśli kosze, bukiety, kwie- 
tne liry, rzucali całe stosy luźnych wiązanek. I wraz 
z tą pełną, odurzającą wonią i barwnemi tęczami kwia- 



sss 

tów wcnla do pokoju jakii ja«vi4<*, blaak, pnepycfa, 
oru to danne, sawrotne Idmienif wfaidiy i tryumhi. 

MoOrr klanuU sic. fiow^ chyliL ,ONA » tm- 
ka 1* — priyBońio ma wapooBnaiie. 

• Ave, Refina ! * — tfqiCaly niedoslsftsaliiie drtące 
wargi. 



Y 




oj na i gwarna, korna i władna — fama 
królewska ! . . Czuć ją było tu naokół* 
Wraz z przepycłiem kwietny cli woni 
nasycała pokój wciąż jeszcze tem 
sialejowem upojeniem tryumfu. Obaj widzieli niemal 
tę salę, w morzu świateł jaskrawą, od barwnych tłu- 
mów rojną, sł3'szeli przyśpieszone serc bicia, tłu- 
mione oddechy; czuli prawie te z setek serc ludzkich 
wydarte uczucia, co rojem białych ptaków łopocą się 
po saU. I w tę wsłuchiwali się chwilę, kiedy ta cisza 
łamie się w nagłym okrzyku gromadnej duszy: w grzmo- 
cie, w huraganie oklasków... W oczach iskrzyły im 
się tylko tęcze kwiatów, co po brzegi w)'pełniły pokój : 
mieniły się purpurowe, żółte, białe* plamy, wirowały, 
zda się, te wielkie demne koła laurowych wieńców, 
snuły się jak węże czerwone ich wstęgi. I zdawało się 
niemal, źe te kwiaty niby barwne puchy sypią się i sy- 
pią besszelestne ; że te wstęgi biją się wichrowo i faJe 
ict: mącą się jako zwycięskie sztandary. 



sn 

.H^/Hc' «r#|f««Brr-~odcs>'tywali liocemi ifloaka- 
mi na tych porpurowydi wrt^yich. 

OiM tymcMiteni bunUa brmlu idjji^ lobie 2 nunion 
białą pelerynę i wyczerpana rzuctia u% w głąb focdiL 

— Zlituj tic, Henryk, wyjdi tam, do tych, klony 
>.; jestcze naprzykrzają. Podziękuj jul zimno tylko 
i powiedz, źe... te jestem nict>'wa, — laimiahi nę im- 
gir. — Kwiatów tu nadsyłanych nie pozwól prz>'jmować. 
\>>%\ć tego! Basta!.. Nie mogę. 

Jej jasne suknie, o tern delikatnem tchnieniu zimo- 
wiiowego fioletu, wchłonęły, zda się, w siebie poljrtkitwą 
jasność i blask koncertowej sali. Bujny biust, od mar* 
twej, sinej bieh pcrel na nyi, zdawał się tern bielszy, 
tem jędmieiszy, tem wi ęksiem pnlmjący tyciem. Głę- 
boki ton mahoniowych włosów złocił się i mienił 
w liljfsitawicowych reflelcsach od brylantowego dyade* 
mu. Promieniała jasnością 

1 tak nawpół leżąc w nizldm fotelu, uśmiechała się 
przeloCnie do nkh obu, ale tym uśmiechem z estrady: 
odruchowym i zimnym. Zmęciona była. 

Pierś jej falowała jeszcze miękko, pulsowały noz- 
drza. W czarnych głębiach oczu iskry podniecenia 
wdąź jeszcze gasnąć nie cłidały. Po twarzy przemyka- 
ła- ^\^ r]|2 po raz t>łędne płomyki rozkosznego upojenia. 
1 igrał na ustacłi, gasł i znowu! się wysilał: raz 
wesół}' i psotny, to znów smutny, wreszcie dziwnie roz- 
mnrsooy. Wargi, tą pulsującą krwi;) nabicgłe i żywe, 
iitiąMy jakby i zwilgotniały : senne, znuśooe, upojenia . 
pełne, oczekiwał>% zda się, na pocałunek, — pocałunek' 
(•d tiumu. 



Snieine ramię wyśliznęło się jak giętki wąź z dhi- 
gtej rękawiczki. Rękawiczka ta usunęła się niebawem 
na ziemię. Hertenstein scliylił się po nią machinalni*- 
i zatrzymał w swycli dłoniacli. Uśmieclinęła się dort 
znowui tjmfi błędnym, zdawkowym uśmiechem z estrady. 

— Zapomnij juil — rzekł jej niechętnie. 

— O tym koncercie?.. Ałi, juźbym sama pra- 
gnęła! Chciałabym jul teraz o wsz^^stkiem zapomnieć, 
wtulić się gdzieś w kącik jak dziecko... 

I przegiąwszy zlekka szyję, przylgnęła twarzą do 
miękkiego oparcia fotelu; przymrużyła nawet oczy. 

— Ale! — ocknęła się wnet i rozpromieniała nagle, 
— po pierwszej części rozkazano mi na górę — do loży. 

— Był kto? — pytał Hertenstein niedbale. 

— Sami! — dorzuciła z naciskiem. 

— A?!.. 

Rozkołysała bieguny fotelu i, patrząc gdzieś w su- 
fit, opowiadała śpiewnym, niedbał>nn, nieco drwiącym 
głosem : 

— Zostałam miłościwie pochwalona za uczucie 
i inteligencyę. 

— Pa! — sarknął. 

— Niby przez nią, — mówiła przeciągle, patrząc 
wciąi gdzieś w sufit — Słyszano już mnie gdzieindziej . . . 
W Tristanie i Isoldzie. Mam być nieporównaną: tmai- 
lainabU, 

— A on? 

— Znacznie wytworniej. Wplatał swe pochwały 
w rozmowę. Prowadził ją przytem tak, że nie potrze- 
bowałam ani razu dygnąć... O, to dyganie jest roz- 
paczliwe! — zaśmiała się nagle głośno i dźwięcznie. — 
Życzył sobie, abym pozostała na stałe w tutejsz>'m tea- 
trze. Równa się to rozkazowi dla mnie i dla intenden- 



)S9 

tury... To let J a l w id eiit daś jcncie tuuj naputowa^ 
amie cbdal... 

HertrAstetn powtul gwałtownie i odttuiąl ener- 
fienue kmto. 

— Henryk,— ttcpo^ i imioda cokolwiek rękę, 
jakby chcąc go po wtotach nniniąć, gdy «c do tej 
dłoni pocfayU. A źe cackała daremnie: 

— Nie bądi taki attywny I . . Widzisz, oni mnie tam 
swynu hokiami zawsze rozkapryszą. Boję się poieai jak 
dziecko kaidej surowej twarzy... A wieas, — ouoala 
się nieco, prz>tuliU na chwilę twarz do jego ramienia, 
— ańao zakazu — (nie gniewaj się!) — mimo zakaża 
śpiewałam a^ trzy wasze... 

Rzucił ramionami 

— Poco? 

— No, ludzie szaleli poprostu! Dziennikarze naga- 
bywali mnie al tutaj w bramie. On się nawet zaintere- 
sował: czyja roelodya, czyje słowa. 

— Powiedz to jemu,— HertcMlein wskazał na Mol- 
Wa. 

Zdumienie radoane, oimiech i uprzejme skinien i e 
głową w jego stronę. Sięgnęła do najbliższego kotza 
kwiatów : wyjąwszy jakąś białą różę, podała mu ją. — 
Za .Łabędzia,* — rzekła. — Muller spłonął w jednej 
chwili, bąknął coś, ulcłonił się i cofnął się czemprędzej 
na swoje miejsce, czując, ie koto oczu znów mu coś 
drgaC poczyna. 

Ona zaś, kołysząc się dalej na fotehi, powróciła 
do swojej opowieści. 

— Rozmawiał ze mną przez cały antrakt. Jest nad- 
zwyczaj ujmujący w swej napół wojsttowej manierze. 



S40 

— Ah! Że tei ty do takich rieczy priywiązujeti 
tyle wagi! 

Molier powiódł tymczasem okiem po stosach kwia- 
luw naokół, po laurowych wicrtcach i wstęgach czerwo- 
nych; — spojrzał na swój kwiat i głowę zwiesił. .Tyle 
tylko ze mnie, tyle z nas w tern wszystkiem." 

- Kim jest tu u was baron Farnsł>erg ? — usłyszał 
t3'mczasem. 

— Bankierem, — odparł, przypomniawszy sobie to 
nazwisko. 

— Nit* W3'gl.'łda . . . Bar(l/'» dystynKowany. i wy- 
kwintny znawca sztuki... Ogromni** zachwycony pań- 
skim , Łabędziem*... .Laliędzia' musiałan^bisować dwu- 
krotnie. 

Maller skubał tylko w ręku swój blady kwiat 

— Ah, tak? — rzekł niedbale i poprawił swe roz- 
tirgnienie natychmiast uprzejmym uśmiechem. A potem 
darł juź tylko i prószył te blade różane płatki. .Tyle 
nas w tern wszystkiem,* — powtórzył w myślach. 

Kołysała się przez chwilę na fotelu, a potem jakby 
zdziwiona ciszą, lub może tem, 2e żaden wzrok na niej 
nie spoczywał, zatrzymała bicgimy i rzuciła na obu 
czujne wejrzenie. 

— Wiesz, l-Ienryk, — rzekła mimochodem, — taka 
dziwna, prawie niepokojąca jest ta dsza u ciebie. Dla- 
czego ty tak daleko od miasta mieszkasz? 

— DU ciszy, — rzekł spokojnie. 

Zastanowiły ją poważne, prawie zimne ich twarze. 
W jakiemś przegięciu czy w zamiarze powstania zasko- 
czyła ją nagle zaduma. Niecierpliwym ruchem dłoni 
strzepnęła ją sobie z czoła, skoczyła z fotelu i zaszele- 
ściala suknią. 

— Zaśpiewam wam poprostu cośl.. Nie słysae- 
liide przecie jeszcze, jak wasze rzeczy śpiewam. — To 



34' 

diiwne,- anyilifai »c mowul, — jak wy wtsyscy obo- 
j^ai j c MtgA c k dk twokh... No, Henryk uwala, pny- 
puśćmy, kooeeity ta rieci tfatiltaką, ale pan? 

1 jul do fortepiany sMiadając, praerwala iwe py* 
tanie patatem. 

— Pnepratani dc?— przycichła natychaitatt i po- 
rhyUia ucho. 

— Nic ważnego. Chdalein et tylko powiedtie^, 
le kwiatów laL Po owoc mole tięgać kaidy. 

— Nawet ja, — dokoAczyła ottro, jakby zadraśnię- 
ta temi alowami. — Kwiatów, — dodała wnet potem, 
oglądając ń% po pokoju. — Bole, jakie ich mnóatwo 
jednak!.. Kwiatów lal dlatego, le więdną;— le tak 
tz3rbko nieraz więdną, Henr>'k. Im ulachetniejsze . . . 

Dłonie jej, muskające klawisze, osunęły się z kla- 
wiatury, poprzeczne zmarszczki ściągnęły nagle czoło. 
Po chwili ocknęła się niespokojnie: 

— Co to jeat?! 

— Wiatr. 

— Bole, jaka tu cisza ! Jak w grobie. 
1 znowui zamilkła. 

— Henryk? 

— Słucham. 

— Zasługuję na pochwałę! Jul zaczynam zapomi* 
nać o konoerde i o tern wssystkiem. Jul idzie smutek, 
wracają w spom nienia, czuję jakby zawód... (Dziwna 
rzecz, le po tych tryumlach czuje się zawsze jakby za- 
wód). Idzie pustka... 

— I? 

— Pojutrze dam drugi koncert Na złość tobie. Ja 
zyc chcę! 

1 rzudwssy dkmie na klawisze, praebiegła po nich 
/ braw ur ą. Urwała, spróbowała następnie mełodyę, 
zmądla ją patatem i poprses ramię otMJrzała się na 



J4» 

MoUcro. jemu serce zabtlo priy pierwssych taktach tej 
melodyi, a gdy jej glos usłyszał, zbladł i mimowoli 
dlonii) po czole powiódł, jakby niecliętnie poddając się 
tamtym wspomnieniom. 

Bo zdawało mu się, że to dalekie rozlewne echo 
młodych wspomnień przynosi mu hen z t>ezkresnej dali 
jesiennych odlotów całą głębią serdecznego żalu to we* 

/;'./,;/ mój. g tęsknoty mór» 
PoioUm twym daj Boty unak. 
Ty, btafyck maratń biądny ptak, 
O. dolą. dolą mofą wróś/,. 

Obejrzała się na niego. I nie myliła się. Głębokie, 
jakby żółtym płomieniem świecące oczy suchotnika wpi- 
jały się w nią chciwie i zazdrośnie, ssąc jakby z niej 
siłę, zdrowie, radość i dumę życia. Przykuwała ją do 
siebie, wtapiała się w oczy, obezwładniała niemal ta 
smukła, dziwnie blada, jakby zielonawo fosforyzująca 
twarz, niby maska śmierci przeczutej i jeszcze nieświa- 
domej, ten złoty błysk wielkich oczu pod płową czu- 
pryną obfitych włosów. Nagle skłóciło się coś w tem 
spojrzeniu : wzrok musnął jej włosy, ślizgał się po szyi, 
pieścił biust odkryty, głaskał ramiona i, przepłoszony 
lej zamiarem powstania, przylgnął kornie do rąk. 

Zerwał się i, chwytając gorączkowo kwiaty, rzu- 
cał je garściami pod jej nogi. 

— Za to eclio z młodości, — szeptaL — Za tę sekun- 
dę sztuki. 

Uśmiech rozjaśnił jej twarz, zrazu otwarty i szcze- 
ry, ale wnet smutkiem jakby owiany, napół senny 
i rozmarzony, jak wówczas, gdy weszła do pokoju. 

— Napisze pan co dla mnie? 



343 

^ Tak!— knyknąl krótko. 

Ak ten alocy polytk ooras to uertłych ociu za- 
niepokoił ją beiwiednie. Powstała, lasicleśctala tukiiią 
i ten camy prawie, pontowy kwiat jcrwala tobie 
I pod biustu i rsudla nań. 

Nucąc jcsscse sdcha, pncfinała mą lekko w tyl, 
gdy Molier larzucał pelerynę na jej śnieżne ramiona. 

A poccm tuląc mą pieśdwie w te białe puchy kol- 
niersa: 

— Dobranoc, Henr>'ku, — nekla śpiewnie, a glos 
'}t\ sa&dowal w podnieceniu. 

Hertenstein stał w niszy okiennej i patrzał w noc 
deamą na dworzu. 

— t.ycaą d snów tłumnych i gwarnych. Bądź 
sicu śi i w ą nawet w snach. 

Chart wybiegi za nią do dalszych pokojów, za- 
wrócił jednak natychmiast i stanął na progu jakby zdu- 
miony : oglądał się niespokojnie za odchodzącą, to znów 
na pana sw^go spozierał. Wreszcie szczeknął niecier- 
pliwie, śmignął jak strzała w ciemne pokoje; tam się na 
posadzkach poiliznąl i obalił w biegu, aby za chwilę 
snów się na progu ukazać. Spoglądając to na pana 
swego, to na MoDera, skamieniał w tym mchu zdumie- 
nia ; stał we drzwiach, na demnem tle wnętrza, jak bia- 
ły posąg: w)'smukły, giętld, czujny. 



«>*"i>. X5 fefgsag& 



M<rWi'^"M 



Zapatrzył się w ten kwiat I zdawało mu się, te 
przy tej ponsowej, prawie czarnej, pusssrsiei róiy (alu* 
je jeszcze miękko jej pierś, to znów, ie przy tym kwie- 



etc biclfji* jak tnieg u biala duża dlon, co mu tę roźc 
w oczy rzuciła* Obejrzał się naokół i octy wasędzic 
natrafiały na kwiaty. Czerwień, biel, fiolet i błękit snu- 
ły się i migotały mu w o>- tk barwne smugi. A na 
tir tej tęczowej przędzy ,,...,».<, prawie czarne V"''' 
Iaurow)'cb liści z czcrwoncmi szarfami. ^1VMkif/ ar 
r//— odczytywał po raz setny. 

pONA, — sztuka,* — myślał otumaniony duszną wonią 
tych kuiatów. 

— Henryk! — zawołał nagle, — jakeś ty mógł ją 
widzieć taką?.. 

Tamten powrócił powoli do stołu. 

— Jakem ją mógł wówczas inaczej sobie przedsta- 
wiać niż ty teraz? Wówczas nie była igraszką ź>'cio- 
wego wiru... Była na zamku, w ciszy i skupieniu t 
tego świata. Zresztą każda rzecz kształt swój ii 

a więc i byt, zawdzięcza nam tylko. Kaida rzecz jest 
wieloraką zależnie od chwili i od oczu, jakie na nią 
patrzą, jak ją widziałem, taką być musiała ; tern pew- 
niej, im bardziej odmienną wydaje się tobie teraz. 

Maller miał ochotę wzruszyć ramionami. Ściągnął 
wszakże tylko brwi i spojrzał nart ciekawie. , Aha ! * — 
pomyślał. 

— Tu pozostaje ! — zawołał nagle Hertenstein i za- 
śmiał się niespodzianie po raz pierwszy tego wieczora. 
— Słyszałeś ? . . Dwór, bankier, tłum . . . ONA, -— sztuka J 
Tak było zawsze na świecie! 1 tak pozostanie. 

— A tę pajęczynę z myśli zerwij, — kortczył, wyj- 
mując mu z ręki kwiat 

1 gestem dłoni uprzedzając jego protest, nakazywał 
milczenie czy też cierpliwość. Poszedł w głąb* i powró- 
cił niebawem ze starą księgą okutą w klamry sUlowe. 

— Słuchaj. 

Molier spochmumiał nagle i cofnął się w swój kąt 



S4S 

na kanapie: pnypomnial tobie^ co było pncd ton, la- 
nim ona tu wcsiia. Ujraał we wspomnieniu K białą 
uklaną rurkę, jaką pokaiywal nm HcrtcMlein, i ada* 
walo BMi sic, te te tplowiale karty, te ponure ssercgi 
carnych liter pn>'dska śmierć kościstą dłonią. 

— Łatwo pnewidaieć, co tam bcdiie, — wycedził 
numo to ze ilością i, akcentując lekceważenie, mcgnął 
niedbale po papierosa.— Żądze, grzechy, skrucha, ser- 
ce... jak zwykle u proroków i u ich zbankrutowanych 
na kulturze apostołów. 

— Nie tk^lclu^ lecz myśl!— zapłonił się nagle 
Hertenstein i uderz>'ł dłonią w knąikę, aź grzybniowa 
próchnia dymem udcrz>'la w górę. — 1 nie serce, lecz 
głowa ! Sercem ciemnej drogi żyda sołMe nie oświedsz*. 
Glosy serca to tylko bezradny spazm dławiącego się 
egoizmu; wola zna cenę tego spazmu i gardzi nim. 
doa serca to tkliM^^ flet żądz, któr>'m nawet namięt- 
ność dziś już gardzL Glos serca to pokutny płaszcz 
trwogi, — trwogi przed karą. Serce to skorupa fałszu, 
to obłudna brort poczciwej głupoty... Nic we mnie ta- 
kiej odrazy nie wzbodza, jak .dobre serce.* Niedołężny 
i sobie nieufający egoizm czai się z pętami, a że wlaa- 
n><in siłom nie ufa, wabi i roztkliwia ofiarę fletem ser- 
decznym. Wszystkie małe i stare dzieci bez duuiUderu 
mają poczciwe serca. — Przenieś twą dobroć do glow>' ; 
spraw, by twoja i cudza wola ufać w nią mogła t 

— Czytaj I — krzyknął woł>ec tego Molier. 

— Serce zawlokło cię pod nogi kobie^ serce twą 
głowę pod stopy im kładło. Reszty dnknnala nieczysta 
m>*śl kobiet>': zrodziła niesyte żądze. 1 takeś ty zmamiaL 

— Cz>taj ! — powtórzył If OOer. 

— Słucłiaj, — rzekł głnclio. 
1 rozt«'orzył księgę: 

•Dzikiego tygrysa pasicra, kata topór ostry mniej- 



)4^ 

mc zlo mcźr O'"** "' 1 i 'i i jfijo / kołiirtą 

obcowanie. K-..^.. ;.i, czy gUy iiiowi, c/y K^ly milczy, 
gdy idzie, «toi, n\f^xi, leży, poncU| członU«ł\v tylko nęci, 
w< '>i, pięknem postaci poty w mysU 

si' /rzii, j>«»Ki w piersi nie sicfnue i mocnem •«•- 

Cci zatarga. I^z smutek, uśmiechu powab, bioder 

niedbale przegięcie, ramion lekkie ułożenie, włosów 
uplot kapryśny, pieści wy wdzięk miękkiego konturu 
i kształtów przepych bogaty: — z oghipionym mężczy- 
zną gawędzi rozkosznie kobieta. 

Gdy serce mężczyzny wdzięki kobiety rozgrzeją, 
gdy oczy piękno jej oślepi, zaciemnia się myśl jego. 
1 oto jeszcze jeden duch wstąpił na mroczne droien* 
klęski. 

Przeto brortcie się, którzy bronić się ; w. 

Myśli wasze niech tarcza chroni godności, po ...r. .się- 
gajcie dzielności odpornej, na czole prawego myślenia 
hehn, w dłoniach prawej mądrości ostre dzierżcie strza- 
ły. A dobrze mi łuku targajcie cięciwę! I, dumni, na 
pięć dróg zmysłów waszych dostopu jej brortcie I ■ 

Molier w pierwszej chwili wpijał się chciwie w tę 
czerrt liter gotyckich na żółtym pergaminie. Teraz wy- 
dął wargi: 

— Dalej ! — dopominał się krótko. — Więc taką 
świętością stała się dla ciebie — książka?! Daruj, ale 
jest w tern pewien smętek w dzisiejszych czasach... 
Książka jest dziś jak prostytutka: — każdy, co ją kupi, 
rokomendujc ją przyjaciołom, gdy wszj*stkim jego wj*- 
maganiom dogodzi. W przeciwnym razie piwa na nią 
najł>ezkarniej w świecie... A więc książka jako świc* 
tość...?? — (wzruszył ramionami). Zresztą, słucham. 

- Widzisz, — odparł Hertenstein wymijająco. — 
Kiedyś byłem jak ty. W «złe wiry* wielkomiejskie rzu- 
ciła mnie gonitwa za tą sztuka waszą. Miotany niemi. 



miukałrm «iam«*go «ii#»hir w obcrm 2yc»u, w cudzych 
światach. M*- uriun.t. praRnirnu, my*li, oioc/rniii mr- 
fo ichnirnir, jH»\virir/»-, j.ikinn wldychalftn, wii2y<ik» 
to mówtto: cierp i cfalott t tycia jak najwięcej i pne- 
trawiaj to w tobie jak najgłębiej, aby siebie twiek>krot- 
nić. Wnikaj, w siebie, nurzaj się myilą nawet w na- 
niętnośctach, micaj się w otchłail najdemniejsiych 
uczuć, ale dobądi z aebie wszystko. Wtjrwaj się, wmy- 
śkij, wgłębiaj w samego siebie! Ródi się, przeradzaj, 
rzeib, c>'zcluj siebie! Współczucia zbądi, staA się sobą 
dki siet>ie, pokonaj człowieka w sol>ie,— Bogiem bądi 
sobie!.. 

I patrz! — wyrzuci! mnie przecie ten wir tam w na- 
rożnicę kamienną. I tam, pod białym wejrzeniem pod- 
nietMiego lodowca, — otwieram tę książkę... Cisza za- 
ałorłuinia była wtedy naokół; tylko wody szemrały głu- 
cho swą odwieczną legendę o czasie. 

^Zafom m§ o mmym 9okk i o msnilktśj ku Umm 
prwyaytm!* 

Nie pochodnią, bł>'skawicą jasną były mi te słowa. 

,Ducfa widzi wszystko w wiecznej przemianie i bez 
trwania. Myśli tej .ja sam* czepiA się tylko deomy. 
Mędrzec widzi, ie we wszechświecie ruchu niema prz>'- 
czyny dla tego pojęcia.* I ty się dziwisz, źe mi ta 
książka nowem zwiastowaniem nie była? — Czytałem: 
.Niedość stłumić zmysłów pożądania wszelkie. Zarodek 
twego ja stłum, zniewól i zabij go w sobie ..«* 

— Co ty..?!— Molier zerwał się na równe nogi. 
— Osndaleś?.. 

— .Twe .ja* zniszcz!* — przybił Hertenalein jak 
ciężkim młotem. — .Olo jest iskra, co w popiele drze- 



niic , mu w twrj uu9<y pionącc ««ricwic, po^ar utajoay 
i wicher drsemiący. — Zabij twe ja w sobie t * 

Molier wcisnął obie ręce w Idesaccoie i patrxal na 
niego osłupiałym wzrokiem. 

— Pojąłem! Bo nie przez dala zetknięcie, nie 
przez krwi burze zapanowała ona nad dudiem moinu 
Drogą wyobraźni wkroczyła klęską w życie me. 1 splo- 
tła się z kaidą mą myślą, pragnieniem, czuciem wszeU 
kiem, wsiąkła w najtajniejsze głębie, wcłiłonęła się 
w całość dala i ducha, legła widnokręgiem wokół świa- 
ta mego. Przetopiła ,ja* moje, wsiąkła w nie, zrosła 
się z nicm. A ja, nieświadomy, lata całe pracowałem 
nad lem, aby siebie zwielokrotnić, rozszerzyć, pogłębić, 
by wszystko, co poza nim, usunąć precz, sobą stać się 
dla siebie, człowieka w sobie zmódz, — Bogiem stać się 
dla siebie. — I tak oto rozszerzałem, pogłębiałem, zwielo- 
krotniałem tęsknotę moją: żądz mych klęskę Bogiem 
sobie uczyniłem... 

Maller parsknął już tylko złym śmiechem, zerwał 
się i, depcząc kwiaty, rozrzucając na wszystkie strony 
ogarki od papierosów, chodził wielkimi krokami po po- 
koju. Gdy przystąpił dort, aby mu przerwać, Herten- 
stdn schwycił go kleszczowo za ramię. „Słuchaj ! " — 
krzyknął i drźącemi rękoma przerzucał pośpiesznie kart- 
Id. Wres/ lazł: przypadł, przyległ do ksiąźlri. 

— .V» , .j z ducha twego wszelkie myśli o .sa- 
mym sobie". One deń rzucają na twe najwyższe wzlo- 
ty, na śnieżne wyniosłości najczystszych chwil życia 
twego; są jako chmur oklęby, co ci słońce prz^^sfamia- 
ją. Obojętnością i dumą zaskorupią-ć serce, rozdmucha- 
ją do potwornośd każdy drobiazg twych upodobań 
i niechęci, rozwielmożnią żądz twych chciwe ogromy, 
troską czoło zryją, najsilniejszą wolę podkopią i zniszczą. 
Jako młody pąk chłonie chciwie z nieczystych soków 



949 

itemi ven jad, co raiklad chorób i wi^dmenie dym, ta- 
ko twój duch wirasla, krwpaieitcieje myAi o »Mmym 
•olŃe*. Roiklad chorób i więdnimie jnt w tobie. P«tri, 
Jmk w twych ociach kitrciy tic aeiiiia: jak maleje la- 
ahiga, nikcieiimieje cnota, jak karleje cx)ii. To tamo- 
pneceniania źaloane owoce! W dele tkwiący pąk du- 
cha twego, tamopocsucie twe, karmiłeś ihidą o .tamj-m 
•obie* i jadem aamopriecaiieiita. RoiUad chorób i wtęd- 
nienie jest w tobie. A naokół ciebie ludikiej woli 
f f 



Pojąłem I 

MoUrr podniósł się dciko i oburącz twarz wycie- 
rał, jakby ciclar otumanienia spędzając daremnie z myśli. 

— I cólei ty pojął?!.. 

— Że niedo4ó stłumić zmysłów wszelkie pożąda- 
nia. Tę ktintstowną csarc mane^ pragnieil, doświad- 
czeó, drgnieó najczulszycłi, całej odrębności czucia i my- 
ślenia mego — nalety strsaskać o pierwszy kamień przy- 
drożny ! . . Spaliłem wszystko, co się z ducha mego spa- 
lić dało: wszystkie me ułamkowe utwor>' i kompoz>'cye... 

.Molier z drugiego koóca pokoju rzucił się wprost 
ku niemu. »Co ty..!?* — Lecz Hertenstcin dokończył 
z niezmąconym spokojem. 

— Wyjąłem struny z fortepianu mego... 

Molier uderzył w stół kubddem, al czarki wina 
zachwiały się i potoczyły na ziemię. Ale widząc blady, 
ponury spokój na jego twarzy, zamacłiał tylko rozpacz- 
nie rękoma i, jakby na wszystko juź piiygutowany, 
rzucił się w głąb* kanapy i wcisnął ręce w kieszenie. 

— Mów! — wołał niederpltwie. 

— 1 widzisz: daremnie to wszystko uciynllem. 
Daremnie koiła mnie cisza, daremnie wody o wiecsao- 
ści szemrały, daremnie uśmiechał się do mnie lodowiec, 
bo — patrz! — oto udekiem I famku i pośdlem się po 



Europie jej śUdem, aby, unikając spolkania 2 nią, choć 
rai na scenie ją zobaczyć. A kiedy ją taro ujrzałem 
w brylantowych błyskach świateł jasną, w tęczach barw 
promienną, dumną, silną, tłumami władającą; Idedy ta 
botka potęga jej głosu zagrała jak na tysiącoatnmnej 
harfie aa kaidem włóknie ciała mego ; — to mi się wte^ 
dy duch z ciała wyzwalał i, bezwiedny, nieważki, swej 
pracy nieświadomy, snuł nieskończoną melodyę smutku, 
tę przędzę mej sztuki cudowną!.. A jam przez te lata 
całe tak niewiele z siebie dobyć potrafił; zaledwie 
w chwilach najcięższych wjTzutów za swą bezpłodność 
zdołałem wymozolić z siebie ułamkowy, blady fragmentu 
1 oto, czego nie mogła praca, to stawało się n.iirle 
igraszką ducha bezwiedną: wyklęte żądz moich tę^ 
tą tryskało nagle obfitem źródłem czarów... 

I daremnie powróciłem na zamek. Daremnie koiła 
mnie cisza, daremnie wody o wieczności gadały, dare- 
mnie uśmiechał się biały lodowiec; — bo oto świat cały 
zadyszał mi życiem, zaśpiewał pieśnią, roz^;rał się 
w hejnał uroczysty, rozjęczal i rozdzwonił się w po- 
grzebowe Requiem... I daremnie wyjąłem struny; — 
bo oto, myśląc o niej, — słuchaj, MoUer! — myśląc o niei 
— grałem na niemych klawiszach!!.. 

Molier czuł, jak mu czoło chłodnie i krew spływa 
od głowy. Podniósł oczy: nad nim pochylała się twarz 
męczennika. Po śnieźnem, prześwietlonem obliczu Her- 
tensteina ociekał strugami pot, niby z pod cierniowri 
korony wązkie strugi krw^i! 



^^ ^ y> I w » I ■■»■■'* ys i/*^* 



•;<^^>*»*v*<^/»' w 



Pocsen ntiadi mul ktiąlką i, wipaftey flow^ na 
lokdach, lajMUnyl tic blc<faiie w te talobne tiercfi 
fiubych, Kocyddch liter; twan jakby łMkrtq>ła, tlą- 
MiCBiih w gpokoju. Molier, liedtąc naprwdw, wckkal 
podbródek w splecione dłonie: cickai 

— Mówi— umiepokoil się nagle i targnął go la 

^ Potem pnytalo to, co pnyjśó muaalo,— cacsął, 
nie odrywając oczu od żółtych kart. — Zgasły sorze 
i siny diłód rosiał się po szcsyuch. Przycidiła ta mu- 
tykM we nmie, opadł duch i zamarł świat cały. Tylko 
to rozbudiooe tętno żyda burzyło się gorączkowym 
pubem, i tylko te poruszone trzęsawiska namiętnoid 
ziały tnłjąc>'m oddecliem, warząc resztę myśli i pra- 
gnień innych. Tak oto po raz ostatni zwielolcrotniłem, 
pogłębiłem i rozszerzyłem tądz moich tęsknotę. I była 
pustka tylko i znużenie okropne — w sercu, w myślach: 
wiettd, szary smutek głodnego ciała« Duch mój stał się 
w ni ode t dała, a myśli ropą jego krwi zburzonej. 

Zwal i ty to sobie: te natclmienia z rąk kobiet 
zawsze tak się koóczą. 

— Widzisz, — zaczął znów po chwili i, unióałs^r 
teraz dopiero głowę, wskazywał gdzieś przed siełŃe ra- 
mieniem, — tam po drugiej stronie zamku, w ocalałym 
jeszcze jodłowym lesie . . . Stoją um drzewa dziwnie 
kurczowo powykręcane, pełne klębiastych guzów, gru- 
bych narośli, napół suche, spróchniałe i brodate. Tam 
dnie całe spędzałem, stąpając po głęk>okim dywanie zie- 
lonego aksamitu: takim szczelnym kobiercem połoywał 
mech śliskie głazy podłoża. W tej cmentarnej głuszy 
drzemał>' tylko na gałęziach rude sowy, tak leniwe 
i harde, śe gd)^ się zbliżał, puszyły tylko pióra na łbie 
i przewracały kołem te ziekmawe, płonące biattoi na 
wpnklonc) i w piersiach ukrjtej twarz>'. Węże oślizl^ 



i/* 

mi p^iyikami oplatały wyważone z ziemi korzenie: po 
dwa, po ueść, w nirhlr lubirjtnir wpl.itanc i senne. Te 
płoszyły się za każdym mcim krokiem i wszczynały na- 
okół obrzydliwe gadzie szelesty wilgotnycli grobów. — 
Czasami droga wiodła przez wykrot: w zawieruchę su- 
chycłi konarów i gałęzi, w kłęby kurczowo sterczących 
kor/cni powplątywały się cale pęki i warkocze rudych 
i siwych wiedźmowych włosów. Stąpiłeś nogą na piert: 
i wnet piert, konary i gałęzie prysły ci pod stopą, rzu- 
cając w górę dymne kłęby rudej, grzybiej kurzawy: 
— próchno ! . . 

Takim był świat mój konający, takim duch mój 
młody. 

1 patrz! — z tej piwnicznej ciemni wywiodła mnie 
myśl w bezkresną jasność śnieżnych szczytów. Wie- 
działem drogę moją... 

— 1 cóżeś ty wiedział? — pytał MaUer czcmprę- 
dzej, śledząc każde drgnienie na jego twarzy. A pod- 
bródek w splecione dłonie wciąi wtłaczał i clilodził nie- 
mi policzki. 

— Wiedziałem, jak cierpienia wsz)'stkie korzenie 
wypleni<^ można . . . 

— No? — zgrzytnął .Muiler podejrzliwie. 

— Prawą i głęboką myślą, rozwagą nad czterema 
prawdami najwyższej naukt 

I Hertenstein, w szczególnem skupieniu, odliczał 
na palcach, jakby bojąc się zmylić lub opuścić cokol- 
widL Mówił przytem sucho, twardo, jak rzecz po t>'- 
siąc razy powtarzaną w myślach: 

— O b3'cie cierpienia, 

o przyczynie jego trwania, to jest, o niemoże- 
(bności zadowolenia swego ^ja', 
o możliwości usunięcia cierpienia, 
o drogach wiodących do tego. 



sss 

Molkr powitał powoli i pręlyl ramioiia, chcąc cym 
fityctnym wyttdD«ni ipcdzić jakieś odrctwieiiie i ciała 
i ducha. 

— To jest gra na niemydi kiawttaacfa ! — krzykną! 
wressde i aicgnął nerwowo po papierosa. — Tyś to 
wtsyttko wygrać byl powinien: i twe wdoty, i twój 
upadek, i te nanictaości, i ten bór wiedimow>' . . . To 
zreastą w muzyce tkwi: te ogromy nieogamictycfa na- 
miętności, ta bezdenna głąb' tęsknot al po istotę bólu, 
do absolutu duchowego żyda... Tyś powinien był to 
wszystko wygrać, w dźwięk zamknąć, a nie w słowa, 
nie w myśli, bo się niemi jak w sied uwikłasz... To 
jest gra na niemych klawiszach! 

— Ty z boru nie w)*jdzies2 nigdy, — mruknął Her- 
tenstetn. 

A na dalsze jego słowa uśmiecłuil się t>'lko blado: 
zdawało się, ie słyszy tylko dalekie echo jakiegoś wo- 
łania, o które nie dba. — Pochylał się miarowo, kołysał 
prawie i, mruiąc ocz>', odliczał raz jeszcze na palcach, 
jakby na swój tylko uź>'tek, sobie na powtórzenie: 

— O byde cierpienia, 

o przycz>'nie jego trwania, 
o moźliwośd usunięcia cierpienia, 
o drogach wiodących do w>'zwolenia się z jarz- 

(ma derpieiL 
Rozwalać te cztery prawdy najwyższej nanid, zna- 
czy wstępować na szczyty wszelkiej wiedz>*, znacz>' 
istotę bólu poznawać, znacz>' osutnią przyczynę bytu 
znosić... 



^•^^i^-^^/Z/^ «■* \ urn m^ 9» ^ <y^^fcrf- ■ 



l'i/\M.i(il się do niego na kanapę i idtkal mocno 
jr^.. t «;<«-. w kostkach, powyżej dłoni, jakby w obawie, 
tr\}\ mu się znów nie wymknął. Na rozpak>nej wypie* 
kami, kościstej twarzy sucłiotnika nie drgnął ani jeden 
micsiert: zasłuchał się, zapatrz>'ł na niego. W oczach 
żarzyła się ciekawość, błysnęła chwilami zU ironia; to 
znów rodziła się w nich niepewność, podejrzenie, lęk. 

A Hertenstein pouczał: 

— ...Tn rozpaczliwa niemożność zadowolenia swego 
.ja' zawsze i wszędzie, w każdej chwili życia, ta roz- 
twierająca się zawsze głodna i ponura pustka!.. JeśU 
w twem ciele resztki ducha się kołaczą, to przecie! one 
muszą postawić ci przed oczyma cel życia w całej jego 
grozie! I im dalej w życie, tem natrętniej. Bo niepraw- 
dą jest, jakoby dogodzenie pożądaniu, dokończenie 
upragnionych zamierzert, gasiło je; ono wzmaga tylko 
i syci nasze chęci. A w miarę jak się zwiększają nasze 
pragnienia i zamiar^*, zmniejszają się środki ku ich za- 
dowoleniu. To jest najstraszniejsze, najbardziej bezli- 
tosne prawo ty cii ! Podlegają mu wszystkie żądze, pra- 
gnienia i chęci w świecie matoryalnym ; — wszystkie bez 
wjjąlku ! . . 

— Więc? — mruknął Molier ponuro. 

— Więc niema szczęścia w wyżyciu samego sie- 
bie, w żądzach, pragnieniach, zamiarach, czynach, lecz 
na drodze celowego oddalania się od wszelkich żądz, 
pragnień i chęci wszelkich. 

— Jak ? ! ~ wyrywał mu niecierpliwie z usL 

— Wyjdź poza chęci, ponad wolę. Zerwij kajda- 
ny realności! 

— Jak?!.. 

A Hertenstein, ściskając coraz mocniej jego dłonie: 

— Unikaj zetknięcia zmysłów z rzeczą wszelką, 
a nie powstanie w tobie poczucie i miara rozkoszy; — 



w 

fdae nieaui pociucu i mury roskotiy, um nic rodd 
fk^ chc^ wrai x lądią, oru to w ityHk o^ co się pod 
aii| kryje. Cdiie nienui cb^ Uun nic powstaje IgnJc* 
nie do neciy aewnętrznych wrai z njunictiiośdą, ktńrn 
«c pod nicm kryje;— gdzie niema Ifnioiin do rzeczy 
aewnctrznych, um nie rodzi aic twych dynów, zabie- 
gów, przypadków i Wmów treść, indywidualnego, na 
aewaątrz, łyda twego ouąpŁ Wyjdi poza twych »- 
biegów i Wmów treść hukiichein przyczyn, waiecz, ai 
poza zetknięcie się zmysłów z rzeczą wszelką, a roz- 
wieje się i wówczas świadoiność, a wraz z nią i ciafai 
twego indywidualność. A co najbardziej syci twych 
losów i zabiegów treść, indywidualnego na zewnątrz 
życia twego miąsz, — to jądro i ognisko świadomości, 
w którem się skupia, streasda, jednoczy i kształci du- 
cha twego wewnętrzna indjrwidiiahiość : Bymama twa. 
A u się rozwiewa wraz ze świadomością. Gdy w du- 
chu zbraknie Bi§mmy^ nie zbudzą się w sercu tych wiel- 
kich tęsknot wzloty, co rwą się do stowa, do barwy, 
do kaztahu, do dźwięku, — co tworzyć chcą: w sercu 
uldem nie zrodzi się Smmakmntl., 

Patrz! — ukim jest wszelkiego cierpienia laikcuch 
przyczyn dwunastu i omem dróg wjrzwolenia . . . 

MoUer wydawał się juź doszczętnie odurzonym: 
oczy mrużył, pakę wyciągał, aź w stawach trzeszczało, 
wreszcie splecione dłonie cisnął z całej siły sobie 
w dolo, jęknął niemal. 

— Chodalby nawet . . . Gdyby nawet . . Cx\ <U 
się pomyśleć nawet taka wola ludzka...?! 

— Czemu człowiek nie podoła, dokonać muszą po- 
kolenia. Takiemi są koleje ducha, co się poty prae- 
kizt a te ać, przetwarzać, poty przeradzać musi i nowych 
ciał poty szukać, póki w sobie się nie prz e ś w i e tli i nie 



JSt 

w<bije się ni na te najbieltie szczyty, ffdxi» nie z ziemi 
dosięgnąć go nie może. 

— Zlituj się, Henryk, i tyś w tu wsz^aiKu uwic- 
riył?!.. 

— Czy można nie wierzyć? — uśmiechnął się ła- 
godnie do swych myśli. A gdy w tejże chwili powstał, 
wydal się Molierowi wyższym, potężnym niemal w swym 
olbrzymim spokoju. — Przypomnij sobie tylko nas wszyst- 
kich i rozrzuć nas myślą w przestrzeni i czasie: Ku- 
nicki, Borowski, ty, Jelsky, ojciec mój i ja. Pomyśl, 
czy ten szereg ludzi nie mógłby być łańcuchem jednego 
cierpienia, dla którego kar/ącą Karmą była Samskara, 
Zdawałoby się: to najczystsze płomię życia. A ono za- 
wlokło was wszystkich łańcuchem przyczyn wstecz, aż 
na padół chuci. W życiu, chciej je mieć jak najczyst- 
szem, klęski zła tylko zbierzesz. 

— 1 ty wierzysz, że tak jest w rzeczywistości?!.. 
Tc wędrówki dusz?.. — Molier prężył bezradnie ramio- 
na i przecierał twarz dłońmi, jakby budząc się ze snu 
ciężkiego. 

— .Tak jest" — .tak nie jest," — wybuchnął nagle 
Hertenstein z szerokim gestem zniecierpliwienia, — to 
jest waszych słów mądrość cała! Wszystko to rodzi 
tylko gorycz, zło i ciemnotę w życiu ludzi. Wnikaj 
w myśli spokojem ducha, a rozwieją się wnet zarówno 
twe pewności, jak i twe wątpienia. 

Molier opędzał się już dłonią od tych mroków 
i tumanów mistycznych. 

— Więc czemże jest prawda?! — krzyknął i rzucił 
się jak w sieci. 

— Ona nie zależy od waszego «uk jest,* ani .tak 
nie jest," ona nie jest pewnością, ani wątpieniem ; — 
ona jest objawieniem! Prawdzie w oczy spoglądają 
prorocy. 



iS7 

MaOer w ponur\-m niepokofti npatnyl nc w ocsy 
HertmttctnA. 

— 1 co... co osiąga twój ttflaly w bcscnidu ideał? 

— Koniec twój. — Taki jul sic nie prieradia, bo 
satnymanem jest kolo bytu, bo duch objął i ogarnął 
wtiytUco, stał tic wtsyaUdem;— spłynął sa tyda t du- 
diem wsiediświata, — ani lywy, ani marły, bo posa 
nim sarówno b>t jak i niebyt pomyiiaBym być nie 
mole... Posłudiaj! — Gdy prorok łaiicoch prz>'czyn 
dwunasta i osiem dróg wyzwokmia Awiatu odnalasł, 
prsekwitła jego ekstasa. SaJdja Muni powstał, oimiecli- 
nął się do słoika i tak rzekł do wssechświata : .Oto 
w^Tzekam się dalszych trwaii ź>'wota OMgo- LsgtcB 
jako połamany wóz. Sunęto życic me, jol wstecz nie 
nawród, ani naprzód nic ruszy: śmierć mu nie grozi, 
w nowych narodzinach już się nic powtórzy. Nic po- 
toczy się pęknięte koło żywota mego, l>o w trzech 
światach nicmasz jemu chęci i niemasz dlaik okowy...* 

— W trzech światach? — powtórzył BloUcr jak echo. 

— I dla mnie w trzech światacłi. Z narożnicy ka* 
miennej zamku ujrzałem je już dawniej: bezpłodny 
świat białych marzert, przyziemny świat szarego żyda 
i dunumy świat sztuki. 

Molier w odurzeniu dłonie na czole splatał i przy* 
słaniał ocz>', jakby chc.ic przywołać przed nie te białe, 
zatopione w błękit lodowcowe szczyty, które tybkrot^ 
nie obiły mu się o nszy. 

— I co się stało z tw^m prorokiem? Nic umarł? 

— Doskonały duch jego wystąpił z powłoki ciała 
jako kurczę z jaja, wświetlił się w słońce, rozpłynął się 
w niebiosadi, wplonął w światowe AgmL 

— Słuchaj, Henryk... — MoUer czepiał się go obu- 
rącz.— Nie o proroka twego mi idiie... Powiedz, po- 



wicdx to tyiKo, — bo Ul myśl dziwnym !ł<airin ninir u|ii- 

ja! — więc... więc niema śmierci?! 

A Hertenstein, rozłożywszy ramiona: 

— 1 cóź śmierć takiemu uczynić może, który sam 
w sobie pokonał to wszystko, co ona zniszczyć zdolna : 
— Ignienie do świata zewnętrznego, chęci, indywidua!- 
nego życia treść i w łartcuchu przyczyn aż po świado- 
mość?.. Ułamanym jr^* '- ' r śmierci. 

— Więc w co w I '! — Co nas czeka? Mów! 

— Spokój, spokój wieczny i świadomy. Błogie za- 
patrzenie się ducłia, V\6xy stał się już duchem wszech- 
świata, w swą świadomą pełnię ... I patrz ! — skoro spo- 
kój w sobie czujesz, ty już tam jesteś. I nic już grozić 
ci nie może. 

— Henryk!.. — MoUer wsparł głowę na jego pi«-r- 
siach i zamykał oczy. — Henryk, jeśliś ty szalony, za- 
szczep i mnie ten obłęd! — Ułam kolec blizldej śmierci 
mojej ! 

A Hertenstein, obejmując go troskliwie: 

— Kochałeś? — szeptał, — kochasz jeszcze? Uczyrt 
z miłości tęsknotę ducha wielką. Spojrzyj na szczyty! 
Bo... 

jako garść aiama w gUiH> mnm waakma 

da M caasem denit, owoc i kwithu wonności. 

takt gdy tęsknota w łwtm sercu aagości, 

da ci cień swój i owoc i wonność Nirwana ! . . 

Molier wgarniał się, wtulał w jego ramiona. • 




pułapu zawisły sine mgławice rozlcoly* 
sai.ych dymów. Barwny klomb wolcól 
dyszał woni;|: Icwiaty mmerając wy- 
rzucały z siebie niby wonne Inidridłi 
cłiwaly. 

Chart nie mógł uleżeć, coraz to niespokojniej bie- 
gał po kątadi, wylatywał gdzieś w demne %imctrza dal- 
sz>'cli polcojów, wślizgiwał się z powroCem niewidocznie 
i ujemnicso, kladl «c na Icwiatach i prci>'ł cłiude ciało. 
To znów łeb czujnie podrzucał, zasłucliany w nierówne 
i ogroomie pnyśpienone bida dwóch serc 

Zaledwie If ttOer w zamiarze powstania z kneala 
adąiyl pierwszy ruch ucz><iuć, chart, jak sprcl}'n4 pod- 
rzucony, skocz>'ł mu pod nogi, obwąchal, leb ku nienn 



S6o 

zadmrl i zapatrzył się lękliwie. 1 Uk patrzeli przes 
chwilę na siebie, zasłuchani, w tr - ^- bicia trzech aerc 

Zbliżył się do okna i rozt^N j- na oścież. Za- 

szumiały srnne po nocy liście, wionął chłód i potoczył 
się g^-ar głuchy, przytłumiony. Tam na podole, w sze- 
rokiej kotlinie, pod zimną osłoną stalowych blasków, 
drzemał potworny, ciemny kadłub miasta. W tej czar- 
nej masie, gdzieś na rozłogach, porozpraszały się smut- 
nie blade, mgliste światła tych, co czuwają. 

1 zdawało mu się po noc>', że patrzy na wiellde 
roztopy czarnego trzęsawiska, nad którem żadna nie 
świeci gwiazda, n natomiast rozproszone po bfotadi 
gdzieś, po czarnych wądołach, wróźbnych kryjówkach 
i na złych zakrętkach, pozapalały się błędne ogniki: 
zaświeciło próchno... 

Tu i owdzie zadrgała 5^"--*' — orzą, i>: 
i usuwała się niżej. Cisza \\ lia się tt . :ui.:>t.> 

coraz to gęstszym kirem. Po ciemku, omackiem szedł 
miejski świt pracy. I była to godzina smutku, co czu- 
wających ogarnia bezmiernem dla ludzi współczuciem. 
Jeszcze, jeszcze godzina wytchnienia, godzina snu, złudy 
i zapomnień! Tam oto w uścisku splotła się młodość: 
śni, marzy. Niech je*; 7 - - ' - - '.. 

JSawyłj' po pr/ .c ze snu po- 

twory : rykiem długim, przeciągłym, żałosnym. Już białą 
pianą gorąc^o oddechu zioną w ciemne powietrze. Tjo. 
żerem ludzkich dusz w^^ją, stalowe członki prężą i w ruch 
je miarowy puszczają. Już syczą, świszczą, kołaczą, 
gromem podziemn)'m się toczą i strzeliste smugi skłę- 
bion^o dymu rzucają w rdzawe niebiosy. (^'- — -v 
przy ołtarzu pracy już stoją; już ciągną szare. 
czone szeregi tych, co giną. 

W tej ciemni wyrastały w oczach powoli i zary- 
sowały się ostro pojedyncze kontur^' najeża" \rh w L-o- 



I 



miny dachów. 1 wydało tic Molierowi po nocy, ie 
s icfo iwiliaka tynąca dennych plam o otlrym kcrntu- 
rte wyctąfają ńc denie tysiąca ń|k. 1 wnet po calem 
trm deomcm murowisfcii, gdiie ociy dęgnęly, widaał 
tylko roipactnie ku fóne prętąoe dc rankNia w damą 
lotf stalowego blasku. 

1 spojnal ku górse. Pooad świetlaną hmą miaala 
wisiała t>'lko rdsawa besdeń; ocsy daremnie ssukaiy 
fwiaad. W tej otchlannej pustce tawisla tylko chmurna 
plama, nieco ctenmiejsza i i wiewna: jakby prses to lu- 
stro miejskiej luny orzuc gddeś w prsestrseń złudny 
majak po noc>'. PatrzuahXA gdy oczy daremnie wyma- 
dlały gwiazd po niebie, ułożył się ten dert w kłąb po- 
twornego kształtu: — z podwinictemi pod siebie nogami 
nstadlo tam spłaszczone, olbrz>'nue delsko bałwanu. 
DIngie, cienkie dłonie tul pod szyją na obojczykach 
płasko wtłacza ; mrużą się małe jak u słonia i skotee 
oczy, a szerokie, ai po uszne konchy, ostre wargi 
skrzepły w dziwnym wyrazie błędnego uśmiechu. 

To on! — wielki Risi, Sakija Muni, co pokonał na 
zawsze klęski, cierpienia, choroby, wirku, śmierd i na- 
rodzin, co istotę b)tu — ból poznał i jego przyczynę-^ 
mch przeswydęśyL 1 oto, wświetliwssy się w słotfoe, 
wtopiwszy w niebiosa, wchłonąwszy w światowe Agmi^ 
w niezmąconej dszy i wiecznym spokoju Nirwany kró- 
hije uśmiecłuiięt>' nad wsaeUdego cierpienia łaikńchen 
prz>'cz>'n dwunastu. 

A Um na padole, z głuchego zgiełku i nocnego 
mroku wyrastają bez koilca i pręlą się rozpacznie ku 
górze ramiona tydi, co czują i myślą. 

1 zdawało się Molierowi po nocy, le w szystki e te 
ręce wyciągają się w przestrzeń rdzawą i be zg w i e z dną 
z modlitwą o jedną gwiazdę na niebie, o najdalssej 
gwiazdy najsłabszy t>odaj promieil... .Niech przyjdą 



i6» 

klęsk i. i horoby, wieku i śmicrr 

nami'. . '<' "an^ burzq, niech pok- i • 

wzywa niebiosa, ale w zamian jednej wiary, jednej na- 
dziei ciert! najdalszej gwiazdy promiert naj bledszy t .. * 



•M^fW* 



»w<<^> ^»^>^>«»yi w»W><%<^»'^»^ fcyjk/* >*«««^i^^ » ^v»i»»»i w ii«i«»i ■^ 



Zawrócił w głąb* pokoju. Drżąc od chłodu, otulił 
się w swą pelerynie i rzucił w swój kąt na kanapie. 
Spojrzał niedbale na Hertensteina. Twarz jego była 
prawie bez wyrazu, tylko jeszcze bledsza, zimna i jakby 
przezrocza. 

— Henryk?.. — szepnął. 
Hertenstein drgnął i podniósł oczy. 

— Henryku, to jest straszna rzecz, — bezwiednym 
ruchem w^^ciągał ramię górą w kierunku okna, — ten 
bezduszny bałwan twego bożka! 

Hertenstein ocknął się jakby nagle i ożywił. Twarz 
zwarła się w twardym mocnym wyrazie. Dłonią odru> 
chowo swą księgę przycisnął i z pod nachmurzonych 
brwi patrzał ze współczuciem na Mallera. 

— Nie wierzysz? 

— Nie mogę. 

Po krótkim namyśle ujął wszakże Hertensteina za 
obie ręce. 

— Ja cię Ł^o pozbawiać nie chcę. I to jest 
wiellde, skoro głęboko w sercu tkwi... Widzisz, 
ja d nawet dziękuję, dziękuję ci za tę chwilę szczytne- 
go otumanienia... I że się to stało. Widzisz, ja jui 
niczego nie żałuję, jui spokój we nmie. 

— Proroka nauka >vsiąkła w twą duszę. 



~ Ahl.. daj pokój!.. Nie OMfęl— Molier wciąż 
ttc dłonią op^daaŁ — Za to ci dficki^ iem był twym 
•pokojeai, twą wiarą pijany, kiedy tic to ttalo... Wi- 
dan, ja nie wien nawet, kiedy i jak ac ttato. MofkH 
by mi iic wydawać, le u tmctma wproai i twych tlów 
w dnai^ mi wsiąkła i tabije. 1 moie U woil kwiatów 
otwnanila mnie wprtódy: cudiej titnki tryumf... Słu- 
chaj, Henryku, — waiak i to twe iwydęttwo nade nmą, 
to talcźe tylko tryumf wieUdej poetyi w twej wiene, 
w twych uczyucfa podniebnych nad lamldem i — w uk 
łafodnej śmaerd. Pnea wrou utuld wpro- 
w grób. I aa to d dziclnijc ... Jul jestem 
tylko bardao zmęcaony... 1 chciałbym, żeby to prędzej I 
prędaej!.. Dlacaegoś wybrał uk powobią... Długo 
je«ne? 

Hertenstetn wyjął zegarek i połoź>'l go przed sobą 
na siole. 

— Czujesz co? 

— Nie... Tytko spokój l>eswoli, jald>y po długiej 
gorącsee... O coś walnego, o coś najważniejszego 
rtirialrm dc jciacie pytać . . . Słuchaj, czemu ..? — mi- 
mowolnym mchem wyciągnął ramię ku oknu, dołem, 
w kierunku miasta — czemu tam ze mnie, z dębie nie 
foahinir nic, nic... Czemu z nas iaden?.. Powiedz, 
kto i kiedy wypowie..? 

— Co wypowie? 

— Rozpacz tycli, co dlatego tak strasznie grzeszą, 
le lak beznadziejnie szukają, co wpadli w ^złe wiry* 
łyda z tą jedną jedyną wiarą w pierdach... 

— W .samych sielŃe*, — dokottcsył Hertenstetn. 

— Kto i Idedy wypowie nas ? . . i tamtych ? — (Mol- 
ler wydągnąl mimnwoM dkMk w kknnku okna, jałtby 
prsywołując obrazy widziane przed chwilą . . .) i wszyst- 
kich? Całą głąb' ludzkiego cierpienia? 



— Nikt 

— Jego .obraz złudny ? ułamkowy cten tego ob- 
razu?! 

— JKto granicę swego .ja' przekroczy, ten tylko 
zrozumie<i jest zdolen cudze cierpienie. Kto swe »ja* 
zniszczy, ten dopiero odczuć je potrafi. 

Ruchem dłoni nakazał mu cierpliwość. Zwiesił 
głowę, — milczał. 

Poczem znów dlon uniósł: 

— Gdy się Sa$mskara w Bijnanie zjednoczy i w sze- 
rokiej męskiej piersi o Agni rozpłomieni, wówczas nie- 
ma rozpacz swe rany serdeczne obnaża i groby mówić 
pocz}'nają. 

— Ah ! — Maller zwiesił ciężko głowę i milczaL 
Wreszcie, nie poradziwszy widocznie ze sobą, zapytał 
głucho : 

— Czem jest Agm? 

— To się wypowiedzieć nie da. To się pomyśleć 
nawet nie pozwala. Ból życia rodzi Agni bez końca, 
a nieubłagalność nieba bez końca je chłonie... 

Maller odpędzał się oburącz od tych sied paję- 
czych. Nagle na umęczonej twarzy, w napół przymknię- 
tych oczach zaświecił lęk. 

— I ty się nie boisz? 

— Czego? 

— Tego, co nas czeka : — kary 1 ? 

— Niemasz nade mną sędziego, bo we mnie sędzia 
mój mieszkał i wraz z wolą moją — umarL 



, '* " »^^*>w^ wV i»<»4f»<wMM^BBBMwttt^i'fcP^A^^>'*^-^^>-^ vw»-< 



ii'iitiyii|^i(uiii>i ^"^ 



3^S 

Oglądał tic coras to nieipokojiiiej po pokoju, wslu- 
cUwal, tmery lo%ril. Wrcsicte, nie widiąc jakby nigdzie 
udeciki, przykląkł przed Hertenaleiiieai i calowa! t^ 
apoctywającą na kolanie białą, przezrocza dłort. 

Na bladej, jalrf>y prześwietlonej twarzy Herten- 
atcina, powieka nawet nie drgnęła. 

— Henryku, to otatnie ! . . Na nuiosc icgo, coś ko- 
cłiał w iydu!.. 

— Nie znam tadnej . . . 

— Powiedz, powiedz ! — więc nie czeka nas kara 
za... za mord na ducłiu?! 

— Żyde samo jest karą w beznadziejnem poazu- 
kiwaniu, a w azystlu e jego dary są niecz>'ste. 

A gdy Molier zamachał rozpacznie rękoma: 

— Przypomnij t)'Uco . . . Pnedwczoraj jeszcze. — 
Przypomnij. Przedwczoraj jeszcze, gdy ona przyjeclu- 
ła, — jeden jej titfmaech . . . Stamtąd, z wyżyn moich — 
w wasz głód żyda! — I w wirze wieUcomiejskim szuka- 
łem najwiękazego ruchu, bodaj azałn rozpusty, aby się 
zbudzić, — aby tworzyć... 1 jeszcze raz zaimponował 
mi czyn. — Jeden uśmiech kolńety I . . Nieczysta myśl 
kolMety słofke nawet p i ty ćmić potrafi... A wiesz, cze- 
mu ze swoich W3rźyii tak nizko spaść mogłem ? 

— Mów mi o tem, źe kary niema! 

— Wiesz, czemu spaść mogłem? Bom po osutni 
korzeA zła nie sięgnął, siedem zaledwie dróg przebyłem. 
Pozostał jeszcze jeden stopieil, z którego spaść już nie 
można. Pozostało to, co kaztałt i imię dla mnie tworzy: 
dała mego indjrwidnalDość. 

Molier zerwał się z kolan i ściskał rozpaczliwie 
czoło. Rozumiał, źe ten człowiek sobą już być praeetal^ 
le myśl jego tego koła nie opośd, gotowa jakby wiecz- 
ność w nien się obracać. 

— I patrz, drogi, ~ mówił HerteBUein łagodnie, — 



,i6 

Oto usuwam lekko tę ostatnią zaporę: jui nie będę 
igrasską przypadku. Nigdzie duch mój nie pójdzie i ni- 
gdzie się nie przeniesie. Pozostanie, gdzie był, zanim 
ona przyjechała, — gdzie jest teraz, w tej chwili . . . 
Patrz, ja jat taro jestem, już skortczytem. I nic więcej 
spotkać mnie jui nie może ! . 

Molier cofnął się w niszę okienną i stamtąd patrzał 
na niego czujnie. 

Hertcnstrin siedział nieruchomy i coraz bielszy na 
twarzy. Otwarte oczy nie patrzały nigdzie, a równy 
spokojny uśmiech zwracał się iakby do tej ręki spoczy- 
wającej na kolanie. 

— Henryk?! — krzyknął Maller bezwiednie i zrobił 
ruch, jakby mu do kolan chciał przypaść z powrotem. 
Lecz w tejże chwili odepchnęło go coś wewnętrzną 
odrazą. 



<V**->'q5> 



Stał przy oknie i patrzał, jak powoli rozpł>'wa się 
mrok. Juź się rozjaśniały dachy i kominy, juź perłowy 
świt opływał wieże kościelne i dzwonił w ciche sygna- 
KarkL Modlitewne szepty przebiegły po mieście. Tu 
i owdzie wychylały się z domów otulone w chusty, 
przygarbione sylwetki kobiet: zbierały się i skupiały 
zewsząd ciche gromadki tych, co wierzą. 

Molierowi zdawało się, że tuż przed jego oczyma 
prsebiegły w szalonym popłochu zmory nocne: łopot 
wielkich skrzydeł usł>'szał i tchnienie pędu poczuL Tui 
posa oknem zaszeleściały tak w nagłym pośpiechu zbu- 
dzone liide: porusz>'ło je pierwsze tchnienie rannego 
wiatru. 




— Więc ta chwili, co ńc tbiita, — mp^ — luij* 
ttnumiejtta te wtsyttidefo, co Mać tic moAe, — więc 
ona nie jest nawet kortcem ? ! . . Więc kiedyś jetteie nu 
to tamo..?! 

Wpadi mu w ucho gwar prsythunioay, czujny, 
kłótliwy: po drzewach budziło tię jui ptactwo. 

A len ś w i erg ot nuloany, te dcbe dcnicic strząsa* 
nej prses ptactwo rosy, sapach ssani iwiety i kojący, 
oraz te złote pochodnie, co pozapalały się na szczyudi 
wiet i koninów, — przyniosły mu na rozpalone csolo 
miękkiei dlooi współczujące dotknięcie. 

1 łzy trysnęł>* mu do oczu. 

Cięlką głowę przechylił w tył i wsparł ją o ko* 
łiiecą pierś... 

— Prz>'szłaś? — pytał sennie. — Powiedz tyl — 
więc to nie jest jeszcze końcem? 

Zimna marmurowa pierś... A jednak bije wszak 
pulsem żyda? Puls ten jak młot wali mu w skroń. 
A te dłonie na skroniach chłodzą jak lód, ściskają mo- 
cno, mocno... 

— Utęsknienie moje!.. Żyaa mego jedyny jasny 
promieniu!.. Powiedz — więc to jeszcze nie koniec?! 

Głowę wdąź do tych piersi tulił i — rozchylił po- 
wiekL Grozy niemy krzyk przebiegł mu chłodem po 
krzyżach. .Ktoś ty?!' — pyuty ocz>\ Na nim czaiła lię, 
jak pantera, śniada, prawie brunatna twarz kobiety 
o nieludzkiej potędze zimnego wyrazu. Widzi na jej 
skroniach puszyste pęki przepaścistej czerni włosów; 
liekmawa głąb' polipowych oczu wpija się w niego, 
wsysa mu się w krew. Oilodne kxlowe dłonie opk>Cly 
mu czoło, skuły falową w te kletscze i dsną, wmial- 
diają mu czaszkę w granitową pierś... 

Raauooa pned się wypręl>'t, zachwiał się i zwisł 
na framudze okna. 



Priyskoczyl doń chart, obwąchal i najeżył aierć. 
Prężąc łapy i cofając się zadem, zbierał się w tobie, 
kurczył, wreszcie skoczył w okno i wypadł jak strzała 
do ogrodu. — Hurmem załopotało ptactwo, jakby wi- 
cher żaglem targnął. Chmurą ciemną zerwały się roje 
z drzew i rzuciły się w dół, ku miastu; w nagłym 
zwrocie szarpnęły na lewo i uderzyły w górę, załcrą- 
żył>' kołem, kołem i jeszcze raz kołem, kąpać się i pła- 
wić w słonecznej roztoczy... 




Jasny świt poranku rzucał rosę na więdnące Icwia- 
ty. W różowe i fioletowe plamy powoli je rozświetlał 
i roztapiał, zwiewnym całunem sinej mgły nakrył i, ten 
ten Idomb barwny jednym akordem chłodnego tonu thi- 
miąc, w iskrzeniu jakiems Dlatiu- ró/koiwsał, raly pokój 
osnuł, omotał, ukwieci! 

Koło laurowego wieńca, oparte o poręcz fotelu, 
ujmowało Hertensteina po pas w ciemną ramę; purpu- 
rowe szarfy zwisłe po l>okach tuliły go jak w ramiona. 
W perłowym rozbrzasku dnia i w błyskaniu kwietnych 
barw, twarz j^o stawała się mleczną, przeźrocz;), tchnie- 
niem błękitu jakby owianą i w pół-sennem zasłuchaniu 
w ranny świergot ptactwa po raz ostatni jakby uśmiech- 
niętą. Nagle poruszyły się jego wargi i, rozlały uśmiech 
na całą twarz. 

— Chcesz wiedzieć . . ? — zacząŁ 

2^łuszył go świergot na dworze. Promień słońca 



pnedarl lie pnt^t liide i rofcn ilotydi iiiocvti nuHl 

nc BA Irwi.i'. . 

— Chcrsi wir<Ułce . . ? 

Jeden I tych ilooccmydi motyli firiyriaHl mu tu 
wmrgach, jakby chcąc wypić t nich diiwną tkt&ytM 
i woH tcfo uśmiechu. 

— Choett wiedsKC, czcm jest Agmf.. 

Złote oiotyle obiiiidly aa fl0^*tt ^^^tt \ ręce. 
A on, lapatnooy tmm, gdiie dMMUH ptactw a nknyhi 
mc w knapich na nkbie: 

— Co w miloici wą majduje, od miloici odmieoae, 
cłcfo miłość nie na, a co miłością kienije, co miłością 
jest miłości: — oto jest Agni, Iderownilc tyda we- 
%mętnny, oto wieUbe, twórcse i m^ti/fw Om ! . . 



(M antOfi. — Nie moc^c robić odsyłaczy w sanirj 
powieści, pragnąłbym przypomnieć zawodnej pamięci 
czytelnika iródła tych ułomków wierszowanych, jakie 
w toku opowieści podwinęły mi się pod pióro. A więc: 

Sir 197, tr6jwiena Lta^mr^Cęgm; tu. ai9, d w u w tefi Gmlh^gą; 
•ir tUb I 140^ trdjwicruc Bmadtkś^mi •ir. 14;^ 



€Śśągę; nr. 6^ fragment mmaffm MMmmm; mr. 30^ 
iLaoibro). 

Inne fragmenty \vi. : s/..u.ii». ^.. mo,- m. \> 



(p^ 



PG 
7158 

a^?7 



terwit, Waołi&w 



I 



Pl£AS€ DO NOT REMOVI 
CARDS Oft SUPS HtONi THIS POOCH 

uHNmsny of toaonto uBitAitY